Connect with us

Publicystyka filmowa

JAK NAKRĘCIĆ DOBRY SEQUEL. Dobry – czyli jaki?

Sequel LŚNIENIA w rękach Mike’a Flanagana budzi wątpliwości – czy kontynuacja wytrzyma próbę czasu i oczekiwań fanów?

Published

on

JAK NAKRĘCIĆ DOBRY SEQUEL. Dobry – czyli jaki?

Powstaje sequel Lśnienia. Informację podało kilka dni temu Warner Bros. Reżyserem projektu będzie ceniony twórca horrorów Mike Flanagan. Sytuacja jednak nie jest wcale taka oczywista, bo czego tak naprawdę sequelem ma być Doctor Sleep? Powieść Stephena Kinga z 2013 roku o tym tytule jest bezpośrednią kontynuacją literackiego Lśnienia. Film Stanleya Kubricka został przez Kinga skreślony jako za bardzo odbiegający od oryginału. Zresztą dzieło twórcy Mechanicznej pomarańczy wydaje się być zamkniętą całością, która do dziś przyciąga kolejne rzesze fanów, pragnących rozwiązać zagadkę wydarzeń z hotelu Panorama. Rodzi się przy tej okazji drugie pytanie – dla kogo powstaje sequel Lśnienia?

Advertisement

Dla fanów, oczywiście. Fanów czego? Lśnienia Kubricka czy Lśnienia Kinga? Dla wszystkich? I co, twórcy naprawdę liczą, że zadowolą wszystkich? Wbrew pozorom zrobić dobry sequel to sztuka – kto wie, czy nie większa od zrobienia dobrego, oryginalnego filmu. Rynek filmowy, zwłaszcza amerykański, mainstreamowy, jest obecnie niemal zalewany kontynuacjami. Można odnieść wrażenie, że sequeli, prequeli, midqueli, rebootów, remaków i spin-offów jest więcej niż oryginałów.

I wrażenie to jest słuszne, przynajmniej w odniesieniu do wyników finansowych: na dziesięć najlepiej zarabiających filmów 2017 roku, okrągłe zero stanowiły produkcje oryginalne. Dopiero czternaste i piętnaste miejsce zajęły – odpowiednio – Dunkierka i Uciekaj!, które powstały na podstawie scenariuszy niebędących adaptacjami żadnego istniejącego tekstu kultury.

Advertisement

Nie pozostaje więc chyba nic innego niż zaakceptować fakt: sequele są i będą wyznacznikami kinowych trendów przez najbliższe… lata? dekady? Warto w takim razie zastanowić się: co sprawia, że sequel jest udany?

*Uwaga techniczna: omawiamy tu zarówno sequele, jak i prequele. Chodzi o filmy bazujące na podstawie stworzonej w innym tytule.

Advertisement

Ciąg dalszy nastąpił

Chodzimy do kina dla historii. Poza kinofilskim gronem, które skupia się na technicznych i artystycznych aspektach obrazu, widzowie pragną ponad wszystko pasjonującej opowieści, na którą składają się bogaty i dobrze opisany świat, bohaterowie z głębią i charakterem oraz wciągająca akcja, pozbawiona fragmentów nudy. W takim postrzeganiu filmu zawiera się tylko część jego istoty – jednak jest to część decydująca o jego popularności. Stąd też, jeśli naprawdę polubiliśmy bohaterów i poczuliśmy się dobrze w ich świecie, na pewno chętnie do niego wrócimy, skuszeni obietnicą przeżycia czegoś podobnego.

Bo nie jest wielkim odkryciem stwierdzenie, że sięgamy po to, co już znamy i lubimy. Dlatego kontynuacja historii i wątków zawartych w przebojowym filmie (a, nie oszukujmy się, tylko takie otrzymują sequele) to szybki i prosty sposób na przyciągnięcie uwagi dużej części publiczności.

Advertisement

Pomagają tu zakończenia otwarte. Weźmy na przykład idealną kontynuację historii pod postacią filmu Obcy – decydujące starcie. Pierwsza część pozostawiała nierozstrzygniętą kwestię losów Ellen Ripley (i kota Jonesa). Horror związany z obecnością morderczego kosmity na statku Nostromo się zakończył, ale samo istnienie gatunku, spisek firmy Weyland i ryzykowna decyzja o kontynuowaniu lotu w hibernacji dawały duże możliwości kontynuowania tej historii. Uczynił to James Cameron w bardzo ciekawy sposób.

Jego Obcy (w liczbie mnogiej) teoretycznie zaczynają się w miejscu, gdzie skończył się Obcy (w liczbie pojedynczej) Ridleya Scotta. Dla bohaterki pomiędzy filmami nie wydarzyło się nic. Ale świat (i wszechświat) poszedł do przodu o kilkadziesiąt lat. Tyle upłynęło, zanim Nostromo z Ripley na pokładzie zostało zauważone przez inną kosmiczną jednostkę. Przez ten czas bohaterka została pozbawiona wszystkiego, co kochała, posiadała i wiedziała. Oprócz jednego: wroga w postaci Obcego.

Advertisement

Okazuje się, co oczywiste, że przedstawicieli jego gatunku jest wiele więcej i zagrażają już nie tylko załodze jednego statku, ale całej kolonii. Ripley, wraz z załogą marines, udaje się na zamieszkałą przez ludzi planetoidę i stawia czoło całym zastępom Obcych. Film oferuje powrót do wątków rozpoczętych w części pierwszej, znacznie pogłębia charakter bohaterki, uwypukla symbolikę matczynej miłości, realizowanej zarówno w formie ludzkich relacji (Ripley i jej „córka” Newt), jak i gatunkowego instynktu (Królowa-matka Obcych). Gatunkowy ciężar horroru przesuwa się nieco w stronę widowiskowego kina akcji, jednak ładunek grozy jest wystarczający, aby trzymać na krawędzi fotela aż do finałowych scen.

Kluczowe jest jednak w tym wszystkim potraktowanie historii z pierwszej części jako swoistej bazy do nadbudowania wielu nowych atrakcji. To nie tylko kontynuacja – to słuszne, bardzo przemyślane i, przede wszystkim, spójne spojrzenie na możliwości, jakie dawała część pierwsza.

Advertisement

Nick Park i jego filmy z Aardman Animations

A teraz przyjrzyjmy się trzeciej i czwartej części Rocky’ego. Seria liczy sobie obecnie siedem odsłon, z czego trzy można uznać za naprawdę udane. Druga część stara się rozprawić z mitem jedynki, piąta oferuje co prawda inne spojrzenie, ale jest totalnie chybiona, natomiast Rocky III i Rocky IV to filmy, które mają swoją rzeszę fanów, jednak wyraźnie wykazują zniżkową tendencję pod względem jakości (będę teraz pisał o obu jednocześnie, bo oba mają dokładne ten sam problem).

Obrazy te kontynuują historię uwielbianego boksera – i to w zasadzie jedyne, co można o nich powiedzieć. Już sam czas trwania (90 minut w stosunku do około 120-minutowych seansów dwóch pierwszych części) sugeruje, że z czegoś zrezygnowano. Otóż zrezygnowano z jakiejkolwiek próby psychologicznego pogłębienia postaci, bardziej wnikliwego spojrzenia na ich motywacje i wewnętrzne konflikty, a także obecnego w dwóch pierwszych odsłonach społecznego komentarza. Scenariusze tych części to niemal zbieranina klisz i schematów kina akcji. Czy chodzi o zemstę, czy o obronę amerykańskich wartości – nieważne, mechanika historii jest identyczna.

Advertisement

Identyczne jest też rozłożenie wątków i dramaturgia opowieści. Postacie drugoplanowe są płaskie i pozbawione znaczenia, ich problemy i kwestie nie mają absolutnie żadnego wpływu na fabułę. W obu filmach historia ogranicza się do tego, że Rocky musi po raz kolejny stanąć na ringu i zmierzyć się z przeciwnikiem. Jasne, ogląda się to wszystko całkiem nieźle, kiedy przymknie się oczy na pewne umowne kwestie, takie jak aktorstwo Dolpha Lundgrena czy charakterystyczny kicz lat osiemdziesiątych, ale tak naprawdę są to sequele niepotrzebne i niewnoszące nic do historii Rocky’ego.

Wszystko pozostaje w rodzinie

Bywa, że do kina przyciągają nas postacie.

Advertisement

Umówmy się: każdy z nas w młodości chociaż przez chwilę identyfikował się z Indianą Jonesem lub Lukiem Skywalkerem. Zaryzykuję również tezę, że wielu mężczyzn przez pewien czas fantazjowało o karierze gangstera po pierwszym seansie Ojca chrzestnego. Magia postaci, ich magnetyzm i siła charakteru również stanowią o popularności filmu, prawdopodobnie nawet bardziej niż historia. Dlatego też, spotykając się z postacią drugi raz, chcemy dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Poznać skrywane cechy charakteru. Zobaczyć, jak zachowuje się w zupełnie nieznanych okolicznościach. Może nawet nieco zmienić o niej zdanie?

Michaela Corleone poznajemy na weselu jego siostry. Młody weteran wojny na Pacyfiku, zakochany w swojej dziewczynie, jest synem zwierzchnika przestępczej organizacji o międzynarodowym zasięgu. Jego ojciec stara się trzymać go z dala od swoich nielegalnych procederów, jednak macki mafii w końcu dosięgają Michaela. Podejmuje decyzję o wykonaniu wyroku na dwóch wrogach rodziny – i faktycznie go wykonuje. Od tego momentu jego życie zmieni się i stanie stopniowym popadaniem w coraz większe zakłamanie, hipokryzję i grzech. W finałowej scenie filmu odgradza się od swojej małżonki, zastępując swojego ojca na czele organizacji.

Advertisement

Druga część podejmuje podwójne wyzwanie: jest zarówno prequelem, jak i sequelem. Ojciec chrzestny II (swoją drogą, jest to pierwszy w historii przypadek użycia cyfry do oznaczenia kontynuacji tytułu) opowiada losy młodego Vita Corleone i wyjaśnia, jak osiągnął swoją pozycję, ukazując jednocześnie perypetie jego syna, Michaela, który musi kontynuować drogę ojca. Tym razem jednak Michael jawi się jako człowiek znacznie bardziej okrutny, wyzuty z emocji, mściwy i małostkowy. Doświadczony dramatycznymi wydarzeniami boryka się z utratą nienarodzonego dziecka, odejściem żony i zdradą brata.

Podejmuje ostateczne kroki, które na zawsze określają go jako człowieka (przynajmniej do czasu powstania trzeciej części). Francis Ford Coppola razem z Mario Puzo (autorem powieści, na podstawie której powstał pierwszy film) dokonują w sequelu świetnej, drobiazgowej dekonstrukcji mitów, które sami wcześniej stworzyli. Wartości, do których dojrzewał ojciec, takie jak rodzina, zaufanie, lojalność i braterstwo, zostają niemal zbrukane przez jego własnego syna, a my widzimy oba te powolne procesy zestawione ze sobą.

Advertisement

Z kolei rozczarowujący (i piszę to z bólem serca) jest drugi sequel Gwiezdnych wojen, czyli Powrót Jedi. Po genialnym (pod niemal każdym względem) Imperium kontratakuje trzecia część gwiezdnej sagi oferuje jedynie uproszczone, wygładzone i bezpieczne rozwiązania kwestii rozpoczętych w poprzednikach. Luke nadal kuszony jest przez ciemną stronę mocy i staje do pojedynku ze swoim ojcem – Vaderem. Pojedynku, który bardziej niż na zewnątrz rozgrywa się wewnątrz.

Vader okazuje się mieć moralne rozterki, a Luke wyczuwa w nim dobro. Dlaczego je wyczuwa – tego nie wiadomo, wiadomo natomiast, że pozostałe postacie: Han, Leia, Yoda, Lando – miotają się po ekranie tylko po to, żeby zająć czymś akcję. Świetnie podbudowany w Imperium wątek miłosny zostaje tu uproszczony i rozwiązany niemal bezspornie: Luke okazuje się być bratem Lei i całe napięcie miłosnego trójkąta (pocałunek Luke-Leia) upada. Han zostaje cudownie uratowany w bezcelowo przeciągniętym pierwszym akcie, a jedyną rolą jego postaci jest zniszczenie osłony Gwiazdy Śmierci. Nic dziwnego, że Harrison Ford miał opory przed wystąpieniem w tej części.

Advertisement

Postać Księżniczki zostaje tu sprowadzona do przeseksualizowanego artefaktu, przechodzącego z rąk jednego mężczyzny do drugiego. Nikt z głównych postaci nie poświęca się, nie ginie – konflikt właściwie rozwiązuje się sam, zabierając jedynie kilka Ewoków. Pod względem naiwności bliżej Powrotowi do pierwszej części sagi, jednak film nawet przez chwilę nie zbliża się do doskonałej dramatycznej konstrukcji Nowej nadziei.

Za siedmioma górami

Sequel (i prequel) daje również okazję do rozbudowania świata opowieści, zwłaszcza w przypadku światów sztucznych, wykreowanych na potrzeby danej historii. Nowe lokacje to szansa dla scenarzystów i pracowników pionu artystycznego (scenografów, kostiumologów, rekwizytorów itp.) na popis wyobraźni i kreatywności.

Advertisement

Powrót do PRESSŁOŚCI #40 - Świat dziwaków i dziwolągów według braci Coen

George Miller zrealizował cztery filmy o Maxie Rockatanskym i za każdym razem udało mu się zrobić coś nowego, świeżego i odkrywczego. Pierwszy film opowiada o policjancie walczącymi z gangami na terenie Australii, która wydaje się zmierzać do autodestrukcji. Pustynny bezkres „przyozdobiony” jest tu i ówdzie złomowiskami i miasteczkami, przy czym jedne trudno odróżnić od drugich. W pierwszej części zawiązuje się intryga, w wyniku której ginie żona bohatera, co prowadzi go na skraj szaleństwa (stąd jego przydomek) i uruchamia machinę zemsty. Druga część, nakręcona na fali popularności oryginału w ciągu zaledwie dwóch lat, ukazuje świat już po zagładzie.

Resztki ocalałych chowają się w osadach-bunkrach zbudowanych naprędce z pozostałości po cywilizacji. Przeżycie opiera się na jednym surowcu: benzynie, o którą krwawe walki prowadzą wszyscy ze wszystkimi. W filmie powraca bohater – Szalony Max. Jego przeszłość zostaje wspomniana, jednak nie ma większego znaczenia dla historii. Gra toczy się o najwyższą stawkę: przetrwanie. Teatrem działań staje się pustynia, a akcja toczy się w najwyższym tempie podczas ogromnego pościgu, w którym bierze udział kilkadziesiąt pojazdów, z których każdy ma indywidualny wygląd, dodatki, ornamentacje. Tempo nie zwalnia nawet przez chwilę, dialogów jest zaledwie garść, a film pomógł ukształtować wizję tego, co nazywamy światem postapokaliptycznym.

Advertisement

Trzecia część ukazuje powoli odradzającą się cywilizację, stanowiąc wizualne i formalne połączenie dwóch pierwszych części, a najnowsza, czwarta odsłona serii: Mad Max: Na drodze gniewu to już istne arcydzieło pod względami designu, scenografii, rekwizytów i kostiumów. Luźno powiązana z poprzednikami (nie wiadomo nawet do końca, czy Max to ten sam człowiek, co poprzednio), oferuje nowe spojrzenie na świat, w którym złom zostaje podniesiony niemal do rangi sztuki.

Pozostałości po cywilizacji zostają zaprzęgnięte na użytek nowo powstającej kultury. Rury, blachy, plastik i guma stanowią podstawowe tworzywa, jednak wyobraźnia twórców zdaje się nie mieć końca. Film wręcz bombarduje wizualnymi wrażeniami. Miller poszerza filmowy świat w każdym możliwym sensie. Poznajemy nowe gangi, z których każdy wyróżnia się własnym wizerunkiem, wędrujemy w nowe rejony olbrzymiej australijskiej pustyni, poznajemy nowe technologie i mechanizmy, pulsujące, parujące i gnące się w nieskończonym pościgu – ponownie o przetrwanie.

Advertisement

Prawie dwadzieścia lat temu Wachowscy (wtedy jeszcze znani jako bracia, dziś – siostry Wachowskie) zaprezentowali niezwykłe połączenie gatunkowo-tematyczne, którym widzowie zachwycili się niemal jednogłośnie. Matrix oferował świat będący jedynie wyobrażeniem: teoretycznie mogło się w nim zdarzyć wszystko, a prawa fizyki i logiki nie istniały. Pierwsza część intrygowała połączeniem pleneru bezdusznego miasta z drapaczami chmur i tłumami identycznych przechodniów z wnętrzami rodem z azjatyckich animacji. Świat wypełniała galeria ciekawych osobowości, a sekwencje akcji (zrealizowane na najwyższym poziomie) wynikały ze scenariusza i były z nim nierozerwalnie połączone.

Sequel – Matrix Reaktywacja był większy, głośniejszy, ale niekoniecznie lepszy. Jednak twórcom udało się zachować dobre proporcje i ciekawie rozwinąć kilka wątków, przenieść bohaterów w kilka nowych miejsc i wykorzystać ustalone wcześniej reguły (czy raczej ich brak) do spójnej kontynuacji. Trzecia część, Matrix Rewolucje, to już jednak całkowite zaprzepaszczenie całego potencjału tkwiącego w tym pomyśle. Ogromne możliwości, jakie dawał, zostały ograniczone do dwóch olbrzymich, nudnych sekwencji akcji.

Advertisement

Jedna z nich polega na ciągłym powtarzaniu tego samego motywu – bijatyki dwóch gości, z których każdy ma teoretycznie nieograniczoną moc. Twórcy odeszli od pomysłowego użytkowania scenografii i efektów specjalnych na rzecz bezustanne powtarzanego bicia i kopania, z których przez większość czasu nic nie wynika. Wszystko to rozgrywa się na ulicy zlanej deszczem. Druga sekwencja to oblężenie ostatniego bastionu ludzkości – miasta Syjon, zbudowanego na gasnącym jądrze Ziemi. I tutaj również ograniczono się do po tysiąckroć powtarzanych ujęć strzelających robotów i ostrzeliwanych robotów. Wszystkie możliwości, jakie dawał nieograniczony zasadami świat Matrixa, zostały odsunięte na bok na potrzebę rozwiązania akcji w nudny, powtarzalny i przeciągnięty do bólu sposób.

Big Idea

Wreszcie są filmy zbudowane wokół jednego pomysłu, który napędza wszystkie inne elementy świata przedstawionego. Pomysł ten określa się mianem high-concept i zwykle wyraża pytaniem w stylu „co by były, gdyby…”. Co by było, gdyby przywrócić dinozaury do życia? Steven Spielberg odpowiedział na to pytanie swoim popisowym Parkiem Jurajskim już w 1993 roku, ale trend się utrzymuje do dziś. Tematów nie brakuje, chociaż twórcy wyraźnie wolą się powtarzać.

Advertisement

Co by było, gdyby człowiek otrzymał boską moc? Przekonał się o tym bohater Bruce’a Wszechmogącego, wysokobudżetowej komedii z tytułową rolą Jima Carreya. Niewdzięczny, egoistyczny, zapatrzony w siebie telewizyjny prezenter bez przerwy oskarża Boga o swoje drobne niepowodzenia. Pewnego dnia, kiedy po raz kolejny unosi pięści ku niebu, Stwórca robi mu niespodziankę i… zaprasza go na audiencję. Pod postacią Morgana Freemana, Bóg rozmawia z Bruce’em i na tydzień przekazuje mu całą swoją władzę. Bohater szybko przekonuje się, że bycie Bogiem wcale nie jest prostym zadaniem. Do oczywistego morału prowadzi scenariusz złożony z kilku udanych skeczy, kilku mniej udanych skeczy, kilku melodramatycznych uniesień i fenomenalnej sceny z udziałem Steve’a Carella.

Seans jest lekki, przyjemny, niezobowiązujący, ale ciekawy koncept, solidne aktorstwo i pozytywne przesłanie wystarczyły, by film zarobił na tyle dużo, aby twórcy szybko przygotowali sequel. Tym razem to Evan, kolega Bruce’a z pracy, zostaje „Wszechmogącym”. Już sam tytuł sequela wprowadza widza w błąd – Evan wcale nie dostaje tej samej mocy, co jego poprzednik. Z jednej strony to dobrze, bo po co się powtarzać, ale twórcy brną w ślepy zaułek. Bohater otrzymuje zadanie zbudowania arki, która pomoże ocalić zwierzęta (i ludzi) podczas nadchodzącej powodzi, skutku działań chciwych biznesmenów. Boskie wpływy wyraźnie wyczuwalne, ale problem leży u podstaw: o ile pomiędzy Bruce’em i Bogiem istniał faktycznie jakiś konflikt, który prowadził do konfrontacji zakończonej refleksją, o tyle Evan dostaje w pakiecie problem i jego rozwiązanie.

Advertisement

Właściwie nie musi nic robić, poza przekonaniem kilku sceptycznych osób do swojej racji. Evan nie wyciąga z tej historii żadnej nauki, podobnie jak widz. Biblijny przekaz zostaje sprowadzony do popisów charakteryzatorskich, kiedy Carellowi wyrasta długa, siwa broda, wzorem Noego. Bruce Wszechmogący nie był arcydziełem, ale Evan to już popłuczyny wyjątkowo niskiej jakości i przykład sequela niepotrzebnego, nieudanego i nietrafionego. W dodatku to jeden z niewielu filmów, w których Steve Carell jest zupełnie nieśmieszny.

Co by było, gdyby istniał sposób na komunikację z duchami? Lejtmotyw niezliczonej ilości horrorów znalazł swoją fizyczną formę w filmie Diabelska plansza Ouija, który został niemal zmiażdżony przez krytykę i nawet wśród zatwardziałych fanów gatunku nie cieszy się zbytnią estymą. Nie przeszkadzało to jednak producentom, którzy zainwestowali pieniądze w sequel. A ten był zaskakująco… udany! Plansza wróciła jako sprawczyni całego zamieszania, jednak scenarzyści dużo więcej uwagi przywiązują postaciom i ich dramatom.

Advertisement

Ekspozycja filmu mówi o bohaterach bardzo wiele i w całkiem pomysłowy sposób. Samotna matka zarabiająca na oszustwach od razu budzi sympatię, podobnie jak jej dwie córki, wspomagające rodzicielkę w tym procederze. Kiedy w ich życiu pojawia się prawdziwe zagrożenie – duchy, przywołane przez tytułową planszę – stawka jest wysoka, a emocjonalne zaangażowanie widza w akcję bardzo silne. Film nie ocieka absurdami i kliszami, reżyser sprytnie operuje drugim i trzecim planem, grozę przemycając powoli, konsekwentnie i z wyczuciem. Finał również jest zaskakujący i nie pozostawia widza z uczuciem przyjemnego niedosytu.

W tym prequelu postawiono przede wszystkim na postacie i ich dramat, a strach przyszedł potem. Ouija: Narodziny zła stanowi dzięki temu jedną z naprawdę niewielu kontynuacji horrorów, które przerastają oryginał.

Advertisement

Tematu sequeli praktycznie nie da się wyczerpać, bo dopóki istnieć będzie kino, dopóty twórcy będą podejmować próby opowiedzenia dalszych ciągów znanych historii – i zarobienia na nich po raz kolejny. Obok kontynuacji istnieją jeszcze przecież całe uniwersa lub filmowe cykle. I jak tu ocenić każdą z części Bonda? Jakimi kryteriami się sugerować? Co sprawia, że dany Bond jest udany, a inny – już mniej? To pytania, na które bardzo trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Podobnie trudno, na tę chwilę, stwierdzić, dla kogo powstaje sequel Lśnienia i co zadecyduje o sukcesie lub jego braku w przypadku tego tytułu.

Nie bez powodu zakończyłem powyższy wywód filmem Ouija: Narodziny zła. Jego twórca jest bowiem ten sam Mike Flanagan, który sprawuje pieczę nad Doctor Sleep. Może się więc okazać, że obraz ten, niezależnie od tego, czy będzie udaną kontynuacją wątków zawartych w oryginale, będzie po prostu… dobry.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *