Publicystyka filmowa
Filmy sprzed lat, które OBURZYŁYBY WSPÓŁCZESNEGO WIDZA
„FILMY SPRZED LAT, KTÓRE OBURZYŁYBY WSPÓŁCZESNEGO WIDZA” odkrywają kontrowersje dawnych produkcji, które dziś byłyby nie do przyjęcia.
Nie wszystko w kinie przejdzie. Szczególnie dzisiaj. Są tematy, których wzięcie na warsztat może przynieść twórcy niesławę, są wątki, których poruszenie może być widowni nie w smak, są sceny, których pokazanie może zakończyć się skandalem. Każda epoka kina ma swój kodeks Haysa. Dziś jest nim poprawność polityczna, która, chcemy czy nie, stanowi odbicie przemian społecznych.
To, jak bardzo zmieniło się kino, można zauważyć, nie tyle oglądając najczęściej nagradzane obecnie filmy, ze swadą podejmujące czułe problemy dzisiejszego świata, lub śledząc najnowsze informacje o kolejnych skandalach obyczajowych gwiazd, wciąż pozostających mentalnie w poprzedniej epoce. Paradoksalnie, najwięcej wyjaśniają w temacie seanse filmów nakręconych lata temu. Obecne w nich dowcipy, sceny i kwestie dzisiaj najpewniej nie przeszłyby na stole montażowym albo nawet nie pojawiłyby się w głowie reżysera. Nie przystają do wyjątkowo wrażliwych czasów, w jakich żyjemy; czasów, w których wiele kwestii społecznych jest już zupełnie inaczej postrzeganych niż dawniej. Seksualność, płciowość, religijność, rasowość, zagrożenie terrorystyczne – to tematy, których ujęcie zwykle jest skrupulatnie przemyślane w celu uniknięcia kontrowersji.
Na przykładzie kilku filmów i zaprezentowanych w nich wątków zwracam uwagę na to, co dzisiaj w kinie prawdopodobnie by nie przeszło. Zapraszam na podróż do kinowej przeszłości, która wyjątkowo nie pasuje do naszych czasów – jakiekolwiek one są.
Płonące siodła (1972)
Słynna komedia westernowa autorstwa Mela Brooksa w niejednym widzu potrafiła wzbudzić śmiech do rozpuku. Patrząc jednak na Płonące siodła z perspektywy czasu, można wyrazić przypuszczenie graniczące z pewnością, że powstanie filmu dzisiaj wywołałoby sporych rozmiarów skandal. Komedia ta bowiem aż kipi od rasistowskich, szowinistycznych żartów, w których obrywa się dosłownie każdemu: czarnoskórym, białym chrześcijanom, żydom i kobietom.
Z pewnością też dziś nikt nawet nie zdołałby zastanowić się nad filmem głębiej i oceniłby tylko jego powierzchowność, oburzając się na fakt, że w fabule społeczna akceptacja czarnoskórego szeryfa przychodzi, mówiąc subtelnie, z wyjątkowym trudem. Prawda jest jednak taka, że w Płonących siodłach bohater czarnego koloru skóry subtelnie góruje inteligencją nad białymi mieszczanami, dlatego trudno nie wysnuć refleksji, że ironia ta była w owym czasie wymierzona w stronę rasowych uprzedzeń.
Dym (1995)
Niby nic w kwestii palenia papierosów nie zmieniło się przez lata – papieros wciąż wygląda i działa tak samo. Aczkolwiek na skutek coraz większej świadomości społecznej zagrożeń zdrowotnych będących pokłosiem tego nałogu wiele się w tej kwestii przewartościowało. Tak jak w latach 60. palił prawie każdy, tak teraz palący stanowią w danych grupach niechlubne wyjątki.
Stąd coraz mniej bohaterów filmowych puszczających dym. Sam ani nie palę, ani nie paliłem, ale zawsze uważałem, że jest w tym akcie coś fascynującego, wynikającego z pierwotnej świadomości własnej śmiertelności i chęci jej kontrolowania. Wiele filmów w latach 50. czy 60. było spowitych chmurą z papierosów, ale chyba najlepiej o tym codziennym rytuale wielu osób opowiedział Paul Auster i Wayne Wang w Dymie. Nie jestem pewien, czy dzisiaj, na skutek nacisków, jakie wywierają na dystrybutorów organizacje walczące z promowaniem produktów tytoniowych (swego czasu toczące sądowe batalie o to, by dym papierosowy znajdował się w filmach przeznaczonych tylko dla odpowiedniej grupy wiekowej), jest jeszcze możliwe, by otrzymać bohatera kina akcji uzależnionego od nikotyny. O filmach celebrujących papierosa, pokroju Dymu właśnie, nie wspomnę.
Ślicznotka (1978)
Nawet w niewinnej Akademii pana Kleksa można znaleźć elementy stanowiące argument za tym, by ponownie do niej już nie sięgać, gdyż mogłyby co niektórym wyrządzić krzywdę. Dlaczego? Wszystko przez sceny dziecięcej nagości, które kiedyś w kinie były raczej rzeczą normalną, a dziś unika się ich jak ognia.
To kolejny wyraz współczesnego purytanizmu odczuwalnego w kinie. Myjąca się pod prysznicem grupa chłopców to jednak nic w porównaniu do tego, co w 1978 zaserwował francuski reżyser Louis Malle w swojej Ślicznotce. Dwunastoletnia wówczas Brooke Shields grała w filmie dziecięcą prostytutkę. Akcja filmu rozgrywała się w Nowym Orleanie na początku dwudziestego wieku. Brooke w kilku scenach wystąpiła nago, co było tak skandaliczne, że reżyser, chcąc umożliwić filmowi szerszą dystrybucję, został zmuszony po latach wyciąć niektóre kontrowersyjne sceny. Dziś pewnie nikt nawet nie pomyślałby, by takowe ujęcia w ogóle stworzyć. I akurat w moim mniemaniu –jako widzowie wiele na tym nie tracimy.
Śpiewak jazzbandu (1927)
Cóż z tego, że film Alana Croslanda to dziś najwyższa półka kinowej klasyki? Cóż z tego, że film znajduje się na liście stu najważniejszych filmów amerykańskich i pewne też w kilku innych znaczących rankingach? Cóż z tego, że film ten dokonał przełomu i zapisał się w historii jako pierwszy film dźwiękowy? Dzisiejsi twórcy z pewnością podchodzą do niego z rezerwą, bynajmniej nie traktując go jako wzoru do naśladowania, a to za sprawą jego jednej, kluczowej cechy. Jeśli postać białego mężczyzny zamalowuje twarz na czarno, by jako „malowany” czarnoskóry odśpiewać piosenkę, musi to budzić wątpliwości.
Choć film był już dwukrotnie „rimejkowany”, to jednak nie wyobrażam sobie, by w dzisiejszych czasach mogło powstać dzieło w zgodzie z duchem oryginału. Prawdopodobnie dla zachowania politycznej poprawności główny aktor w słynnych scenach występów scenicznych musiałby… być podmieniony przez aktora czarnoskórego. I mówię to, zachowując całkowitą powagę, świadom absurdalności tego zdania.
Pretty Woman (1990)
Jedna ze słynniejszych komedii romantycznych w historii w sposób wyjątkowy nie pasuje do naszych czasów. Jak by nie patrzeć na tę miłosną historię, będącą parafrazą opowieści o Kopciuszku, nie da się nie zauważyć, że jest ona przede wszystkim zwykłą historią prostytutki, która musi wykorzystywać swoją seksualną atrakcyjność, by zapewnić sobie lepsze życie.
Dzisiejsze ruchy feministyczne z pewnością nie przepuściłyby okazji do zmieszania z błotem pomysłu powstania filmu na modłę Pretty Woman. Na skutek licznych skandali obyczajowych, które ujrzały światło dzienne za sprawą ruchu MeToo, wiele zmieniło się w postrzeganiu kobiety w kinie. Dzisiaj płeć piękna nie jest już przedmiotem, całkowicie podporządkowanym męskiej dominacji, ale podmiotem, z lubością podkreślającym własną autonomię. Dzisiejsza kobieta częściej przejmuje inicjatywę, nie czekając na zdanie partnera. Po co miałaby stać na ulicy, żerując na najniższym instynkcie, skoro drzwi do kariery stoją przed nią otworem? Mówię to oczywiście z ironią, wiedząc, że bardzo trudno jest podważyć zasadność istnienia najstarszego zawodu świata. Niemniej nie ma w nim niczego, co wpisywałoby się w popularyzowany w mediach model współczesnej, wyemancypowanej kobiety.
Dumbo (1941)
Wiem, fakt jest taki, że już wkrótce dostaniemy nową, bo aktorską, wersję słynnego filmu animowanego Disneya. Aczkolwiek jestem niemalże pewien, że niektóre elementy zostaną zmienione, ponieważ tak jak w przypadku reszty filmów tego zestawienia, Dumbo nie mógłby się pojawić dzisiaj w swym pierwotnym kształcie.
Chodzi oczywiście o wrony, przyjazne ptaszyska pojawiające się na drodze głównego bohatera, które są dość czytelnym przedstawieniem Afroamerykanów w najbardziej stereotypowym ujęciu. Lider ptaków nazywa się nawet Jim Crow, co nawiązuje do regulacji prawnych odnoszących się do segregacji rasowych, utworzonych po wojnie secesyjnej. Stawiam dolary przeciw orzechom, że w nowym Dumbo albo wrony będą pozbawione ciężaru społecznej metafory, albo nie będzie ich w ogóle.
Chłopiec i jego pies (1975)
Ten zapomniany już nieco film postapokaliptyczny z młodym Donem Johnsonem w roli głównej ma jedną bardzo wyraźną cechę, która zapewniła mu długowieczność. Jest nią bezkompromisowość, a poniekąd nawet wulgarność w podejściu do newralgicznego tematu społecznego. Reżyser, ukazując skutki nuklearnej wojny, nakierowuje nowo powstałe społeczeństwo na realizację jednego celu – zaspokajania pierwotnych instynktów, w tym seksualnego.
Dlatego powojenna przyszłość to miejsce szczególnie nieprzyjemne dla kobiet. Czasem rutynowy gwałt to najlżejsza ujma, jaka może w tym świecie spotkać przedstawicielki płci pięknej. Oliwy do ognia dolewa bardzo wymowna końcówka filmu, z której wynika, że dla mężczyzny (w przyszłości) cenniejsze od kobiety jest zwierzę. Dlatego Chłopiec i jego pies zapisali się w historii kina science fiction jako jeden z najbardziej seksistowskich filmów. Zrealizowanie go dzisiaj obraziłoby niejedną świadomą swej wartości kobietę, bez względu na wynikającą z tej wizji umowność.
Milczenie owiec (1991)
W tym wypadku nie mam absolutnej pewności, czy klasyczny już thriller z Jodie Foster i Anthonym Hopkinsem w rolach głównych nie zdołałby powstać we współczesnych warunkach.
Tyczy się on bowiem uniwersalnego tematu brutalnej zbrodni, który co do zasady nie ma określonych norm, gdyż jest odbiciem nieograniczonych pokładów ludzkiego zła. Aczkolwiek jeden aspekt tego filmu może wzbudzić wątpliwości, gdy weźmie się pod uwagę dzisiejszą wrażliwość pewnych grup mniejszościowych. Już w chwili premiery dało się słyszeć, że środowiska transgenderowe były oburzone tym, w jakim świetle film przedstawia osoby borykające się z problemem płciowej tożsamości. Przypomnę, że główny złoczyńca filmu, Buffalo Bill, jest mężczyzną, który zabija kobiety po to, by „przebrać się” w ich skórę.
Już zdrowy rozsądek podpowiada, że stawianie znaku równości między przeciętną osobą transpłciową a seryjnym mordercą jest etykietkowaniem zbyt daleko posuniętym. Niemniej, jeśli Milczenie owiec wzbudziło w tym aspekcie kontrowersje na początku lat 90., to boję się nawet pomyśleć, co mówiono by o filmie dzisiaj.
Rasowy stypendysta (1986)
Ta nieco zapomniana i niewinnie wyglądająca komedia z lat 80. to tak naprawdę jeden z najmocniejszych typów tej listy. Gdy przyjrzymy się bowiem opisowi fabuły, nie można mieć najmniejszych wątpliwości, że film kompletnie nie pasuje do dzisiejszych warunków polityczno-społecznych. W czym rzecz? Bohaterem filmu jest Mark, młody student Harvardu, pochodzący z dobrej rodziny, acz cechujący się wyjątkową przebiegłością. Wiedząc o tym, że musi sam opłacić swoje studia prawnicze, postanawia ubiegać się o stypendium. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jedynym stypendium, do którego może (teoretycznie) startować, jest to przeznaczone dla Afroamerykanów.
Decyduje się na kuriozalne oszustwo – stosując w nadmiernej ilości tabletki do zaciemniania skóry przybiera „kostium” osoby czarnoskórej. To, co kiedyś mogło z powodzeniem funkcjonować w sferze żartu, dziś stanowiłoby zarzewie skandalu. Patrząc, jak palącą kwestią jest dziś dążenie do zniwelowania barier rasowych, czego odbiciem jest badanie częstotliwości i charakteru występów aktorów rasy innej niż kaukaska, można wysnuć wniosek, że scenariusz Rasowego stypendysty zostałby dziś przez producentów z miejsca odrzucony.
