Connect with us

Publicystyka filmowa

DZIECI TRIADY. Bodycount: 307

DZIECI TRIADY. Bodycount: 307 to krwawa opowieść o stylu Johna Woo, gdzie akcja tańczy w rytmie nieustającej przemocy i pasji.

Published

on

Kiedy w 1993 roku John Woo zawitał do Hollywood, aby zadebiutować tam Nieuchwytnym celem, nietrudno było przewidzieć, że jego kinetyczny styl i zamiłowanie do tworzenia baletowych, pełnych krwi i przemocy sekwencji akcji znajdzie poklask wśród zachodniej publiczności, rozkochanej wtedy takim kinie. I choć ówczesny odbiór pierwszego amerykańskiego filmu Chińczyka był daleki od idealnego (choć z czasem sensacja z Van Damme’em zaczęła się coraz bardziej podobać), z każdym kolejnym dziełem było tylko lepiej.

Advertisement

Tajna broń (1996), pretekstowa gonitwa za skradzionymi głowicami nuklearnymi w pustynnych plenerach, zyskiwała z nawiązką za sprawą talentu Woo w inscenizacji widowiskowej akcji i obecności Johna Travolty w roli arcyłotra. W Bez twarzy (1997) ten sam Travolta oraz Nicolas Cage zamienili się facjatami i stronami barykady, a psychologiczna rewolucja stała się wymarzonym poligonem dla reżysera, który z imponującym budżetem i twórczą wolnością zrealizował swój najlepszy hollywoodzki film. Natomiast Mission: Impossible 2 (2000), choć po latach nazywane przez wielu najgorszą odsłoną serii, było najbardziej kasowym hitem tamtego roku. Później niestety coś się zepsuło – zarówno batalistyczne Szyfry wojny (2002), jak i futurystyczna Zapłata (2003) kompletnie nie pasowały do ówczesnego emploi Woo, a i sam twórca wydawał się bezradny wobec licznych słabości obu tekstów oraz wymagań kina wojennego i science fiction. Wkrótce opuścił Hollywood, aby wrócić do Chin i zacząć tam kolejny etap swojej kariery.

Piszę o twórczości Johna Woo w Ameryce, gdyż wielu widzów zna wyłącznie tę część jego filmografii. Nic dziwnego – nawet dziś łatwiej w telewizji lub na platformach streamingowych trafić na jedno z jego tamtejszych dokonań niż tych wcześniejszych, które przecież dały mu możliwość zaprezentowania swych umiejętności w kinie anglojęzycznym. W takim wypadku seans jego ostatniego przed przeprowadzką za Pacyfik filmu może być sporą niespodzianką – natężeniem akcji, strzelanin i przemocy Dzieci triady zjadają na śniadanie wszystko, co Woo nakręcił w Hollywood.

Advertisement

Czy tym samym są lepsze od tamtych filmów, lepsze od Bez twarzy? Niekoniecznie. Pokazują natomiast reżysera, który wydaje się nie mieć żadnych ograniczeń, zatraciwszy się w tym, co robi najlepiej.

Dzieci triady mają dwóch głównych bohaterów, policjantów, co było wówczas odmianą dla samego Woo, który w poprzednich swoich filmach (Byle do jutra, Płatny zabójca, Kula w łeb) wolał obrać perspektywę przestępcy. Co nie znaczy, że i policjanci nie mają czegoś z kryminalistów, których ścigają. Inspektor Yuen, zwany Tequilą, może po godzinach grywać na klarnecie w klubie jazzowym, ale dać mu do ręki pistolet, a zastrzeli każdego bandytę, jaki mu się napatoczy. Alan to gliniarz pracujący pod przykrywką, choć tak naprawdę nie ma różnicy, czy tylko udaje gangstera, czy już nim się stał – w pierwszej scenie widzimy go wykonującego wyrok na zdrajcy, w innej sam nim się staje.

Advertisement

Obaj stoją po stronie prawa, równocześnie łamiąc je nagminnie. Już na początku filmu Tequila woli zabić przestępcę, który chwilę wcześniej zastrzelił jego partnera, niż go aresztować. Później dowie się od przełożonego, że bandyta był policyjnym informatorem. Ten samosąd zostaje bezkarny, choć Woo ze swoim scenarzystą, Barrym Wongiem, co rusz przypominają widzom, że w tej grze w policjantów i złodziei nikt nie jest bez winy i bardzo łatwo o przypadkowe ofiary.

Fabuła obraca się wokół wojny triad – z jednej strony mamy starego wujka Hoi i jego zdziecinniałych ludzi, z drugiej młodego, ambitnego i szalonego Johnny’ego Wonga. Nietrudno przewidzieć, kto zwycięży, zwłaszcza kiedy Johnny przekonuje do siebie Alana, który pracuje dla wujka Hoi. Równocześnie Alan przesyła policji zakodowane w piosenkach informacje o ruchach obu organizacji, zwłaszcza Wonga, którego arsenał nielegalnej broni jest celem całej operacji. Intryga nie należy do najbardziej wyszukanych ani nawet wiarygodnych – np. kiedy Alan zdradza wujka Hoi, zabija praktycznie wszystkich swoich dotychczasowych towarzyszy broni. Jest w tym niezrozumiała przesada, bowiem nie chodzi już tylko o podtrzymanie przykrywki, potwierdzenie lojalności wobec nowego pana, ale i o dorównanie okrucieństwem tym, których się ściga.

Advertisement

Pytanie o sens tego wszystkiego nie jest bezzasadne, ale Woo wydaje się usprawiedliwiać swoich bohaterów ich refleksyjną naturą (muzykowanie dla Tequili) i marzeniami o lepszym jutrze (ucieczka z Chin na Arktykę dla Alana). Jest to melodramatyczne i trochę zbyt proste, gdyż nie oferuje autentycznych konsekwencji dla ich nawet najgorszych czynów. Grający Alana Tony Leung dokładnie dekadę później wystąpi w podobnej roli w Infernal Affairs: Piekielnej grze, gdzie również przyjdzie mu infiltrować mafię. Tam zostanie on rozliczony ze wszystkich swych dobrych i złych uczynków, tu prawie wcale. Jak na ironię w tamtym filmie w jego przełożonego wcieli się Anthony Wong, u Lee grający… Johnny’ego Wonga.

Egzystencjalizm jest tu zatem na pokaz, wynikający w dużej mierze z problemów, jakie tekst Barry’ego Wonga przeszedł na planie. Woo zaczął zdjęcia od sekwencji masakry w herbaciarni, nie wiedząc jeszcze, jak będzie się ona wpisywała w całą historię, gdyż wciąż nie było scenariusza. Później postanowiono kompletnie zmienić postać Alana, który w oryginalnym zamyśle był – uwaga! – psychopatą podtruwającym noworodki w szpitalu. Wkrótce po napisaniu pierwszej wersji z Alanem jako policjantem/gangsterem, Wong nieoczekiwanie zmarł, pozostawiając tekst reżyserowi, który sam musiał zająć się kolejnymi zmianami.

Advertisement

W ten sposób jedne wątki uległy znaczącym skróceniom (z romansu Tequili z postacią graną przez Teresę Mo prawie nic nie zostało), inne zaś rozbudowano, dodając nowe postaci. Najbardziej poszkodowanym stał się właśnie grający Tequilę Chow Yun-Fat, gwiazda poprzednich filmów Woo – jego postać jest najmniej interesująca w całej fabule, choć to przecież główny bohater!

Jak to się zatem stało, że pomimo słabości tekstu Dzieci triady działają? Dlaczego są uważane za klasyk kina akcji, jeden z najlepszych obrazów Johna Woo oraz ten, który przypieczętował jego rychłą przeprowadzkę do Ameryki? Odpowiedź otrzymujemy już w prologu filmu, kiedy policyjna obława na jeden z gangów zostaje przerwana przez rywali, którzy otwierają ogień. Przez następne kilka minut obserwujemy strzelaninę, pozornie chaotyczną, acz w rzeczywistości niezwykle klarowną, gdzie dynamizm i gwałtowność przeplatają się z ujęciami w zwolnionym tempie, wydobywając grację pełnych przemocy obrazów.

Advertisement

Wszystko wydaje się tu wirować, niemal tańczyć, bez względu, czy chodzi o wylatujące z pistoletów łuski, trafiane kulami przedmioty, wyskakujące do góry lub rozpadające się na kawałki, czy zabitych, których przeszyte pociskami ciała efektownie padają na ziemię. Dym, kurz, ptasie pióra (!) i rozbryzgująca się krew dopełniają obrazu zniszczenia. Ale jest tu przede wszystkim logika i porządek miejsca, dzięki którym Woo nigdy nie gubi swoich bohaterów ani akcji, pozwalając nam sycić się tym krwawym spektaklem.

W środku tego wszystkiego Tequila – z wykałaczką w ustach i dwoma gnatami w dłoniach. Apoteoza męskości, wspaniałości, a nawet boskości, jeśli wziąć sobie do serca przekorne słowa jego szefa („Daj człowiekowi pistolet, a będzie myślał, że jest Supermanem. Daj dwa, a stanie się bogiem”). Woo jest w kropce, bo o ile chciałby, aby ta krytyka wybrzmiała goryczą, za bardzo lubi głównego bohatera. Zwłaszcza dwa pomysły inscenizacyjne z początkowej strzelaniny czynią z Tequili obiekt kultu, a z Woo jednego z największych reżyserów kina akcji. W pierwszym główny bohater strzela do przeciwników, jednocześnie zjeżdżając po poręczy – money shot jak się patrzy, będący najlepszą reklamą dla filmu, zaimprowizowany na planie przez Woo.

Advertisement

Drugi pomysł należy natomiast do Chow Yun-Fata, który uznał, że w finale strzelaniny warto wykorzystać… mąkę. W ten sposób jego bohater w pewnym momencie przetacza się po stole pełnym białego proszku i doskakuje do wroga, wyglądając niczym duch. Chwilę później pociąga za spust, a krew ofiary rozbryzguje się po jego białej twarzy. Robi to niesamowite wrażenie właśnie dzięki takim natchnionym, przypadkowym pomysłom, a nie tylko realizacyjnej perfekcji.

Piszę tu wyłącznie o pierwszej strzelaninie, a tych w filmie jest od groma. Praktycznie cała druga godzina filmu jest jedną wielką sceną akcji, katastroficznym finiszem, w którym trup ściele się gęściej niż w Komando lub Rambo. Z jednej strony mamy głównych bohaterów, dziesiątkujących zastępy wroga w różnego rodzaju wymianach ognia, z których każda mogłaby służyć za zwieńczenie innego, mniejszego filmu akcji (jedną z nich Woo zrealizował w pojedynczym, blisko trzyminutowym ujęciu – niezwykłe jak na reżysera, którego autorski rys jest bardzo często widoczny właśnie przez montaż).

Advertisement

Z drugiej zaś szalony Johnny Wong każe swoim ludziom strzelać do wszystkiego, co się rusza, bez względu na to, czy chodzi o pacjentów lub personel szpitala, próbujących dokonać oblężenia policjantów, czy małe dzieci. Czy ma to sens? Raczej nie. Trudno usprawiedliwić działania Wonga, bo wydają się one nie tylko ekstremalne i bestialskie, ale przede wszystkim zbyteczne. Trudno zrozumieć, dlaczego jego ludzie zachowują się jak pozbawione sumienia i rozumu maszyny, choć wśród nich znajdzie się jeden chwalebny wyjątek. Nie sposób jednak nie ekscytować się mistrzowską, prawdziwie autorską reżyserią Woo, prawdopodobnie już wtedy świadomego, że swój następny film nakręci w Hollywood.

Być może ta myśl sprawiła, że na pożegnanie swej rodzimej publiczności postanowił nie hamować się, w konsekwencji realizując swoje krwawe opus magnum. Z 307 ofiarami na koncie John Woo opuścił Chiny.

Advertisement

I dlatego też Dzieci triady nawet dziś, po prawie trzech dekadach od premiery, pozostają jednym z najbardziej wpływowych filmów akcji w historii kina. Sam Woo ukradł ze swojego dzieła kilka rzeczy do swych późniejszych, amerykańskich dokonań – wystarczy przyjrzeć się jednostrzałowej broni największego zabijaki Johnny’ego Wonga, aby rozpoznać w niej ten sam pistolet, którym Lance Henriksen spróbuje upolować Van Damme’a w Nieuchwytnym celu. Również końcowa strzelanina z tego drugiego filmu w wielu fragmentach przypomina szpitalne sceny.

Nie tak dawno Jason Statham w Szybkich i wściekłych 8 walczył i strzelał, trzymając w rękach noworodka, co stanowi oczywisty ukłon w stronę podobnej sceny u Woo. Natomiast w 2007 roku film doczekał się kontynuacji w formie gry Stranglehold, z udziałem tak reżysera, jak i jego gwiazdy, Chow Yun-Fata, ponownie wcielającego się w Tequilę. Nieprzypadkowo jednak nikt z Hollywood nie porwał się jeszcze na pomysł zrimejkowania Dzieci triady. Chyba wiedzą, że w tym jednym przypadku nie mieliby żadnych szans, aby przebić oryginał. 

Advertisement

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *