Connect with us

Publicystyka filmowa

DOKTOR WHO. Recenzja dziesiątego sezonu

DOKTOR WHO to emocjonująca podróż przez czas i przestrzeń, pełna zaskakujących zwrotów akcji i nostalgicznych wspomnień.

Published

on

DOKTOR WHO. Recenzja dziesiątego sezonu

Recenzja zawiera spoilery.

Advertisement

W Wielkiej Brytanii wyemitowano wczoraj wieczorem finał dziesiątego sezonu Doktora Who. Przed nami jeszcze odcinek świąteczny, w którym pożegnamy się z obecnym producentem, Stevenem Moffatem, obecnym Doktorem Peterem Capaldim, obecną Mistrzynią Michelle Gomez i prawdopodobnie także z obecnymi towarzyszami – Bill Potts graną przez Pearl Mackie i Nardole’em granym przez Matta Lucasa. Będzie to rzeczywiście koniec ery – po Moffacie stery przejmie Chris Chibnall, producent Broadchurch.

Poszukiwania nowego Doktora – lub Pani Doktor – trwają, a tymczasem małe wspomnienie sezonów z Peterem Capaldim oraz krótkie podsumowanie rządów Moffata w Doktorze Who.

Advertisement

Ósmy sezon nie zaczął się najlepiej – Clara widzi nowego Doktora i nie wie, kim on jest, mimo że jakieś dwa odcinki temu poznała każdą jego regenerację i wszystkie wspomnienia, serio? – ale na szczęście dość szybko się poprawił. Zmieniła się atmosfera, Dwunasty Doktor był bowiem znacznie bardziej depresyjny i zrzędliwy niż Jedenasty. W kolejnym sezonie klimat utrzymano, a jakość odcinków podskoczyła – jedyny naprawdę fatalny odcinek to Sleep No More. Wprowadzono natomiast ciekawą postać Ashildr, granej przez Maisie Williams (doskonale znanej fanom Gry o tron z roli Aryi Stark). Ten sezon to natomiast ostatni Jenny Coleman. Jej Clara od dawna próbowała pogodzić normalne życie z wycieczkami w kosmos, i odkryła, jak niegdyś Amy i Rory, że może mieć albo jedno, albo drugie, ale nie oba naraz. Bardzo lubiłam Clarę, ale będę twierdzić, że jej historia miałaby mocniejszy, silniejszy wydźwięk, gdyby bohaterka nie przeżyła finału siódmego sezonu – byłaby to idealna klamra dla tej postaci. Steven Moffat postąpił jednak po swojemu – o czym więcej później.

Gdy Jenna Coleman odeszła, zastąpiła ją Pearl Mackie w roli Bill Potts. Sądząc po reakcjach w Internecie, należę do zdecydowanej mniejszości, ale chyba jeszcze żadna towarzyszka nie działała mi tak na nerwy. I od razu uprzedzę wasze oskarżenia: nie jestem rasistką i nie jestem homofobem. Wobec towarzyszek mam dwa wymagania: aktorka musi być dobra (zwłaszcza jeśli ma grać z Capaldim!) i musi być chemia między bohaterami. Aktorzy albo postacie mogą sobie być czarni, żółci, fioletowi, żonaci, hetero, homo, trans, co tylko chcą, naprawdę nie mam żadnych preferencji.

Advertisement

Nie będę się bawić w poprawność polityczną: chemii widziałam ostatnio więcej w Rose między Mickeyem Smithem a gumowym koszem na śmieci niż przez cały sezon między Mackie a Capaldim, natomiast Pearl Mackie to po prostu jedna z bardziej drętwych aktorek, jakie przewinęły się przez nowego Doktora Who. Jej umiejętności ograniczają się do przechylania głowy, wytrzeszczania oczu i otwierania ust w szoku.

Zapiski Na Bilecie #7: Bo dobre złe filmy muszą mieć serducho

Na charyzmę Mackie zatem także nie można było liczyć. W dodatku scenarzyści nie mogli się zdecydować, czy zrobić z Bill błyskotliwą mądralę, czy skończoną kretynkę, więc starali się równocześnie udowodnić, że potrafi myśleć, i pokazać, że jest trochę tępawa. Chwilami brzmiało to jak dialogi z najgłupszych seriali kryminalnych: „to musiało być morderstwo”, „masz na myśli, że ktoś ją zabił?”, „tak, to na pewno nie samobójstwo”, „ach, czyli to musi być morderstwo”, „tak, to morderstwo”. Zastąpcie morderstwo kosmosem albo obcymi i będziecie wiedzieć, na jakim poziomie stały chwilami wypowiedzi Bill.

Advertisement

Scenarzyści ewidentnie się starali, żeby widzowie polubili Bill. Przypomina bardzo Rose Tyler – nie jest wykształcona, ale braki w edukacji nadrabia empatią. Tak na marginesie, nie ma siły, żebym polubiła bohaterkę, która wprawdzie oglądała Terminatora, ale za to nie rozumie, dlaczego pewną postać nazwano Piętaszkiem. Pewnie dlatego, że musiałaby wziąć do ręki książkę. W każdym razie – Stevena Moffata niejednokrotnie oskarżano o to, że stworzone przez niego kobiety w Doktorze Who są jednakowe i mówią tak samo, nic więc dziwnego, że w końcu sięgnął po typ bohaterki, która już wcześniej się sprawdziła i do dziś pozostaje jedną z najbardziej lubianych towarzyszek.

Tę samą taktykę zastosował najwyraźniej przy planowaniu całego dziesiątego sezonu. W zasadzie każdy odcinek to zrzynka z czegoś, co już się kiedyś pojawiło. Nie szukając daleko, Thin Ice to po prostu The Beast Below, tylko w Londynie. Losy Bill w dwóch ostatnich odcinkach są powtórką sprzed trzech lat, gdy w Asylum of the Daleks poznaliśmy Oswin Oswald; tylko zamiast Daleków mamy Cybermenów. Bill musi też trochę poczekać na Doktora, żeby mogła dołączyć do elitarnej grupy towarzyszy, którzy zawodowo zajmują się właśnie czekaniem, jak na przykład Jack Harkness, Amy Pond i Rory Williams. A historia Bill Potts kończy się tak samo, jak Clary Oswald – umiera, ale nie umiera, i razem z inną dziewczyną podróżuje po kosmosie, trochę będąc człowiekiem, a trochę nie.

Advertisement

Jak można – mając tyle możliwości i budżet większy niż przysłowiowe pięć funtów – wciąż w kółko powtarzać te same historie?

Popełniło się też Moffatowi kilka innych wpadek. Doktor musi strzec tajemniczego skarbca, jeśli zaniedbuje obowiązki, Nardole go strofuje, a koniec końców to on wypuszcza Missy. Bez żadnych konsekwencji wobec niego, Doktora czy samej Missy, która w dodatku przechodzi jakąś dziwną przemianę i na przestrzeni dwóch czy trzech odcinków magicznie postanawia naprawić swoje błędy. Moffat chyba chciał wykorzystać modę na niedobrych, ale dobrych bohaterów, tylko nie wiedział, jak się za to zabrać. W efekcie wyszło nudno, mało emocjonująco i bez przekonania.

Natomiast żeby było jasne – narzekam, ale przy oglądaniu większości odcinków bawiłam się dobrze. Najgorzej wypadło Lie of the Land, zamknięcie historii Mnichów, ponieważ Moffat zastosował swoją ulubioną taktykę pod tytułem „nie wiem, jak z tego wybrnąć, niech ktoś się rozpłacze i przeciwnik wymięknie”. W Knock Knock gościnnie pojawił się natomiast David Suchet – nie miał zbyt dużo czasu ekranowego, ale wystarczająco, by zmiażdżyć aktorsko wszystkich poza Capaldim (no ba!). Na bardzo duży plus zapisuję także Smile, podczas którego ciągle myślałam, że ktoś naczytał się za dużo Michaela Crichtona, a szczególnie Roju (swoją drogą naprawdę świetna książka, może by ktoś to w końcu zekranizował).

Advertisement

Znakomicie ogląda się też Capaldiego, Gomez i Johna Simma razem na ekranie. O powrocie Simma wszyscy wiedzieli już od dawna, a jeszcze dodatkowo Moffat postanowił zabawić się w Prestiż, czego normalnie nie uznałabym za zaletę, ale tutaj się sprawdziło. Ta trójka w ostatnim odcinku mogła pokazać, na co ich stać. Mistrz Simma był tym razem bardziej stonowany i spokojniejszy niż w czwartym sezonie, kiedy go ostatnio widzieliśmy, ale dało się wyczuć, że pod czaszką wciąż ma niektóre klepki poluzowane.

Chociaż nie boję się spoilerów i nigdy ich nie unikam, żałuję trochę, że nie udało się utrzymać w tajemnicy jego powrotu. Czy udanie czy nie, trzeba przyznać, że Steven Moffat dość konsekwentnie tworzył swoją erę Doktora Who i nie wracał do poprzednich czterech sezonów Russella T. Daviesa, więc pojawienie się Simma stanowiłoby naprawdę wielką niespodziankę.

Advertisement

Odkąd ogłoszono, że Matta Smitha zastąpi Peter Capaldi, uważałam, że to doskonały pomysł. Widziałam Capaldiego w paru rolach, ostatnio wpadł mi jeszcze w oko w Niebezpiecznych związkach z Glenn Close, i wiedziałam, że jest znakomitym aktorem. Christophera Ecclestona uwielbiałam za charyzmę i niesamowity talent, Davida Tennanta lubiłam, a Matt Smith także był uzdolniony i zabawny jako Jedenasty, ale i on, i Tennant grali trochę za długo.

Przejedli mi się młodzi, piękni Doktorzy, do których wzdychały towarzyszki (i fanki). Należało obsadzić kogoś, kto będzie starszy i zagra takiego właśnie Doktora: marudę, zrzędę, do tego depresyjnego. Peter Capaldi, ze swoimi nastroszonymi brwiami i szkockim akcentem, nadawał się idealnie. I nie zawiodłam się – wczucie się w rolę zajęło mu parę odcinków, ale oglądało się go z przyjemnością, bo Dwunasty Doktor stanowił miłą odmianę. Nareszcie był marudny, gburowaty, nie rozumiał ludzi i nie bardzo za nimi przepadał.

Advertisement

Zanosi się na to, że odcinek świąteczny będzie emocjonujący, bo Dwunasty Doktor spędzi go najprawdopodobniej w towarzystwie Pierwszego Doktora. William Hartnell zmarł wprawdzie w 1975 roku, lecz w 2013 roku w An Adventure in Space and Time zastąpił go David Bradley (Harry Potter, Wirus, Gra o tron, Broadchurch.

.. i wiele, wiele innych), i pojawi się też teraz. Wraz z odcinkiem świątecznym – w którym, mam nadzieję, będzie trochę więcej Bożego Narodzenia niż rok temu… – nadejdzie koniec ery Stevena Moffata. Wraz z nim odchodzą Peter Capaldi, Matt Lucas, Michelle Gomez i być może – oby, błagam – Pearl Mackie. Mija siedem lat, odkąd Steven Moffat przejął stery. Nie da się ukryć, że pod jego rządami Doktor Who zyskał jeszcze większą popularność, ale zarazem też spotkał się ze sporą falą krytyki, do której się zresztą niejednokrotnie przyłączałam. Moffat pewnych rzeczy nie potrafi po prostu zrobić.

Advertisement

Nie umie na przykład uśmiercić swoich bohaterów. Nikogo nie spotkało nic rozdzierającego i przykrego. Amy i Rory zostali odesłani gdzieś w przeszłość, ale spędzili razem resztę swojego życia, tak jak tego pragnęli. Clara Oswald zginęła, ale nie zginęła – podróżuje gdzieś z Ashildr. Bill Potts zginęła, ale nie zginęła – podróżuje gdzieś ze swoją dziewczyną. Nie licząc Bill, która wciąż jednak ma na to szansę, wszyscy też wracali „jeszcze tylko na chwilę, na jedną scenę”, co też sprawiało, że człowiek mniej przejmował się ich losem.

Zapędza samego siebie w kozi róg, po czym rozwiązuje problem uczuciami. Najlepszym tego przykładem The Snowmen, wczorajsze The Doctor Falls i The Lie of the Land. Jeśli nie wiesz, co zrobić, bo przeciwnik twoich bohaterów jest zbyt potężny, niech ktoś się rozpłacze albo pomyśli coś sentymentalnego – wróg nie będzie miał wyjścia i choćby był nie wiadomo jak bezwzględny, ugnie się pod tymi emocjami i ucieknie z pola bitwy. Wygodne, ale dla widza frustrujące jak cholera.

Advertisement

Nie potrafi planować spójnych historii. Zazwyczaj wychodzą mu małe odcinki (choć mój znajomy parę lat dopatrzył się błędu w koncepcji uwielbianego przez wszystkich Blink), ale nie potrafi poradzić sobie, jeśli musi zaplanować coś na jeden sezon – a już nie daj Boże na dwa. Nawet nie będę zaczynać wyliczać, ile wątków zaczął i jak wielu z nich nie zamknął. Zdecydowanie był już najwyższy czas, żeby oddać władzę komuś innemu.

Na razie przed nami czekanie na nowego Doktora i towarzyszkę (towarzysza?). W sieci roi się od dyskusji na ten temat – mężczyzna? kobieta? Proponowanych nazwisk jest całkiem sporo, od Tildy Swinton po Krisa Marshalla. Nie wiadomo jeszcze, w jakim kierunku stylistycznie pójdzie Chris Chibnall, ale sądząc po Broadchurch, przed nami odcinki kameralne, skoncentrowane nie na szalonym tempie, pokręconych zwrotach akcji i efektownych wybuchach, ale na charakterach bohaterów, rozmowach i niejednoznacznych sytuacjach. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *