Publicystyka filmowa
Filmy SCIENCE FICTION, które zmuszą cię do MYŚLENIA
FILMY SCIENCE FICTION pobudzają wyobraźnię, stawiając trudne pytania o naszą przyszłość i miejsce w świecie. Zobacz, co zmusi cię do myślenia!
Gatunek science fiction jak mało który w kinematografii ma za zadanie pobudzać wyobraźnię. Z reguły opowiada o czymś, co w sensie racjonalnym i praktycznym jeszcze w rzeczywistości nie istnieje, ale skoro zostało już pomyślane, to z czasem w jakimś stopniu się spełnia, co zresztą możemy zaobserwować w dzisiejszych czasach, gdy oglądamy kilkudziesięcioletnie filmy fantastyczne. Pod tym względem produkcje science fiction dają sporo do myślenia. Aktywizują naszą przywykłą do faktów wyobraźnię w taki sposób jak kiedyś, gdy jeszcze byliśmy wieszającymi się na trzepakach szkrabami.
Poza tym produkcje sci-fi stawiają wiele trudnych pytań, na które rodzaj ludzki powinien sobie wreszcie jasno odpowiedzieć, nim bezmyślnie rzuci się w szpony bezdusznej technokracji.
Zestawione poniżej tytuły próbują zachęcić nas do namysłu nad problemami bardzo podstawowymi dla naszej cywilizacji. Nim pójdziemy dalej, a zwłaszcza tak daleko jak w kilku wspomnianych przeze mnie produkcjach, uświadommy sobie, kim jesteśmy, jakie jest nasze miejsce w otoczeniu i jak powinniśmy je traktować. Poznajmy do końca naszą biologię bez przesłaniania jej ideologiami, a dopiero potem, gdy będziemy już na to gotowi, spróbujmy zająć miejsce Boga i stworzyć sami siebie z niczego.
To naturalna konsekwencja rozwoju cywilizacji oraz etap postępu – autokreacja. Bo kino science fiction, opowiadając nam o obcych, robotach i innych wymiarach, tak naprawdę przygotowuje nas na ten dzień, kiedy na tyle będziemy dojrzali (a dopiero w drugiej kolejności zaawansowani technicznie), że uniesiemy ciężar takiej transhumanistycznej biotwórczości. Na razie droga przed człowiekiem jeszcze długa, co w pouczający sposób prezentują omówione niżej filmy. Pomyślmy, zanim je bezrefleksyjnie skrytykujemy, pisząc górnolotne komentarze, że „obrażają czyjąś inteligencję”.
Anihilacja (2018), reż. Alex Garland
Pamiętam, że z rok temu napisałem, że jest to najlepszy film science fiction, jaki do tej pory pojawił się na platformie Netflix. Dzisiaj także podtrzymuję to zdanie. Z jednej strony dobrze to świadczy o Anihilacji, z drugiej niezbyt dobrze o Netflixie. Są jednak ważniejsze kwestie, wymagające przemyślenia, do czego film Garlanda niezmiernie ciekawie namawia. Po pierwsze: jak dobry potrafi być film fantastyczny, w którym główne postaci grają kobiety? Tak dobry, że kobiety postrzegane są jak męskie postaci.
Wiem, jak to brzmi – dość mizoginicznie, ale sytuacja z nieobecnością kobiet albo „używaniem” ich jako narzędzi przez bohaterów SF doprowadzona została do tego, że osiągnięcie męskiego poziomu staje się teraz sukcesem. Problem tkwi zarówno w nazewnictwie, jak i w kulturze gloryfikującej męskość jako cnotę. Niemniej w przypadku Anihilacji kobiece postaci zostały tak skrojone i zagrane, że nie sposób zarzucić im owej kulturowej i jednocześnie słabszej oraz głupiej kobiecości. A jeszcze inaczej – męska część widowni z powodzeniem może się z nimi utożsamić, są takie „MĘSKIE”. Jest nad czym myśleć.
Po drugie zaś Anihilacja ma bardzo enigmatyczne zakończenie. W porównaniu z resztą filmu jest ono najsłabszym elementem produkcji. Zachęca jednak do myślenia, a właściwie wymyślenia go na nowo, żeby cała reszta scenariusza obroniła świetnie skonstruowany suspens, charakterne postaci, zwroty akcji i wszechobecną tajemnicę.
E.T. (1982), reż. Steven Spielberg
Ta ludzka buńczuczność w postrzeganiu innych inteligentnych gatunków pochodzących z kosmosu zapewne bierze się w filmach stąd, że Homo sapiens uważają się za centrum wszechświata.
Pod tym względem wciąż w naszej kulturze obowiązuje geocentryzm zasilany, wzmacniany i uzupełniany kapitalistycznym przeświadczeniem, że najwłaściwsze do pokazywania w kinie jest wszystko to, co się sprzeda i przyniesie zysk. E.T. nie różni się pod tym względem od całej masy filmów science fiction, które odniosły komercyjny sukces. Spielberg jednak jako doskonały rzemieślnik w dziedzinie reżyserii przekazał w filmie coś więcej niż sprzedajność. Tak, jest to możliwe do pogodzenia z chęcią zysku i pożądaniem sławy.
E.T. namawia nas do ogólnej refleksji nad innością jako taką. Miarą tolerancji jest właśnie stosunek do innych gatunków, a wzniesienie się z obcym aż do tarczy Księżyca jest ukazaniem symbolicznego poziomu, do którego ludzkość wciąż nie jest w stanie doskoczyć przez swoje stereotypy i małostkowe wierzenia.
Obcy: Przymierze (2017), reż. Ridley Scott
Mimo licznych wad Obcy: Przymierze okazał się bardziej spójnym sequelem Prometeusza niż on sam pierwszej części Obcego. Więcej doświadczyliśmy mrocznego klimatu znanego z typowo slasherowych horrorów. Częściej również pojawiał się sam Ksenomorf. Może niekiedy Scott zbyt moralizował oraz stosował nazbyt czytelne metafory oraz odniesienia do starożytnej mitologii (Uranos, Tytani itp.), niemniej było nad czym myśleć i co rozszyfrowywać. Z pierwszą częścią sagi łączy również Przymierze wykorzystanie konotacji erotyczno-religijnych. Scott powrócił do pobudzania widza niejako podprogowo, katalizowania jego lęków seksualnych wykarmionych na mieszczańskiej kulturze i religii. Można wysnuć taki wniosek na podstawie zachowania się zarówno Obcego, jak i jego stwórcy (tak wyszydzana scena, kiedy David i Walter grają na flecie).
David przebywa długą drogę do zrozumienia, że ma prawo mienić się bogiem, skoro potrafił zgładzić całą planetę, na której finalnie osiadł. Szczytem jego boskości jest moment, kiedy wykorzystuje ciało doktor Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) jako protokrólewski inkubator do stworzenia istoty o wiele doskonalszej niż Shaw. Robi to bez jej zgody w imię patriarchalnie rozumianego dążenia do ideologicznej kreacji coraz doskonalszych istot. Szerzej koncepcję postępowania Davida opisałem w zestawieniu 5 najlepszych ról Noomi Rapace, na końcu tekstu. David postępuje tak, ponieważ może. Leży to w zakresie jego naturalnej dynamiki działania, więc czy jest naprawdę złe? Z jakiej dominującej w obecnych czasach religii znamy ten sposób kreacji bogów? Do sposobu narodzenia jakiego obecnie czczonego boga Scott się odnosi?
Kontakt (1997), reż. Robert Zemeckis
Czy to wszystko się faktycznie zdarzyło? Na to pytanie powinien odpowiedzieć sobie widz, gdyż Eleanor Arroway (Jodie Foster) uzyskała przekonanie graniczące z pewnością, że faktycznie przeniosła się w czasie (a może w inny wymiar w czasie?). Nikt jej nie chciał uwierzyć, że miała kontakt z obcymi, którzy stworzyli dla niej wizualizację ukochanego, a zmarłego przed wieloma laty ojca. Reżyser trochę namawia widza, żeby pozostawił na uboczu swój racjonalny osąd, a uwierzył, podobnie jak Eleanor.
Równocześnie jakby celowo osłabia emocjonalną motywację widza, bo przecież nikt inny nie może potwierdzić teorii astronomki. Robert Zemeckis po mistrzowsku, a równocześnie z amerykańskim patetycznym zacięciem, przeciwstawia sobie to, co jest ratio (rozum) i fides (wiara), z tym że nie chodzi tu o żadną instytucjonalną religię, bo one nie dorastają do tego poziomu autentyzmu ludzkich emocji. Chodzi raczej o samoświadomość człowieka jako istoty stanowiącej część wszechświata i bolesnym jej zderzeniu z całą masą ludzi, którzy nie są w stanie wybić się poza hermeneutykę kultury, w której wzrastali i która ich karmi. Jest nad czym myśleć.
Ready Player One (2018), reż. Steven Spielberg
Do tego typu narracji bazującej na licznych reminiscencjach trzeba przywyknąć oraz być na nią gotowym emocjonalnie.
Spielberg nie byłby sobą, gdyby nie zawarł w filmie ponadczasowego humanistycznego przekazu. Może i dla niektórych będzie on zbyt głęboko ukryty pod warstwą efektów specjalnych. Może zarzucą całemu filmowi zbyt prostą retorykę i łopatologiczną narrację na temat tego, co jest w życiu dobre, a co złe. Jak pisałem na początku, mimo tego warto zmrużyć nawykłe do dorosłych problemów oczy i przemyśleć, czy aby na pewno świat, do którego z takim mozołem próbujemy się dostać tylko po to, żeby ktoś nazwał nas kimś ważnym i wypłacał za to co miesiąc kasę, jest tym jedynym, prawdziwym, wartym nas. Czy nie zostawiliśmy za daleko jedynego okresu egzystencji, kiedy beztrosko mieliśmy szanse doświadczać radości? W tej rzeczywistości poza OASIS stopniowo tracimy niewinność, bo nie wracamy do dzieciństwa.
Gdy jednak zaryzykujemy, okazuje się, że zhierarchizowana, goniąca za pieniądzem społeczność nas wyśmiewa, jak kiedyś ci ze starszych klas.
Interstellar (2014), reż. Christopher Nolan
Nie spodziewałem się, że Christopher Nolan wzbudzi tyle kontrowersji, kręcąc Interstellar.
Skoro więc są kontrowersje, to jest i namysł, nawet jeśli w niektórych mózgach wywołuje negatywne skojarzenia, zatem film jak najbardziej pasuje do zestawienia. A kontrowersje? Wynikają z przekonania niektórych twardych fanów science fiction, że im fantastyka mniej zeszlifowana, podobna do wykładu z fizyki profesora, który ma gdzieś zdolności studentów, a woli się niepedagogicznie popisywać dowodami przed samym sobą, tym lepiej. Takie z pozoru „twarde” SF robi wrażenie mądrego. Ucieka więc od zarzutów niektórych krytyków i humanistów, że poprzez rozbuchaną w science fiction fantazję nie można jej brać nazbyt poważnie.
Tak kiedyś chciał zabłysnąć Kubrick Odyseją kosmiczną. Nolan podszedł do sprawy racjonalnie i nakręcił „twardawe” SF z uwzględnieniem poprawek. Nic w tym zdrożnego. Wręcz przeciwnie – obraz rządzi się innymi prawami i aby widz nie czuł się w kinie jak na przedłużającym się w nieskończoność wykładzie owego profesora-nudziarza, trzeba pewne kwestie uprościć.
Czasem owe uproszczenia ocierają się o banał. O jakości całej produkcji decyduje jednak znacznie więcej elementów współgrających ze sobą i tworzących atmosferę filmu. Można go nazwać Odyseją kosmiczną, tyle że dostosowaną pedagogicznie do możliwości percepcyjnych widzów, tych mądrych i tych głupszych. Dlatego Interstellar stał się już produkcją kultową.
Łowca androidów (1982), reż. Ridley Scott, Blade Runner 2049 (2017), reż. Denis Villeneuve
Wyliczę zaledwie dwa problemy do analizy pojawiające się w obydwu częściach. Po pierwsze oko na początku filmu Scotta jest naznaczone ogniem. Villeneuve kilkakrotnie nawiązuje do tej metafory (m.in. oczy Sappera Mortona) Owo Scottowskie oko dostrzega, co znajduje się za techniczną osnową miasta, ale symbolizuje też karkołomną pomyłkę. Ten, kto ocenia tylko na podstawie wzroku, znajduje jedynie to, co chciał odkryć projektant badanego oka. Nie widzi cudu, nie widzi, kim jest lub mógłby być jego właściciel, oczywiście gdyby miał czas. Zarówno Rick Deckard (Harrison Ford), jak i Roy Batty (Rutger Hauer) muszą więc od nowa nauczyć się patrzeć. Oficer K. (Ryan Gosling) uczy się tego przez całą historię, która go boleśnie doświadcza, dając i odbierając nadzieję na realne dzieciństwo. Zarówno film Scotta, jak i produkcja Villeneueve’a są przedstawieniem dwóch ścieżek oświecenia zen.
Jedną z nich musi przejść istota skazana na śmierć (Batty, K.), a drugą „człowiek”, którego dalsze, rewolucyjne życie (Blade Runner 2049) zależy od tego, jak zrozumie umieranie replikant, który nigdy nie żył naprawdę, chociaż sporo widział.
Po drugie dr Tyrell wyraźnie stwierdził, że jeśli androidom nie da się emocjonalnej przeszłości, w ciągu kilku lat spontanicznie przyswoją najpowszechniejsze doświadczenia ludzi, z którymi będą się spotykać. W tym przypadku zrobią to w sposób niekontrolowany, jak wychowywane na śmietnikach, dworcach i w melinach dzieci, a więc potencjalnie mogą stanowić zagrożenie dla gatunku Homo sapiens. Eksperyment polegał więc na stworzeniu już na starcie w umyśle replikanta siatki wspomnień. Dzięki temu dużo łatwiej dało się go kontrolować. Skoro tak, to replikanci wcale nie byli programowalnymi robotami. Korporacja Tyrella prowadziła doświadczenia z dużo wrażliwszym materiałem. W swoich laboratoriach próbowała skonstruować wersję człowieka stworzonego, a nie spłodzonego, i na starcie pokazać mu, jak należy żyć, zgodnie z wszczepionym szkieletem budujących osobowość wspomnień. To szykowanie prawdziwego zamachu na Adamowy ród, który wyjątkowo niesprawiedliwie najpierw stworzył replikantów, żeby za niego pracowali, nie dał im jednak czasu na wykształcenie emocji, chociaż w praktyce tego wymagał do służalczego funkcjonowania w pozaziemskich koloniach, przynajmniej w minimalnym stopniu.
A kiedy z czasem replikanci zaczęli już faktycznie uczyć się, jak być bardziej podobnymi do stwórców, właśnie za tę narastającą chęć doświadczenia samodzielności i wolności usunięto ich. Ludzie bali się ich oczu, które z jednej strony widziały tak dużo, a z drugiej, bez odpowiedniego aparatu wspomnień, nie umiały tego ani wyartykułować, ani wykorzystać. Ten dualizm prawdziwego widzenia prawdy za pomocą oka (okulocentryzm), a z drugiej strony nieumiejętności jej interpretacji i pokazania innym, jest z natury zawarty w stwórcach replikantów.
Może więc ludzie podświadomie tak bardzo się obawiali „syntetyków”, ponieważ wiedzieli, że skoro replikanci widzieli znacznie więcej, a przy tym byli emocjonalnymi dziećmi, to zawsze powiedzą prawdę, zwłaszcza w momentach ocenionych jako „nieodpowiednie” dla interesu ogółu. A w postapokaliptycznej społeczności ludzi, w znękanym wybuchami ognia, zanieczyszczeniem i ciemnością Los Angeles, nawet gdy ktoś widzi lepiej, głębiej i więcej, wie już, że nie ma sensu o tym na głos wspominać.
Moon (2009), reż. Duncan Jones
Kto by pomyślał, że w dobie międzygalaktycznego i międzywymiarowego science fiction produkcja, w której człowiek wyrusza zaledwie na Księżyc, okaże się fantastyką wysokich lotów. Jak widać, jest to sposób na wydobycie sci-fi z banału, którym obciążają go widzowie, oczywiście ci co bardziej wymagający abstrakcyjnych wartości niesionych przez niedowartościowany od dziesiątków lat gatunek.
Dla tych którzy zapytają, dlaczego jest niedowartościowany, szerzej problem opisałem w artykule Najbardziej rozrywkowe filmy science fiction XXI wieku. Tutaj na szersze wyjaśnienia nie ma miejsca. Wspomnę jedynie, że wyobrażanie sobie w filmie czegoś, co nie mogło się w czasach jego publikacji realnie zdarzyć, zostało uznane za gorsze, a krytycy oraz co poniektórzy widzowie z wyniosłością traktujący własną inteligencję wciąż wyśmiewają gatunek sci-fi, bo ich ograniczona do podziwiania wyłącznie faktów wyobraźnia nie ogarnia owej gatunkowej konwencji i umowności panującej w tym rodzaju kina.
W przypadku produkcji Moon pewnym wymykiem było wprowadzenie do świata przedstawionego tematyki socjologicznej, obyczajowej i komediowej (wspaniała rola Kevina Spaceya jako Gerty’ego). Równie dobrze nic, co się działo z głównym bohaterem Moon, nie musiało się zdarzyć w kosmosie, na Księżycu lub na innej planecie.
Nausicaä z Doliny Wiatru (1984), reż. Hayao Miyazaki
Nie przypominam sobie drugiego takiego pomysłu na postapokalipsę w filmie fabularnym. Jeśli ktoś z was pamięta podobny tytuł, tyle że nie animowany, podpowiedzcie.
Rzecz jasna, prócz żałosnej próby kompletnie pozbawionej metafizyki wizualizacji konfliktu człowieka z owadami w postaci Żołnierzy kosmosu. Generalnie mam wrażenie, że nietuzinkowe pomysły na SF od studia Ghibli nie wchodzą do mainstreamu fantastyki naukowej. Czyżby zbyt drogo kosztowała ich realizacja? W przypadku Nausicai z Doliny Wiatru, lekką ręką licząc, pochłonęłaby ona kilkaset milionów dolarów. Przedstawienie powietrznych bitew, Doliny Wiatru, zatrutego lasu czy ataku Ohmów wymagałoby ogromnej wiedzy, doświadczenia oraz pracy przy tworzeniu efektów specjalnych.
Nikt wciąż nie zaryzykował wykorzystania pomysłu Miyazakiego do stworzenia magicznej superprodukcji, a czas mija. Bajka i jej strona wizualna nieubłaganie się starzeją, a kolejne pokolenia widzów coraz rzadziej pamiętają o tym jedynym w swoim rodzaju połączeniu science fiction z fantasy, które zaproponowali twórcy ze studia Ghibli. Nausicaä z Doliny Wiatru to przypowieść o poszukiwaniu harmonii w kontaktach z przyrodą. Przez to, że kiedyś, przed tysiącem lat, potraktowaliśmy ziemię jak swoją własność, nasza cywilizacja przepadła, chociaż wciąż ma szansę się odrodzić, tyle że na innych zasadach.
Brzmi naiwnie? Zaręczam, że scenariusz filmu jest tak wielowątkowy, że wszelkie podejrzenia o banalizację tematu można zostawić daleko za sobą. Młodym pokoleniom potrzebne są takie produkcje, które w mądry, pozaideologiczny sposób uczą szacunku do otoczenia.
9 (2009), reż. Shane Acker
9 i WALL-E są dla mnie punktami odniesienia dla większości bajek czy też animacji, które aspirują do zabawiania widzów mających więcej niż 12 lat oraz dodatkowo przynajmniej te 100 IQ, żeby móc cokolwiek abstrakcyjnego o tym świecie stwierdzić. Jak biednie pod tym względem wypadają bajki Disneya. Surrealistyczna, fantastyczna oraz sensacyjna wizja Shane’a Ackera i Pameli Pettler, czyli rewelacyjna, chociaż boleśnie krótka 9 mimo wszystko nieco zmarnowała swój potencjał. Gdyby przedłużyć film przynajmniej o 20 minut, a może nawet 30, przyczynków do myślenia byłoby o wiele więcej.
Weźmy chociażby dokładniejsze opisanie świata przedstawionego, jakiejkolwiek relacji między niegdyś żyjącymi w nim ludźmi a osamotnionymi laleczkami. Samozwańczy szef laleczek („Jeden”) jest zbyt prostacko zły. Postać nazywana „Dwa” nie powinna zostać tak szybko porwana, cała akcja nie musiała rozwijać się aż tak ekspresowo, widzowi powinno dać się więcej informacji na temat laleczek, historii konfliktu z maszynami oraz procedury transmutacji za pomocą klucza od twórcy Maszyny. Bo skoro już filmowcy zdecydowali się wykreować aż tak mroczny świat, który zrozumieją raczej nastolatkowie i dorośli, przydałoby się również więcej mądrych dialogów, oczywiście z umiarem.
Nie mam na myśli traktatów humanistycznych. W końcu bohaterami są lalki i nie było sensu kazać im ciągle mówić jak specjaliści od języka w Barwach ochronnych Zanussiego. I chociaż w animacji ze studia Starz wątków aż tylu do przedyskutowania nie ma, za każdym razem z niecierpliwością czekam na końcową scenę pogrzebu. Okazuje się, że laleczki mają coś w rodzaju duszy. Nasuwa się więc kolejne pytanie, czy owa dusza, pneuma, atman powstaje za sprawą dynamiki mechanicznej, bo przecież są w nią wyposażone lalki.
Chappie (2015), reż. Neill Blomkamp
Trochę posthumanistyczna przypowieść, trochę fantastyczny wyciskacz łez, a trochę kino akcji ze standardowym rozwinięciem scenariusza i bardzo szablonowymi postaciami.
Zadziwiające jest jednak to, że jako całość Chappie robi wrażenie, nie nudzi, nie męczy, nie ocieka naiwnym patosem, za to porusza emocjonalnie. Jeśli ktoś oskarża film o patetyczność, robi to zwykle na zasadzie postrefleksji, ale to margines. Odprysk zaledwie mojej interpretacji stosunku widzów do filmu, bo są w dziele Blomkampa o wiele znamienitsze tematy do przedyskutowania. Istnienie duszy, wpływ liczby neuronów w mózgu na zaistnienie świadomości, zależność możliwości symulacji ludzkiej inteligencji od skomplikowania układu scalonego, relacja człowiek–maszyna, natura ludzkich emocji i możliwość ich imitacji przez robota, obalenie istnienia Boga, jeśli człowiek będzie potrafił stworzyć maszynę, która z atrapy ludzkich emocji uczyni zarodek własnej świadomości, oraz problem praw robota, który staje się samoświadomy.
Gdzieś tam, w tle tych wszystkich transhumanistycznych problemów, które przed nami stoją, czają się czysto ludzkie demony – nierówność społeczna, niestałość emocjonalna i niedojrzałość do bycia gatunkiem, który może pozwolić sobie na kreowanie innych, niezależnych myślowo istot żywych.
Ex Machina (2015), reż. Alex Garland
Czyż jedną z naszym ukrytych potrzeb (dla niektórych perwersji) nie jest chęć spółkowania z maszyną? W końcu już w pewnym sensie stało się to możliwe – mowa tu o wibratorach, sekslalkach i tym podobnych. Z tym że to wszystko są narzędzia bez osobowości, a seks najbardziej jednak podnieca (przynajmniej większość), gdy uprawia się go z istotą o unikalnym charakterze.
Czy to oznacza, że osobowość wystarczy, a na drugim miejscu jest biologiczna tożsamość i wygląd? W pewnym sensie tak, byle oczywiście zachować możliwości techniczne do odbycia stosunku. Seks z obcym w postaci kraba więc odpada, ale z humanoidem o zielonej skórze – czemu nie, co zresztą kino science fiction potwierdza. Uczłowieczanie androidów idzie więc z tym erotycznym nurtem, by dać ludziom doskonalsze i pozbawione dylematów moralnych narzędzia z charakterem do zaspokajania potrzeb erotycznych. Poza tym takie antropomorficzne podejście w science fiction okazało się popularnym sposobem na przykucie uwagi widzów.
W tworzeniu chrześcijaństwa się sprawdziło. W bajkach opowiadanych dzieciom na dobranoc, a nawet w ogólnoświatowej literaturze również, więc czemuż by nie miało zaprocentować w kinematografii gatunkowej.
Ex Machina jest rozwijającym się powoli humanistycznym filmem dającym sporo do myślenia o stosunkach erotycznych między gatunkami. Reżyser wybrał bezpieczniejszą formę relacji erotycznej – człowieka i humanoidalnego androida. Na obecnym etapie rozwoju kina jest to jedyny strawny sposób, żeby wprowadzić ewentualne wątki erotyczne, gdyż inaczej ujęte transgatunkowe stosunki miłosne nie wpłynęłyby dobrze na odbiór filmu. A tak robot czy inaczej zwący się syntetyk o ludzkich cechach traktowany jest niemal jak człowiek, a więc powoduje przypływ uczuć i empatii.
Ava (Alicia Vikander) stopniowo uczy się taką być. Jej samoświadomość rośnie jak u dziecka. Postronni ludzie powinni jednak odpowiedzieć sobie na pytanie: do czego zdolne jest dziecko, nim nauczy się je funkcjonować w społeczności? Okazuje się, że człowieka zachwyconego nową technologią da się bardzo łatwo okłamać, zwieść, a następnie nim pokierować. Uczłowieczając roboty, powinniśmy pamiętać, że ich natura przynajmniej przez jakiś czas pozostanie radykalnie odmienna, a gdy dorówna naszej, ich świadomość niezależności i wolności gatunkowej tylko wzrośnie.
Tak czy inaczej, tworząc inne istoty świadome, nie spodziewajmy się od nich bezgranicznego współczucia ani romantycznych afektów tylko dlatego, że wydają się podobne do nas. Wykształcenie niezależnego charakteru ma swoje konsekwencje.
Hardware (1990), reż. Richard Stanley
Naprawiam swój karygodny błąd z zestawienia Człowiek kontra roboty. Filmy science fiction, w których ludzie walczą z maszynami. Tworząc je zapomniałem o M.A.R.K. 13, prototypie bojowego robota wyposażonego w sztuczną inteligencję. W dzieciństwie bałem się go straszliwie, a film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wciąż pamiętam wymalowaną w amerykańskie barwy metalową czaszkę ze świecącymi na czerwono oczami. Poziom grozy przez nią wywoływany równał się z tym, które powodował Terminator, jeszcze wtedy, kiedy był zły.
M.A.R.K 13 mordował również znacznie mniej stylowo w porównaniu z T-800 – robił sporo krwawego bałaganu, przez co znacznie więcej w nim klimatu gore niż u Jamesa Camerona.
Hardware to mimo wszystko nie jest zwykły bezmózgi slasher SF, a raczej kino symboliczne, lapidarnie prezentujące upadek ludzkości. Paradoksalnie to wcale nie wojna nuklearna okazała się kresem naszej cywilizacji. W sensie praktycznym może, ale problem z naszym gatunkiem tkwi w naszej radosnej twórczości. M.A.R.K. 13 jest jej efektem. Morderczym, autodestrukcyjnym, nieco seksualnym w klimacie wojerystycznym i BDSM. Podobnie jak jego twórcy, sam ambiwalentnie walczy o przeżycie, jednak za cenę realizacji zaprogramowanych zadań, a także beztroskiej zabawy otoczeniem. Gatunek, który upatruje swojego wyzwolenia w wykorzystaniu potwora do własnej ochrony, musi upaść.
Kłopotliwy człowiek (2006), reż. Jens Lien
Europejskie kino podchodzi do fantastyki znacznie spokojniej. Bardziej skupia się na człowieku i eksperymentach z jego mentalnością niż na budowaniu futurystycznego świata.
Dzięki temu gatunek SF staje się bogatszy treściowo, natomiast formalnie tańszy. Nieważne, że dzieje się to zwykle w Europie. Środowisko jest tak małe, że takie filmy jak Kłopotliwy człowiek promieniują inspiracją na zaoceanicznych twórców. Film Jensa Liena jest wielowątkową prezentacją utopijnego świata naznaczonego tajemniczą wojną, próbą pokonania jej konsekwencji za pomocą stworzenia idyllicznego społeczeństwa oraz jednocześnie refleksją nad naukowym eksperymentem niemal na zasadach próby Philipa Zimbardo, a zarazem próbą zobrazowania wspólnej dla większości religii metafizycznej symboliki. I teraz cały nasz namysł, do którego zmusza Kłopotliwy człowiek, polega na wyborze drogi interpretacyjnej. Mamy dwa wyjścia.
Możemy pójść drogą stricte fantastyczno-postapokaliptyczną i uznać, że na Ziemi zaszło tak wiele zmian gospodarczych oraz społecznych, że władzę przejęły korporacje, mające własną wizję idealnego społeczeństwa. Bohater filmu trafił do takiego eksperymentu, lecz nie sprawdził się jako obiekt doświadczalny. Nie chciał idealnego życia wiecznego. Wolność była dla niego cenniejsza niż brak cierpienia, a nawet biologiczna egzystencja.
Możemy też zostawić w spokoju postapokaliptyczne korporacje oraz tematykę science fiction i pójść w metareligijne rozważania. Świat przedstawiony w filmie byłby wtedy rodzajem raju, z tym że niezbyt chcianego. Takim miejscem trochę w krzywym zwierciadle, które twórcy filmu zbudowali, żeby pokazać widzom, w jakie złowieszcze sidła wciąga ich umysł każda religia, proponując rekompensatę w zaświatach za biologiczną śmierć na tym świecie.
Upgrade (Ulepszenie) (2018), reż. Leigh Whannell
Na koniec pozostało nam do rozważenia coś, co we współczesnym gatunku science fiction stopniowo zyskiwało coraz większą popularność, wraz z rozwijaniem się koncepcji budowy humanoidalnych robotów. Niemałe miały tu znaczenie również efekty specjalne, które w dzisiejszym kinie potrafią nareszcie odzwierciedlić połączenie ludzkiego ciała z maszyną.
Tak niedocenione i komercyjnie nieznane Ulepszenie zmyślnie łączy ich wartość z grą aktorską oraz koncepcją obecności sztucznej inteligencji wewnątrz biologicznego umysłu człowieka. Dla nas, żyjących dzisiaj, to niezła zagwozdka, jak dałoby się pogodzić nasz rozum z niezależnie funkcjonującą w nim osobowością. Czy wciąż człowiek mógłby mówić o sobie, że ma jedną tożsamość? Jak zniosłaby taki stan jego psychika? Z drugiej strony ludzie chorzy psychicznie ciągle doświadczają podobnych problemów, z tym że ich dodatkowe osobowości zdają się bardziej ich kontrolować niż oni je. Skoro jednak sztuczna inteligencja jest nią ze swej natury, w końcu ona też przejęłaby rolę tej dominującej, jak pasożyt. Z pewnością gatunek ludzki pod jej wpływem mocno by się zmienił – może na lepsze.

Dawid Burdelak
22 kwietnia, 2026 at 19:20
A gdzie „2001: Odyseja kosmiczna” Stanleya Kubricka? Najlepszy film science-fiction jaki oglądałem, przez cały seans człowiek używa intelektu i mózgu, każe nam produkcja odpowiedzieć na pytanie o miejsce ludzkiej cywilizacji we Wszechświecie, jak wypadamy na jej tle i czy jesteśmy nieco bardziej zacofani od kosmitów. Efekty specjalne, muzyka klasyczna, gra aktorska (legendarny głos Douglasa Raina jako HAL-a 9000), scena kiedy to małpy uderzają w kości i biegają wokół monolitu, trzyminutowy czarny ekran na początku i końcu seansu, a nawet dziecko w bańce w przestrzeni kosmicznej. Ubolewam osobiście nad tym, że zabrakło tak genialnej pozycji w tym artykule – gdybym ja pracował nad tym artykułem, to bym uwzględnił to dzieło sztuki i zaznaczył dobitnie jej pozycję w historii fantastyki naukowej.