Publicystyka filmowa
Filmy SCIENCE FICTION, które USMAŻĄ CI MÓZG
Odkryj FILMY SCIENCE FICTION, które zaskoczą Twój umysł! Zaskakujące pytania o egzystencję w świecie pełnym intrygujących tajemnic.
Kwestią wyboru jest, czy szukamy w kinie pełnej przejrzystości, czy też lubimy, gdy twórca komplikuje nam możliwość zrozumienia utworu. Kino potrafi być zagmatwane, a często środkiem do uzyskania tego efektu jest gatunek science fiction. To w nim znajdziemy najmniej zrozumiałe, ale jednocześnie najbardziej intrygujące opowieści.
Ich autorzy, sięgając granic niesamowitości, odważyli się zadawać tak trudne pytania, tyczące się natury ludzkiej oraz sensu egzystencji, że podczas ich formułowania niejednokrotnie potykali się o własne nogi i gubili w labiryncie, który sami zbudowali. Interpretacja tych tajemniczych dociekań pozostała już w rękach widzów, którzy przez lata postarali się o tworzenie szeregu teorii umożliwiających rozwiązanie filmowych węzłów gordyjskich.
Jeśli chcielibyśmy znaleźć trafne i wymowne określenie tego rodzaju kina, z pomocą idzie internetowy żargon. Mindfuck – takim mianem określa się film, który w trakcie seansu wywierca nam stosownych rozmiarów dziurę w głowie, utrudniając zrozumienie sensu kryjącego się za ruchomymi obrazami. Postanowiłem zebrać dziesięć znaczących przykładów filmów tego typu, wywodzących się z zaplecza science fiction, by zachęcić was do seansów zanurzonych w uczuciu zagubienia.
2001: Odyseja kosmiczna (1968)
Arcydzieło Stanleya Kubricka było ze wszech miar przełomowe. Zarówno w warstwie wizualnej, jak i tematycznej. Światowej sławy reżyser udowodnił bowiem, że science fiction może być w rękach sprawnego twórcy narzędziem służącym do zgłębiania tajemnic rzeczywistości i snucia filozoficznej refleksji. Odyseja kosmiczna była także przełomem narracyjnym – w tamtym czasie przyzwyczajony do pulpowego science fiction widz z pewnością miał trudności w umiejętnym odbiorze filmu Kubricka i zrozumieniu jego przesłań. Trudności te istnieją do dziś, gdyż film nie daje jednoznacznych odpowiedzi na postawione pytania, zachęcając widza do własnej interpretacji. To znak rozpoznawczy wszystkich filmów z tej listy.
Donnie Darko (2001)
Istnieją twórcy, którzy wszechobecne niezrozumienie i atmosferę tajemnicy wykorzystują jako swój autorski podpis. W pierwszym rzędzie tej grupy stoi Richard Kelly, autor takich filmów jak Koniec świata, The Box – pułapka oraz przede wszystkim Donnie Darko. Pełnometrażowy debiut Kelly’ego pozostaje najsłynniejszym dziełem w jego dorobku. Jeżeli pisząc artykuł o filmach SF trudnych do zrozumienia, miałbym wskazać tylko jeden, godny polecenia obraz, byłby to Donnie Darko. Jest to bowiem dzieło, które za sprawą tajemniczego klimatu oraz licznych niedopowiedzeń stało się dla wielu kultowym.
Wieczną zagadką, którą po latach od premiery wciąż można rozwiązywać na nowo. Co ważne, film Kelly’ego jest przy tym bardzo inteligentnie rozpisany, stanowiąc jedną z najbardziej oryginalnych, filmowych parafraz Alicji w krainie czarów.
Vanilla Sky (2001)
Reżyser Cameron Crowe jest kojarzony raczej z filmami przejrzystymi, niestanowiącymi dla widza tajemnicy. Inaczej jest z filmem nakręconym przez niego w 2001 roku. Jako remake hiszpańskiego Otwórz oczy Alejandro Amenbára, Vanilla Sky stara się gmatwać ścieżki poznawcze jeszcze lepiej od oryginału. Ci, którzy widząc przystojnego Toma Cruise’a na plakacie i czytając opis fabuły filmu, w którym wystąpił, liczyli na typowy miłosny trójkąt pomiędzy nim a Penélope Cruz i Cameron Diaz, z pewnością się rozczarowali.
Vanilla Sky nie jest filmem prostym, nie jest filmem jednoznacznym. Bohater musi dociec prawdy, a ta prawda może być jedną z tych, których nigdy nie chcielibyśmy poznać. Pytanie o sens rzeczywistości, w której funkcjonuje, pojawia się samoczynnie i jest bardzo mocno zaakcentowane.
Matrix Rewolucje (2003)
W pierwszym Matrixie (wtedy jeszcze) bracia Wachowscy dali do zrozumienia światu, że są w stanie tworzyć kino niebanalne przy jednoczesnym spełnianiu założeń kina rozrywkowego. Ten twórczy miks motywu mesjanistycznego, cyberpunku, postapokalipsy oraz symboliki chrześcijańskiej i buddyjskiej zaowocował trwałym kultem. Gdy niespełna cztery lata później słynne rodzeństwo dostarczyło widzom podzieloną na pół kontynuację (bo w istocie tak należy traktować dyptyk Reaktywacja i Rewolucje), zamiast porównywalnych z jedynką zachwytów pojawiło się uczucie rozczarowania.
Wszystko przez nadmiar treści. Wachowscy, chcąc jak najlepiej zwieńczyć tę nietuzinkową historię, posłużyli się tak wieloma pomysłami, że samoistnie ich filmowa realizacja stała się ofiarą przesadnej plątaniny wątków. Gdy jednak znajdziemy czas, by zastanowić się głębiej nad finałem Rewolucji, tak jak zrobiłem to ja, można odnaleźć w tym tyglu znaczeń wiele ciekawych konkluzji.
Wynalazek (2004)
Uważam się za inteligentnego człowieka. Gdy natrafiam na film trudny do zrozumienia, z reguły jego kolejny seans umożliwia mi znalezienie własnej drogi interpretacyjnej. Innymi słowy – radzę sobie w szukaniu sensu filmów. Nigdy jednak nie zapomnę tego, co miałem w głowie po pierwszym, ale także i po drugim seansie Wynalazku, lepiej znanego jako Primer.
Film biorący na warsztat podróże w czasie jest w swych fabularnych woltach tak zabójczo skuteczny, że chcąc zrozumieć go tak, jak chcieliby twórcy, należałoby chyba oglądać go z nimi u boku, nieustannie zadając im pytania. Wielki to popis scenariuszowej wirtuozerii, podpartej najlepszymi tradycjami twardej fantastyki naukowej, czyli takiego rodzaju historii, która za wszelką cenę chce udowodnić widzowi, że na wszystko, co dzisiaj jest niemożliwe, już jutro znajdzie się równanie matematyczne.
Mr. Nobody (2009)
Choć na polskim plakacie Mr. Nobody można było znaleźć cytat porównujący film do Incepcji, według mnie oba dzieła nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jeśli już miałbym z czymś film Jaco Van Dormaela zestawić, byłby to Ciekawy przypadek Benjamina Buttona.
Podobnie jak u Finchera, tak i tu mamy do czynienia z opowieścią badającą znaczenie przypadku w naszym życiu. Każdy z nas przynajmniej raz zadał sobie pytanie, jak pewne zdarzenia potoczyłby się, gdyby ich elementy składowe zostały poprzestawiane. Za tą myślą idzie właśnie belgijski reżyser, rozpisując wielowątkową i zapętloną fabułę o filozoficznym charakterze. Jej rolą jest bowiem udowodnienie, że choć niewielu zdaje sobie z tego sprawę, związek przyczynowo-skutkowy, będący często wynikiem naszych wyborów, zajmuje kluczowe miejsce w naszej egzystencji. Mr. Nobody to kino nietuzinkowe, pobudzające wyobraźnię i dające do zrozumienia, w jak pięknym i złożonym procesie istnienia uczestniczymy.
Incepcja (2010)
Wspomniałem już o Incepcji w opisie wyżej, tym razem jednak poświęcam jej wyłączną uwagę. Christopher Nolan to jeden z tych reżyserów, którzy lubią wykorzystywać symbolikę labiryntu w narracji w swoich filmów. Innymi słowy, Nolan uwielbia mieszać ludziom w głowach, ale dodać należy, że robi to zabójczo inteligentnie. Już w Memento dał do zrozumienia, że najbardziej interesuje go umysł oraz to, jakie jest on w stanie płatać figle. W Incepcji, wykorzystując atrybuty science fiction oraz problematykę snu, reżyser umieszcza widza obok bohatera, pomiędzy tym, co prawdziwe, a tym, co jest tylko ułudą, i każe mu decydować, po której stronie chce zostać.
Zanim dotrzemy do słynnego bączka, w przypadku którego do dziś nie wiadomo, czy kręci się wciąż, czy dawno upadł, będziemy musieli pokonać wyjątkowo zakręconą drogę. Co jednak najważniejsze – węzeł gordyjski Incepcji stanowi dla widza wyzwanie, któremu chce się sprostać. Ponowny seans i ponowne rozstawienie układanki wpisane są w materię tego filmu.
Po drugiej stronie czarnej tęczy (2010)
Moja relacja z filmem Panosa Cosmatosa zaczęła się już na etapie intrygującego zwiastuna. Gdy go zobaczyłem, nie miało dla mnie większego znaczenia, co otrzymam w pełnym metrażu. Klimat niesamowitości uzyskany za sprawą zręcznego wykorzystania stylistyki lat 80.
był tak przenikliwy, tak dalece intrygujący, że pochłonął mnie w całości. Film spotęgował to wrażenie, które do dziś nie pozwala o sobie zapomnieć. Wielu krytyków Po drugiej stronie czarnej tęczy zarzuca jego twórcy, że przesadził, że jego film jest efektowną wydmuszką, która zanurza widza w onirycznym klimacie, nie dając w zamian niczego namacalnego. W istocie film jest bardzo niejasny, ponieważ trudno oprzeć te przebijające się teozoficzne symbole na czymś stabilnym. Niemniej, patrząc na Po drugiej stronie czarnej tęczy w kategoriach filmowego doświadczenia, które lepiej się chłonie, niż rozumie, film Cosmatosa pozostaje tworem trudnym do podrobienia.
Lobster (2015)
Yorgos Lanthimos – kolejny pozytywny szaleniec na tej liście i zarazem drugi Grek. Wiele można zarzucić jego filmom, ale nie to, że nie są oryginalne. Lanthimos od początku konsekwentnie prowadzi swój styl, zapraszając widza do przeżycia historii wymagających skupienia i otwartości umysłu. Swego czasu po seansie Kła byłem wstrząśnięty wnioskami, jakimi zarzucił mnie grecki twórca. Nie mniej sponiewierany byłem po Lobsterze, choć w nieco innym sensie – w życiu nie widziałem tak dziwacznego i jednocześnie frapującego kina science fiction. A dodam, że trochę utworów rzeczonego gatunku już widziałem.
Lobster to w pełni zamierzona groteska, dostarczająca widzowi bardzo osobliwego uczucia zagubienia, w dodatku, w sposób bezwzględny rozprawiająca się z jednym z największych uniwersaliów – ideą bycia w związku. Kino odważne, w pełni artystyczne.
Endless (2017)
Listę kończy film, który udało mi się obejrzeć niedawno. Postanowiłem zatem umieścić go w gronie najbardziej niezrozumiałych filmów science fiction, opierając się na stosunkowo świeżym wrażeniu. Jeden z recenzentów trafnie spostrzegł, że jeśli chodzi o to, w jaki sposób bracia Justin Benson i Aaron Moorhead (grający w dodatku w filmie główne role) opowiadają swoją historię, to najbliżej jest filmowi Endless do pamiętnego Pikniku pod Wiszącą Skałą. Podobnie bowiem jak w przypadku dzieła Petera Weira, mamy do czynienia z pozorną sielankowością charakteryzującą zarówno tempo, jak i atmosferę akcji.
W miarę postępu fabuły film coraz bardziej jednak zaczyna przywoływać wspomnienie Donnie Darko, mieszając widzowi w głowie czasoprzestrzennymi zawiłościami i akcentując przy tym pytanie o sens systemów religijnych. Wbrew pozorom nietrudno jest odnaleźć klucz do poprawnego odczytania Endless. Finał historii może wydawać się nawet przesadnie łopatologiczny, choć nie tłumaczy on wszystkich wątków. Ci bardziej dociekliwi powinni obejrzeć wcześniejsze dzieło twórców – Resolution z 2012, które jest w stanie ułatwić szukanie odpowiedzi. Ja sobie odpuściłem – chyba wolę Endless z nutą niedopowiedzenia.
