Publicystyka filmowa
Niedocenione filmowe ARCYDZIEŁA science fiction
Odkryj NIEDOCENIONE FILMOWE ARCZYDZIEŁA SCIENCE FICTION, które z czasem zyskały status kultowych, a dziś zachwycają jak nigdy wcześniej.
Tekst z archiwum Film.org.pl (3.05.2020)
Science fiction jest jak wino. Im starsze, tym lepsze. Oczywiście zdarzało się (i wciąż się zdarza), że film przynależący do omawianego gatunku od razu po swojej premierze okrzyknięty zostawał tzw. arcydziełem. Niemniej najczęściej działo się tak, że na każdy wielki fantastycznonaukowy hit przypadała co najmniej jedna mała perła.
Bladła ona jednak w obliczu sąsiadującej w kalendarzu, rozbijającej box office superprodukcji i w rezultacie była niesłusznie pomijana przez widzów oraz nierzadko kryminalnie niedoceniana przez krytyków. Następnie mijały lata i okazywało się, że film, który w momencie swojej premiery pozostawiliśmy bez należytej uwagi, dziś można określić mianem arcydzieła. Poniższe zestawienie to tytuły, które najchętniej zebrałbym w boks blu-rayów i wydał pod enigmatyczną nazwą: niedocenione arcydzieła science fiction.
Przymiotnika „enigmatyczną” użyłem powyżej nie bez przyczyny. Okazuje się, że wyrazy „science fiction” w przedstawionej nazwie mojego wymarzonego zestawu płyt stanowią paradoksalnie najbardziej precyzyjną część tegoż tytułu. Czym jest bowiem arcydzieło kinematograficzne, a także jak zmierzyć niedocenienie produkcji filmowej? Oba terminy, które stanowią przecież główne kryterium wyboru poniższych tytułów, wymagają pewnych wyjaśnień. Zacznijmy od kwestii tzw. arcydzieła. Nie mam oczywiście zamiaru wchodzić tu i teraz w zagadnienia teoretyczne i zastanawiać się, czy film należy traktować jako dzieło sztuki oraz czy powinno się przyrównywać tę dziedzinę kultury do np.
muzyki czy malarstwa, w których występowanie arcydzieł jest niekwestionowalne. Pragnę natomiast wyłącznie przedstawić mój tok rozumowania w tej materii. Arcydziełem kinematograficznym nazywam więc film, który wraz z pierwszym seansem pochłonął mnie, oczarował i przerósł oczekiwania. To produkcja, którą zapragnąłem racjonalizować, a więc badać od każdej możliwej strony. I chociaż w następstwie tych badań film taki uległ rozszyfrowaniu, to każdy kolejny seans utwierdzał mnie w przekonaniu, że za pierwszym razem obcowałem z czymś wyjątkowym. Niedocenieniem z kolei jest w moim mniemaniu doznanie przez tytuł, którym się zafascynowałem klęski w box office, zebranie przez niego niesprawiedliwie negatywnych ocen u światowych krytyków lub wrażenie, że został on zapomniany. Teraz możemy zaczynać i otworzyć wreszcie stalowe pudełko z niedocenionymi arcydziełami science fiction.
Projekt Forbina (1970)
Projekt Forbina Josepha Sargenta to bezpretensjonalne science fiction, osadzone na tle zimnowojennego konfliktu mocarstw. Tytułowym projektem amerykańskiego doktora Charlesa Forbina (Eric Braeden) jest superkomputer „Colossus”, który ma zastąpić ludzi zawiadujących dotychczas systemami rakietowymi Stanów Zjednoczonych.
Taki był oczywiście plan naukowca, jednak niesforna maszyna – wkrótce po premierowym uruchomieniu i znalezieniu sobie radzieckiego brata (siostry?) bliźniaka „Guardiana” – zaczyna płatać Forbinowi, prezydentowi USA (przypominającego JFK), Kremlowi i w rezultacie całemu światu śmiertelnie niebezpieczne figle. „Colossus” nie panikuje, nie wątpi, nie odczuwa winy. Zniszczenie czegoś i kogoś to dla niego wyłącznie algorytm, a do tego maszyna uczy się szybciej, niż się tego spodziewano. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy powyższy opis można skwitować słowem rozkapryszonego i rozpieszczonego dzieciaka: „było!”.
Warto jednak pamiętać o dacie powstania filmu Sargenta. Mając to na uwadze, z łatwością dostrzeżemy, że Projekt Forbina mógłby być ojcem Terminatora. W końcu lat 60. XX wieku wymagało to dodatkowo wyjątkowej wyobraźni. Jej wyraz dał w 1968 roku Kubrick za sprawą słynnej 2001: Odysei kosmicznej i dwa lata później Sargent zapomnianym i przeoczonym Projektem Forbina właśnie.
W omawianej produkcji na uwagę zasługuje sposób budowania napięcia przez jego twórców. Film wciąga widza w wir wydarzeń i do samego końca pozostawia go na skraju fotela. A to wszystko bez uciekania się do efektownej akcji, lecz wyłącznie za sprawą dialogów, inteligentnego humoru i trzech lokacji wypełnionych artefaktami SF, czyli migoczącymi diodami, ekranami służącymi do wideorozmów, klawiaturami przypominającymi maszyny do pisania i przepięknym, surowym „Colossusem” wydającym ludziom polecenia „na piśmie”. Arcydzieła poznaje się również po ich ponadczasowości, a liczący sobie równo pięćdziesiąt lat Projekt Forbina jest wciąż zaskakująco aktualny i przerażający.
Niemy wyścig (1972)
Spacerowałem kiedyś po lesie. Mijały godziny, a ja beztrosko szedłem, wdychając świeże powietrze. W pewnym momencie usłyszałem wzburzony męski głos. Zdezorientowany rozejrzałem się wkoło, ale poza mną i człowiekiem ubranym w zielony strój i posiadającym broń nikogo innego nie zauważyłem.
Okazało się, że przypadkowo wszedłem w granicę rezerwatu przyrody, którego strzegł właśnie ten mężczyzna. Jego głos skierowany był do mnie. Krzyczał, nie przebierając w słowach, abym natychmiast stamtąd zmiatał, bo inaczej pożałuję, że się w ogóle urodziłem. Usłuchałem jego niegrzecznych życzeń i poszedłem we wskazanym kierunku. Wracając do domu, długo myślałem o tym człowieku. Wariat czy miłośnik przyrody? Szaleniec czy ekologiczny superbohater? Może jedno i drugie? Dlaczego jednak o tym piszę? Facet ten przypomniał mi bowiem o bohaterze filmu Niemy wyścig – Freemanie Lowellu (Bruce Dern). On również strzeże przyrody, a raczej tego, co z niej pozostało po katastrofie na Ziemi. Ba! Freeman w imię ekologii jest nawet w stanie zabić drugiego człowieka. Czy w czasach szerzącej się głupoty ludzkiej, powodującej ogromne szkody w środowisku, uzasadnionym jest mordowanie takich jednostek? Jak daleko może posunąć się ekologiczny romantyk? Niemy wyścig to mądra lekcja dla nas wszystkich. Niezwykle intrygujący jest tutaj pomysł połączenia hippisowskiego umiłowania natury z kwestiami przekraczania moralnych granic oraz wykorzystywania technologii w celu przywrócenia naturalnego porządku. Taki miszmasz raczej nie powinien działać, ale w filmie Douglasa Trumbulla sprawdza się znakomicie.
Świat na drucie (1973)
Świat na drucie Rainera Wernera Fassbindera to ponad trzygodzinna, podzielona pierwotnie na dwie części produkcja telewizyjna z 1973 roku, która stanowiła podwaliny słynnego Matriksa Wachowskich, a także mniej znanego Trzynastego piętra Josefa Rusnaka. Welt am Draht to adaptacja powieści Daniela F. Galouyea Simulacron-3 zadająca widzowi znane między innymi z wymienionych wyżej produkcji pytania o prawdziwość świata, w którym żyjemy. Próżno u Fassbindera szukać jednak wartkiej akcji i zapierających dech w piersiach efektów specjalnych. Mamy tu bowiem do czynienia z gatunkiem science fiction w wersji głęboko filozoficznej. Świat na drucie stanowi źródło intelektualnej i wizualnej przyjemności.
Wolne tempo, retro scenografia, niestandardowe ujęcia, frapująca gra aktorska to elementy składające się na dzieło, które należy kontemplować i które jest jednocześnie na wskroś fassbinderowskie. Czy nasze rzeczywiste życie jest tylko symulacją? Czym w ogóle jest rzeczywistość? Co w takim razie jest jedynie iluzją? Kto nami steruje? W jakim celu? Znów możemy wrócić do platońskiej jaskini z pękającą od pytań głową. A to wszystko za sprawą zapomnianego, stylowego niemieckiego arcydzieła science fiction.
Chłopiec i jego pies (1975)
Chłopiec i jego pies L.Q. Jonesa uzyskał miano filmu kultowego. Stał się inspiracją dla słynnego Mad Maxa George’a Millera i wzorem dla twórców serii wspaniałych gier komputerowych – Fallout.
Co jednak spowodowało, że produkcję Jonesa traktuje się wyłącznie w kategoriach kultu zamiast postapokaliptyczno-komediowego arcydzieła? Otóż winę za to ponosi jego kontrowersyjność. A właściwie dosadność zakończenia filmu. Nawet sam Roger Ebert polubił ten film, ale finał Chłopca… zmusił go do przyznania produkcji zaledwie 2,5 gwiazdki. No ale po kolei. Mamy 2024 rok i świat po III oraz IV wojnie światowej.
Ta ostatnia trwała zaledwie pięć dni, ale wykorzystanie bomb jądrowych spowodowało, że wszystko wkoło przypomina teraz poatomową pustynię. Dla ludzi, którzy przetrwali konflikt, liczą się właściwie tylko dwie rzeczy: jedzenie oraz możliwość zaspokojenia potrzeb seksualnych. Te motywacje idealnie odzwierciedla para głównych bohaterów, czyli wiecznie głodny kobiet Vic (Don Johnson) i jego towarzysz – wiecznie głodny tak normalnie – pies Blood. Pomiędzy nierozłącznymi kompanami, którzy potrafią porozumiewać się telepatycznie, stanie wkrótce dziewczyna.
Nie zdradzając dalszego ciągu oraz zakończenia filmu, pragnę wyłącznie napisać, że Chłopiec i jego pies nie jest tak obrazoburczym i kontrowersyjnym dziełem, jak to się może na pierwszy rzut oka wydawać. Postrzegam go raczej jako inteligentną, okraszoną czarnym humorem, gorzką konstatacją na temat istoty humanizmu. Niestety szczerość jest już od kilkudziesięciu lat niemodna i niewygodna.
Hardware (1990)
Pozostańmy jeszcze chwilę w klimacie postapo. Ten panuje bowiem również w filmie Hardware Richarda Stanleya. Postapokaliptyczną wizję wymieszano tu jednak z tradycją cyberpunku i przyprawiono horrorem. Choć wydawać by się mogło, że nic nowego i przede wszystkim nic wyjątkowego z tego połączenia nie wyniknie, to Hardware dowodzi, że filmy tworzone z pasją i miłością zawsze wnoszą pewnego rodzaju powiew świeżości w nawet najbardziej wyeksploatowane już podgatunki. Filmowi Stanleya można wiele zarzucić, jednak nie sposób nie docenić jego klimatu, który uzyskano względnie niewielkim kosztem. Niezwykła atmosfera podbijana wyśmienitą muzyką, ciekawy retro robot, pełna napięcia akcja, umiejętne wprowadzenie poczucia osaczenia i klaustrofobii oraz interesująca symbolika – to elementy, które pozwalają mi określać Hardware skromnym arcydziełem. Czy jednak można zaliczyć go do produkcji niedocenianych? Film zarobił co prawda prawie dziesięciokrotność swojego budżetu, uzyskał raczej mieszane recenzje ze wskazaniem na te pozytywne, ale wydaje się dziś zupełnie zapomniany. Podobnie zresztą jak jego twórca, który na szczęście wrócił ostatnio w intrygującym stylu za sprawą Koloru z przestworzy (2019).
Dziwne dni (1995)
Dziwne dni to zdecydowanie mój ulubiony film w prezentowanym zestawieniu. Kathryn Bigelow kreuje w nim wizję miasta z niedalekiej przyszłości (produkcja powstała w 1995 roku) wymykającego się spod jakiejkolwiek kontroli.
W Los Angeles panuje anarchia po śmierci niejakiego Jeriko One (Glenn Plummer), a nadchodząca impreza sylwestrowa, podczas której bohaterowie produkcji pożegnają ostatni rok z jedynką z przodu, staje się tłem dla efektownego, cyberpunkowego kryminału neo-noir. Nie chodzi jednak o śmierć Jeriko, lecz pewnej prostytutki. Tu do akcji wkracza Lenny Nero (Ralph Fiennes), który bardziej niż panującym wkoło chaosem zainteresowany jest ochroną swojej niewdzięcznej, będącej w niebezpieczeństwie byłej dziewczyny Faith Justin (Juliette Lewis).
Pomaga mu w tym przyjaciółka Mace (Angela Bassett). Lenny przypomina sobie beztroskie chwile z Faith za sprawą technologii SQUID, którą zresztą handluje. Wystarczy założyć na głowę coś przypominającego macki głowonoga i wcisnąć play na specjalnym odtwarzaczu. Nie tylko możemy wówczas zobaczyć fragment życia innej osoby, ale także je poczuć. Łatwo się zatem uzależnić od życia na drucie. Pojawia się również możliwość wykorzystywania tej technologii w złej wierze. Właściwie wszystkie chwyty dozwolone. Być może wszystko, co wyżej napisałem, brzmi nieco chaotycznie, ale scenariusz Dziwnych dni jest naprawdę spójny i wszystkie jego elementy doskonale się zazębiają.
Dość powiedzieć, że stał za nim m.in. były mąż reżyserki – James Cameron. Wspaniała jest tu również gra aktorska z wyluzowanym Fiennesem i zjawiskową Bassett na czele. Największym plusem produkcji są jednak sceny akcji. Zarówno te w realu, jak również te z wirtualnej rzeczywistości. To za sprawą rewelacyjnej pracy kamery, świetnego montażu oraz idealnie pasującej muzyki Dziwne dni dają kopa niczym energetyk popijany mocną kawą. Film Bigelow to ponadczasowe dzieło, o co szczególnie trudno, podejmując się próby ukazania niedalekiej przyszłości.
Mroczne miasto (1998)
Zestawienie niedocenianych filmów science fiction bez uwzględnienia Mrocznego miasta Alexa Proyasa zawsze należy uznawać za nieważne lub niepoważne.
Dlaczego? Skoro zadajecie to pytanie, to najwidoczniej nie widzieliście produkcji Proyasa z 1998 roku. Stylowa, ponura, ekspresjonistyczna wizja świata, w którym ludzkość jest inwigilowana i na której wciąż przeprowadza się eksperymenty, potrafi skutecznie wciągnąć widza w paranoiczną grę iluzji. Mroczne miasto jest sennym labiryntem przypominającym burtonowskie Gotham, po którym błądzi przebudzony i ścigany za serię brutalnych morderstw na prostytutkach John Murdoch (Rufus Sewell). Film Proyasa otwarty jest na przeróżne interpretacje. Ja odbieram go jednak jako psychologiczne science fiction, które stanowi metaforę stanów paranoidalnych.
W stronę słońca (2007)
Opis fabuły najbardziej niedocenionego filmu science fiction XXI wieku prezentuje się na pierwszy rzut oka dość… głupio. Mamy rok 2057, a nasze słońce z niewyjaśnionych przyczyn gaśnie.
W celu uratowania ludzkości wysłano więc grupę astronautów na pokładzie statku Icarus 2, aby rozpalili gwiazdę na nowo. Mają tego dokonać poprzez spowodowanie wybuchu transportowanej z Ziemi bomby wewnątrz słońca. Nierealna, nieposiadająca naukowych podstaw bajeczka? Być może, chociaż autor scenariusza filmu, Alex Garland, przekonuje, że konsultował się z naukowcami, a ci potwierdzili, że jego założenia mogą mieć sens. Pozostawmy jednak kwestie realizmu przedstawionych wydarzeń i dajmy po prostu ponieść się wizji Boyle’a. Tym samym szybko zauważymy, że W stronę słońca nie jest wyłącznie efektownym widowiskiem, ale także opowieścią o człowieku poszukującym nadziei i boga. Opowieścią piękną, zjawiskową, hipnotyzującą, zbudowaną z niezwykłą dbałością o szczegóły. Widać w filmie inspiracje wielkimi dziełami gatunku, na które rzucono zupełnie nowe, jasne światło. Produkcja Boyle’a to klimatyczny, wizualny majstersztyk i inteligentne kino filozoficzne. Niestety pominięta przez publiczność w momencie swojej premiery.
Człowiek z Ziemi (2007)
W przypadku Człowieka z Ziemi najbardziej science fiction w powszechnym rozumieniu tych słów jest plakat do filmu i jego enigmatyczny tytuł. „Akcja” produkcji skupia się bowiem w jednym pomieszczeniu i wyłącznie na dialogach osób, które pragną pożegnać się z niespodziewanie wyjeżdżającym na zawsze przyjacielem.
Niezwykłą sztuką jest w takim wypadku utrzymanie widza przy ekranie na ponad 80 minut. Historia, którą tego typu film chce opowiedzieć, musi być przecież niezwykle wciągająca. Richard Schenkman zdecydowanie wie, jak to się robi. Pomógł mu w tym przede wszystkim scenariusz Jerome’a Bixby’ego, wcześniejszego autora krótkich opowiadań SF. Jak zatem stworzyć niskobudżetową fantastykę naukową, w której na pozór nic się nie dzieje? To proste! Wystarczy, aby główny bohater rzucił swoim przyjaciołom na odchodne, że tak naprawdę ucieka, ponieważ pochodzi z epoki paleolitu i przetrwał aż do dziś za sprawą wrodzonej odporności na degradację organizmu.
Oczywiście do takiej rozmowy najlepiej zaprosić ludzi, którzy mogliby z łatwością obalić rewelacje gospodarza. Weźmy więc między innymi archeologa, biologa, psychiatrę i znawcę literatury chrześcijańskiej.
Czy zgadzacie się z moimi wyborami? Jak wyglądałyby wasze zestawy blu-rayów z niedocenionymi arcydziełami SF? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!
