Publicystyka filmowa
Dlaczego nowy JOKER to kiepski żart
Nowy JOKER to film pełen kontrowersji, który wywołuje skrajne emocje. Czy to arcydzieło, czy kiepski żart? Oto nasze przemyślenia.
Gwoli ścisłości – to nie jest recenzja filmu Todda Phillipsa. Ta wymaga wszak poddania całości próbie w miarę obiektywnej oceny w oparciu o wszelkie aspekty – techniczne i artystyczne – danego tytułu. A ja zwyczajnie nie potrafię Jokera sensownie ocenić. Nie potrafię też jednoznacznie stwierdzić, czy mi się podobał, czy nie. Takie to krnąbrne, wymykające się klasyfikacjom cudo.
Za to wiem jedno – seans mnie zawiódł. Po części z powodów, które celnie wypunktował TUTAJ redakcyjny kolega. Przy czym ja mam z wynoszonym obecnie do rangi arcydzieła Jokerem zgoła inny problem.
Jeśli ktoś nie przeczytał lub nie chciał przeczytać wyżej podlinkowanego artykułu, pokrótce nakreślam zarzuty Szymona, który pisze o braku oryginalności Jokera, odtwórczości filmu i jego wyraźnym bazowaniu na klasykach kina, do miana którego sam w końcu aspiruje. Chodzi o bezczelne wręcz kopiowanie motywów, wątków, a nawet i ujęć z takich dzieł jak Sieć, Taksówkarz i Król komedii (oraz paru innych tytułów, które odbijają się w oczach Jokera jak w kalejdoskopie). Ja nie mam jednak kłopotu z tym, że Joker się na podobnych kamieniach milowych wzoruje bądź się do nich odnosi. Bardziej boli mnie fakt, że, w przeciwieństwie do nich pozostaje stylistycznym bałaganem, pozbawionym zarówno sensu, puenty, jak i wiarygodności. To twór zwyczajnie… zakłamany.
W kinie, mimo najszczerszych chęci, ani na sekundę nie uwierzyłem w zaprezentowaną mi wizję – tym razem daleką przecież od komiksowych ram, świadomie wpisującą się w ostry realizm, a przez to niepozostawiającą sobie żadnego pola manewru, niemogącą zrzucić swoich nieścisłości na karb rozbuchanej stylistyki (której u Phillipsa w ogóle brak) lub gatunkowości. Niepozwalającą też na pewne zawieszenie niewiary, które charakteryzuje nie tylko kolejne wybryki Marvela i DC, ale nawet dość twardo stąpającą po ziemi superbohaterską trylogię M.
Nighta Shyamalana
W wymienionych wcześniej filmach ciąg przyczynowo-skutkowy oraz główni bohaterowie zbudowani są w taki sposób, że dramaturgia, napięcie i ten swoisty wkurw wiszący w powietrzu powoli narastają, aby w końcu eksplodować – nie bez powodu zresztą. Rozliczenie z zastaną rzeczywistością oraz przemiana następują w nich z czasem i potrzebują konkretnego punktu zapalnego. Tam wszystko jest czymś uwarunkowane. I tak Sieć prześwietla telewizję, pokazując jej kuluary jako bezduszną machinę, dla której ostatecznie nie ma żadnych skrupułów, nieobecne są granice, nie istnieje tabu.
Taksówkarz to z kolei zwierciadło swoich czasów – podobnie jak także dający się dostrzec gdzieś w Jokerze Francuski łącznik. To filmy brudne, bo przenoszące widziane na ulicach ówczesnej Ameryki zezwierzęcenie i upadek obyczajów na filmową taśmę w skali praktycznie jeden do jednego. Uwarunkowane nastrojami politycznymi (zarówno wojną w Wietnamie, jak i tą rasową, dziejącą się tuż za oknami), rosnącą falą przemocy i ogólnym szaleństwem tamtej dekady, są napiętnowane społecznym zacięciem, które nie odbiera im jednak swoistego uniwersalizmu, ponadczasowości – również dzięki doskonale napisanym bohaterom, niewolnym od wad, lecz moralnie zdefiniowanym.
Tymczasem w Jokerze od razu zostajemy postawieni niejako przed faktem dokonanym, a sama postać jest praktycznie kompletna. Arthur Fleck już w pierwszym ujęciu JEST Jokerem. Może jeszcze nie tym siewcą chaosu, który naprzykrza się Batmanowi, ale już określonym szaleńcem bez szans na jakikolwiek ratunek czy potencjalne odkupienie (jak to miało miejsce u także mentalnie niestabilnego wyrzutka, Travisa Bickle’a). Cytując uśmiechniętego poprzednika w śliwkowym kostiumie – wystarczy tylko lekko go pchnąć, żeby przeznaczenie się dokonało („All it takes is a little push!”).
Widać to doskonale w jego oczach, słychać w jego chorym, denerwującym śmiechu, który męczy już po pierwszych pięciu minutach tego dwugodzinnego filmu, a nawet w posępnej, niemal pogrzebowej muzyce, która przygnębia nas odgórnie, zamiast sunąć z pomocą ruchomemu obrazowi. Fleck to postać ukształtowana. Nie zderza się raptem z nowymi, nieznanymi mu wcześniej problemami i obcym sobie otoczeniem, którego zasadom musi stawić czoła, tylko bezustannie egzystuje w rzeczywistości rodem z polskiego kina moralnego niepokoju – pełnej beznadziei, smutku i kolejnych zawodów. Joker wręcz się w tym świecie zrodził, nie zna dla niego alternatyw. Czemu zatem daje mu się przytłoczyć, a później także pokonać?
Z odpowiedzią nie przychodzi tu niestety tenże świat przedstawiony, który jest jaki jest, bo…? Nie wiemy. Z ust bohaterów pada jedynie okazjonalna „bida z nędzą”, a oni sami przystawiają sobie wyimaginowany pistolet do głowy, gdyż najwyraźniej mają czegoś dość. Ale czego? Życia jako takiego? Jeśli tak, to źle świadczy tylko o nich samych, a nie o okolicy, o której także nic nie wiadomo. Wszelkie wątki polityczno-społeczne sprowadzają się tu bowiem do informacji o szczurach mutantach i odwiecznej walki biedy z bogaczami. I tyle. Jest źle, bo jest źle. W dodatku twórcy bezsensownie czynią z Jokera film retro, umiejscawiając akcję w odległych nam czasach, właściwych dla filmów stanowiących inspirację, ale nie określających odpowiednio danej historii.
Jednocześnie nawiązują z widzem wyraźny dialog względem obecnej sytuacji i rosnącego napięcia wśród ludzi, jakby nie widzieli lub nie chcieli dostrzec wyraźnych różnic, które dzielą oba te okresy. W Taksówkarzu i innych filmach lat 70. nieprzyjemne nastroje wynikały z czego innego niż tak chętnie filtrowana obecnie przez popkulturę i maglowana na różne sposoby w Hollywood era Trumpa (na którego podobieństwo ukształtowano trochę Wayne’a seniora).
Ten dysonans na dużym ekranie jest aż nadto widoczny i sprawia, że ja nie wierzę ani w pierwszy, ani w drugi atak na Arthura. Oba są ważnymi punktami zwrotnymi, które w zamierzeniu mają nastawić go przeciwko ludzkości. Jednak w swej dynamice gubią zupełnie swą wiarygodność – zwłaszcza ten drugi przypadek, gdzie już garniaki młodych yuppies wydają się jakby wyjęte z innej bajki, a oni sami powinni raczej siedzieć wygodnie w taksówce, a nie obijać się zapchlonym metrem dla biedoty i rzucać frytkami w zupełnie przeciętne dziewczyny, na które normalnie by nawet nie spojrzeli.
Ich totalnie przegięte postawy zadufanych w sobie kutasów bez serca jakimś cudem wpisują się we współczesną nagonkę na białych, uprzywilejowanych facetów, którzy tym samym znowu winni są całemu złu tego (ekranowego) świata. Choć na zdrowy rozum zarówno czas, jak i miejsce, w których Jokera osadzono, jasno sugerują zupełnie inny obraz i rozwiązanie zaistniałych okoliczności miejskiej natury.
To wszystko – podobnie jak fakt, iż w tym okropnym świecie ani Arthur, ani tuląca swą córeczkę do snu Zazie Beetz nie zamykają swoich drzwi na trzy spusty – to niby tylko detale drugiego planu, niemniej w danym kontekście ważne, nierzadko kluczowe dla danych scen i nieodzownie pomagające budować filmowe Gotham. Jednak kompletnie olane, tylko mu szkodzą. Już u Nolana komiksowe miasto niemal zupełnie straciło swoją tożsamość, niepodrabialny charakter.
W Jokerze Gotham staje się kolejną, jedną z wielu bezpłciowych inkarnacji Nowego Jorku czy innego molocha USA. To miasto nijakie, równie mętne i bezcelowe jak życie zaprezentowanego nam bohatera. Nad oboma unosi się jedna wielka enigma (nawiązanie do Riddlera niezamierzone). Można analizować ją na tysiąc różnych sposobów; można ją również wyśmiewać, na przekór całemu światu, który najchętniej widziałoby się w płomieniach. Ale trudno jest oprzeć się wrażeniu, że nawet ona jest tu pewną iluzją, istniejącą tylko dla samego istnienia, a nie „po coś” (wedle jednej z teorii to wszystko jest tylko urojeniem zamkniętego w szpitalu antybohatera – paradoksalnie takie rozwiązanie pozbawia cały film sensu).
Nie kupuję zresztą takiej genezy Jokera, którego spłycono w podobny sposób, co wcześniej Dartha Vadera czy Obcego, odbierając mu jakikolwiek pierwiastek wyjątkowości i specyficzną aurę tajemnicy. Wychowany na ciągłej przemocy oraz niechęci (na które tym samym powinien być znieczulony) i zarazem od małego uczony reagować na wszystko życzliwością, uśmiechem, staje się bezwzględnym przestępcą i niebezpiecznym psychopatą dlatego, że – w dużym skrócie – parę razy ktoś spuszcza mu łomot i przy okazji okazuje się, że był adoptowany.
Choć reżyser bezustannie myli tropy, przeplatając urojenia z faktami i celując w drugi Fight Club, to generalnie jego Jokerowi bliżej do komiksowego antagonisty z trzeciego Iron Mana, w którym Guy Pearce przeszedł na złą stronę mocy tylko dlatego, że został kiedyś wystawiony do wiatru i musiał w samotności warować na dachu budynku kilka godzin. Absurd. Tym większy, że zarówno przeciwnikowi Iron Mana, jak i podobnie zwichrowanemu co nasz pomalowany śmieszek Tylerowi Durdenowi chodziło o coś więcej. Oni mieli swój plan. A co ma Joker?
Niewiele. Pociąga go raz spotkana sąsiadka, ale tylko o niej fantazjuje, w dodatku mocno wybiórczo, bo przez większość czasu Zazie praktycznie na ekranie nie ma. Arthur Fleck nie stara się zupełnie o jej względy czy nawet zawiązaną w windzie nić porozumienia, która mogłaby przerodzić się w przyjaźń. Nie stara się też w przypadku swojej największej miłości – komedii. Okazjonalne zapiski w wytartym notatniku i pojedynczy występ w podrzędnym klubie, którego bezpośredniego efektu (a więc przypuszczalnie porażki i jeszcze jednego upokorzenia) nawet nie widzimy, a który paradoksalnie daje mu szansę zabłysnąć w telewizji (na co już i tak kładzie lachę), to trochę za mało, gdy zestawić to z nieustannie żyjącym swoim celem bohaterem Króla komedii.
De Niro u Scorsese nie odpuszczał swojemu idolowi, tryskał ambicjami i wielkimi marzeniami, niespożytą energią. Phoenix u Phillipsa głównie o nich gada, bez życia szwendając się po mieście i odbębniając kolejne miałkie zlecenia w przebraniu kolorowego wesołka. Co też łatwo poddać w moralną wątpliwość, gdy przyjmiemy za pewnik, że wszystko, co ma nasz bohater, to „negatywne myśli” i bagaż doświadczeń w postaci trudnego dzieciństwa i psychiatrycznej rekonwalescencji (jak w ogóle dostał podobną robotę, w której obcuje się z dziećmi?).
To skrzywione odbicie Tennessee Williamsa jest pozbawione jakichkolwiek prawdziwych zdolności oraz chęci i dopiero w przypadkowej przemocy znajduje swoje życiowe powołanie. Ale czy takie miało być całe clou Jokera – zabijaj, gdy ci nie idzie?
Gdy Bickle zabijał, również puszczał u niego pewien wentyl bezpieczeństwa, jednakże był przynajmniej wycelowany we właściwą stronę, znajdywał swoje ujście. Tyler Durden walczył z systemem i obijał mordę kolegi, bo „chciał zniszczyć coś pięknego”. Nawet poprzedni Joker, mimo zapierania się, że tak nie jest, przyjmował strategię. Ten obecny niby ma w rękach wszystko, żeby dokonać rewolucji, lecz jego droga jest mglista i zwyczajnie niejasna, bo tak naprawdę niczym konkretnym niepodyktowana. To nawet nie jest zło wcielone, które trudno wytłumaczyć – jak John Ryder z Autostopowicza. Finalnie dualizm tego bohatera wydaje mi się więc niewygrany, a on sam nie ma nam nic ciekawego do powiedzenia, pomimo mistrzowskiej – co przyznaję bez bicia – kreacji Phoenixa i kilku kunsztownie zrealizowanych scen. A raczej po prostu pojedynczych ujęć, które aż krzyczą: „kultowe, ikoniczne!” (mam zresztą wrażenie, że radośnie wyjęte z kontekstu stały się takimi jeszcze przed premierą, gdyż zwyczajnie „dobrze wyglądają, panie Wayne”). Cóż jednak po nich, skoro z samej historii bije fałsz równy twarzy obrazowanego klauna, który błaznuje na całego w takt popularnych, starych szlagierów (swoją drogą scena „marszu zwycięstwa” na schodach jest na tle wydźwięku całości wprost żenująco teledyskowa). Nie mam żadnych wątpliwości względem tego, że pomiędzy tymi wygibasami tytułowy rozrabiaka śmieje się właśnie z nas. Tylko czemu czyni to tak obłudnie? I czemu za tym śmiechem nie kryje się nic więcej? Sama pustka.
Według Nietzschego „kto walczy z potworami, niech uważa, by sam nie stał się potworem. A gdy długo spoglądasz w otchłań, również otchłań spogląda w ciebie”. Chyba wszyscy zgodzimy się z tym, że na to pierwsze jest dla postaci Jokera aka Arthura już o wiele za późno. Natomiast gdy patrzę w otchłań szalonego klauna, nie widzę niestety nic prócz feerii kolorów, efekciarskich kadrów i zmyślnej, acz nieudanej próby zaszokowania widza, który zaślepiony jest przede wszystkim życiową rolą Phoenixa.
Aktor nieumyślnie (?) determinuje treść filmu i przytłacza jego fabułę, choć powinno być raczej na odwrót – powinien być jej naturalnym produktem, swoistym bękartem nie Thomasa Wayne’a, lecz splotu niewybaczalnych wydarzeń. Ostatecznie Joker nie odwzajemnia więc mojego spojrzenia. On ma je w dupie.
