Publicystyka filmowa
Filmy NETFLIXA, które będą KLASYKAMI
Filmy NETFLIXA, które będą KLASYKAMI to spekulacje o tytułach, które mogą zdobyć serca widzów i stać się legendami.
Jeszcze nimi nie są, a może nigdy się nimi nie staną w sensie komercyjnym. Można jednak pospekulować, które tytuły by na takie miano zasługiwały. Przy czym ich tzw. obiektywna jakość jest drugorzędna, bo nie ona decyduje, że dana produkcja staje się „KLASYKIEM”. Decydują raczej popularność wśród widzów, wyróżniająca spośród tłumu forma artystyczna, jak również przeróżne niewytłumaczalne czynniki, które wraz z mijającym czasem tworzą wokół produkcji coś na kształt legendy, niewiele mającej wspólnego z rzeczywistością. Ową legendę widzowie oglądają z większym zainteresowaniem niż sam tytuł.
Utożsamiają go z nią. Ciekawe zjawisko. Poza tym nader często KLASYK to film
w jakimś sensie przełomowy i z tego powodu subiektywnie przeceniony. Świat emocji widzów jest bardzo odmienny od tego, w którym egzystują piszący o filmach.
Anihilacja (2018), reż. Alex Garland
Mam wielką nadzieję, że młodsze, nienaznaczone jeszcze malkontenctwem grono widzów doceni z czasem Anihilację. Jestem świadomy dość miałkiego intelektualnie zakończenia i nie mogę zrozumieć, jak przy tak wysoko utrzymanym poziomie całej produkcji mogło dość do takiej wtopy w finale. Najwidoczniej od samego początku nikt nie miał pomysłu na zakończenie historii. Czasem jednak warto zacząć nie od początku, a od napisania zakończenia. Co do zaś wszystkiego, co je poprzedza, nowe pokolenia widzów nieskażone rozrosłą do granic rozsądku metaforyką w stylu Odysei kosmicznej być może docenią Anihilację oraz wszelkie inne bardziej kameralne, bazujące na suspensie i drodze produkcje science fiction. Życzyłbym sobie, żeby klasyczne stały się produkcje bez nabzdyczonych męskich postaci. Czas na kobiety w fantastyce.
Pięciu braci (2020), reż. Spike Lee
Pamiętam z filmu ujęcia nieżyjącego już Chadwicka Bosemana, gdzie otaczało go takie charakterystyczne światło, którym przyozdabia się z reguły już od dawna nieżyjących świętych z katolickich obrazków.
Spike Lee był więc dość złowrogim wieszczem. Dzisiaj Boseman faktycznie nie żyje i są pomysły, żeby stawiać mu nawet pomniki. Generalnie Pięciu braci nie znalazłoby się w tym zestawieniu, gdyby nie śmierć „Czarnej Pantery”. Spodziewam się, że przez te właśnie ujęcia Bosemana, jakby już nie żył, film może stać się dla jego fanów klasykiem, magicznym elementem wypełniającym filmografię aktora jako łącznik między życiem i śmiercią. Dopiero na drugim miejscu jest wartość najnowszej produkcji Spike’a Lee dla kina afroamerykańskiego czy też w ogóle kina zaangażowanego w obronę praw wszelkich mniejszości etnicznych. Niemniej dla każdego, kto interesuje się filmami walczącymi, taki kąsek na Netfliksie powinien być pozycją obowiązkową.
Polar (2019), reż. Jonas Åkerlund
Jako fan wszelkich już powstałych i jeszcze nieistniejących części Johna Wicka sądzę, że mam pełne prawo wytknąć mu pewną słabość.
Jak na kino eksploatacji, Wick jest zbyt kulturalny. Mocny i interesujący, lecz za mało dosadny. Nie bez kozery zatem nazwałem go kiedyś nierozprawiczonym kogucikiem, gdy postawi się go obok Duncana Vizli (Mads Mikkelsen). Co ciekawe, zacząłem tak myśleć dopiero, gdy poznałem świat przedstawiony w Polarze. Film idealnie trafił w mój niski i świński gust. Dla mnie Polar już jest klasykiem eksploatacji, a każdy, kto interesuje się tym typem kina, powinien produkcję Åkerlunda znać i regularnie oglądać.
Polar mógłby stać się klasykiem ze względu na odważne połączenie trzech jakże konstytutywnych dla kina eksploatacji cech – kiczowatej pulpowości, brutalności i seksizmu. Owa święta trójca przymiotów, których w kinie raczej z osobna nie poważam, w Polarze zapewnia wyśmienitą rozrywkę bez metafizycznego bóldupienia.
Irlandczyk (2019), reż. Martin Scorsese
Jestem pełen podziwu dla Scorsesego, że zaryzykował i rozpoczął współpracę z Netflixem. Z pewnością zwiększyło to popularność reżysera pośród młodszego grona widzów. Być może nawet stanie się on dla nich bardziej cool, właśnie z powodu Irlandczyka, bo nie znali jego poprzednich dokonań. Scorsese jest wielkim reżyserem. Nie mam co do tego wątpliwości. Irlandczyk jednak nie jest wielkim filmem, a niespiesznym pożegnaniem starego człowieka ze swoją wieloletnią pasją.
Traktuję więc tę produkcję jako refleksję Scorsesego bardziej skierowaną do siebie, a nie do widza. Film jak najbardziej może stać się klasykiem z dwóch powodów. Po pierwsze nakręcił go Martin Scorsese, zatem legenda autorytetu będzie irracjonalnie działać na widzów. Po drugie tytuł został udostępniony na nowoczesnej platformie, z którą raczej wielcy reżyserzy kręcący od dziesiątek lat nie mają nic wspólnego, więc to strzał w dziesiątkę pod względem reklamowym dla widzów z zupełnie innej kategorii wiekowej niż większość miłośników Scorsesego.
Okja (2017), reż. Joon-ho Bong
Okja jest przykładem filmu, który już stał się klasykiem.
Zmienił też nieco moje kulturowe postrzeganie świń, chociaż i tak unikam jedzenia ich mięsa, ale to ze względów czysto koszernych. Imponuje mi podejście do czystości nacji żyjących na Bliskim Wschodzie. Rzecz jasna miłość do świń ani higiena jedzenia raczej nie wpłynęły na kultowość czy klasyczność Okji. Uniwersalność etycznego przekazu zaś już jak najbardziej. Świetne zestrojenie stylistyczne aktorskiej relacji Mi-ji z postacią zwierzęcia stworzonego za pomocą CGI. No i urok dziwnego stworzenia, krzyżówki świni i hipopotama, o które tak zabiegała Lucy Mirando, żeby je najpierw pokazać, a potem rozpocząć masowy ubój. Wszystko ku chwale zaspokajania głodu najbardziej krwiożerczego gatunku oblegającego naszą piękną planetę – ludzi.
Historia małżeńska (2019), reż. Noah Baumbach
I co by się takiego stało, gdyby na tym ekranie Panasonica faktycznie pojawiły się piersi Scarlett Johansson lub chociaż piersi w staniku? Nic.
Przynajmniej scena byłaby mięsista, autentyczniejsza. A tak chociaż historia małżeńska zagrana jest świetnie, to brak jej naturalności, takiej życiowej, znanej z namacalnego małżeńskiego życia. Do filmu Baumbacha wkradło się zbyt dużo teatralnej analityki. Może i mogą nią podniecać się intelektualiści, lecz nie ludzie z krwi i kości znający życie od podszewki. Mimo wszystko moja ocena nie ma zupełnie znaczenia w ocenianiu potencjalnego statusu klasyka Historii małżeńskiej. Sądzę wręcz, że ma ona na to wielką szansę właśnie ze względu na ową teatralną, udającą życie dramatyczność.
Klasykami czasem stają się filmy z tendencją do przeintelektualizowanego nudzenia, a w tym Noah Baumbach jest mistrzem. Poza tym sztuczność emanująca z jego obrazów jak najbardziej pasuje do miana „KLASYKA”. Klasyki są dobrym materiałem do filmoznawczych analiz. Klasyka bywa również wzorcowa, a to nie znaczy, że rozrywkowa. Po raz kolejny powtórzę, że zakochanie Baumbacha w allenowskich klimatach źle służy jego twórczości, bo Allenem nigdy nie będzie. Nie dorasta mu do pięt.
Nie otwieraj oczu (2018), reż. Susanne Bier
Cieszę się, że to właśnie Sandra Bullock zagrała rolę Malorie, matki z całym zaangażowaniem walczącej o swoje dzieci i siebie.
Pamiętam, że pisałem o Sandrze dość niepochlebne słowa, że zbytnio się zaszufladkowała. że może nie być już dla niej aktorskiej szansy, żeby zagrać inaczej, w innym gatunku niż komedia, a nawet film obyczajowy. Nie otwieraj oczu okazał się niezmiernie ciekawym połączeniem horroru z science fiction. Nie przypominam sobie drugiego takiego na platformie Netflix. W ogóle niezmiernie rzadko kręci się takie filmy, z tak usnutą intrygą czy też, jak wolicie, tajemnicą. Chociażby dlatego, ze względu na swoją unikalność i osobliwość, Nie otwieraj oczu powinien zostać klasykiem.
David Attenborough: Życie na naszej planecie (2020), reż. m.in. Jonathan Hughes
Trudno uwierzyć, że David Attenborough – postać, która, odkąd pamiętam, była moim przewodnikiem po historii naturalnej – ma już 93 lata. Nastał więc czas podsumowania wszystkiego, co wie ten człowiek o historii życia na naszej planecie i przekazania tej wiedzy w postaci filmowej kolejnym pokoleniom. Tak rozwija się nasza cywilizacja, poprzez dziedziczenie myśli. Zbieranie ich i podsumowywanie przez mądrych ludzi jest bezcenne dla naszej wiedzy oraz kultury, bo może jeszcze mamy szanse je ocalić – jednak nie bez znajomości naszego świata i szacunku do niego. Nie bez zrozumienia, że świat nie jest żadnym bytem stworzonym specjalnie dla nas. Obejdzie się bez ludzi, ale my bez niego nie. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepsze życie będą miały nasze dzieci, wnuki i wszelkie kolejne pokolenia. Chociażby z tego wartościowego teoriopoznawczo i moralnie względu Życie na naszej planecie powinno stać się KLASYKIEM w toku edukacji każdego człowieka. Mam nadzieję, że tak się stanie, a życie i praca Davida Attenborough nie pójdą na marne.
Opowieści o rodzinie Meyerowitz (2017), reż. Noah Baumbach
I znów ten Baumbach, kopista Woody’ego Allena.
O tym obrazie pisałem również w ramach omawiania najlepszych ról Bena Stillera. Wyszło mi dość „rybne” porównanie, ale cóż poradzę, że Opowieści… przypominają mi tematykę wędkarsko-kulinarną. Ben Stiller oczywiście był jasnym punktem rozświetlającym całą tę przegadaną opowieść o relacjach rodzinnych wyfedrowanych jeszcze dziesiątki razy przez Allena do gołej skały. Baumbach za to podstępnie wyfedrował w umysłach krytyków dziurkę, jak kiedyś starożytni specjaliści od trepanacji czaszek, i wmówił im jakimś cudem, że jest postallenowsko nowatorski. Co najważniejsze, zwiększa to ewidentnie szansę filmu na stanie się produkcją wybitnie klasyczną w środowiskach uwielbiających uporczywe zadręczanie się intelektualne frazami typu: co oni na ekranie mieli na myśli, mówiąc to a to? Co w tym czasie czuli? Jakaż ta rodzina Meyerowitzów jest osobliwa i piękna w swoim wzajemnym niezrozumieniu. Jakże się cieszę, że jestem wolny od tego cierpienia, delektując się szklaneczką brandy i oglądając po raz wtóry zmagania Allena z próbującym go zgwałcić bez wazeliny życiem.
Bonus: Wiedźmin (2019), reż. m.in. Alik Sakharov
Wielką zaletą Wiedźmina była rezygnacja z uczynienia z niego typowo słowiańskiej produkcji.
Niewiele jest w naszej kulturze fantasy, które byłoby tak rozpropagowane na całym świecie głównie dzięki grze komputerowej. Pozwoliło nam to zmyć z siebie blamaż pozostały po naszej rodzimej próbie ekranizacji prozy Sapkowskiego. Brak typowej słowiańskości, poczytywany za taką bóldupiącą wadę u naszych polskich widzów, okazał się strzałem w dziesiątkę, gdy chodzi o ułatwienie dotarcia do publiczności niezwiązanej z naszą kulturą. Zresztą co tu dużo mówić. Sami Polacy mają znikomą wiedzę o swoich mitach, głównie dlatego, że od X wieku skuteczniej rozpleniła się u nas kultura łacińska. Na szczęście netflixowy Wiedźmin został doceniony przez świat. Skierował uwagę na naszego multimitycznego bohatera ze stajni Sapkowskiego i jeśli tylko drugi sezon dopisze, dla każdego fana fantasy będzie to pozycja tak kultowa, jak KLASYCZNA.
