Connect with us

Publicystyka filmowa

Książka a film #13 – BLADE RUNNER

BLADE RUNNER to kultowy film, który w mistrzowski sposób łączy tematykę człowieczeństwa z estetyką cyberpunku. Zobacz, jak adaptacja Dicka ożywa!

Published

on

Zabierając się za adaptację, trudno nie mieć gdzieś z tyłu głowy myśli o ewentualnych konsekwencjach gmerania w żywym organizmie, jakim bez wątpienia są wszelkie wytwory kultury. Kręcąc Łowcę androidów, Ridley Scott poradził sobie z tym problemem w sposób bardzo prosty: zdał się na scenarzystów, samemu nie mając styczności z Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Philipa K. Dicka. Oba utwory, choć diametralnie różne, mają dziś status kultowych, wygląda jednak na to, że film przeważa – wystarczy spojrzeć choćby na nowe wydania powieści, której tytuł oryginalny traktowany jest jak podtytuł, w pierwszej linii ustępując słowom Blade Runner.

Advertisement

Ridley Scott ma na koncie wiele perełek, a Łowca androidów to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych (a już z pewnością najbardziej poetyckich) filmów science fiction w historii (przynajmniej do momentu wydania wersji final cut, ale o tym później). Utrzymana w klimacie kina noir (o lekkim zabarwieniu romantycznym) pogoń w poszukiwaniu resztek człowieczeństwa ukształtowała filmowy cyberpunk, będąc jego wyznacznikiem – nie tylko w latach 80.

, ale i po dziś dzień budząc nieodparte skojarzenia gatunkowe na widok mrocznych alejek poprzecinanych smugami jarzącego się światła wszechobecnych neonów. Świetną analizę filmu (choć nie w każdym punkcie się z nią zgadzam) znajdziecie tutaj. Jedyny problem polega na tym, że Blade Runner, jak przekornie Brytyjczyk zatytułował swoje dzieło, nijak ma się do książki Philipa K. Dicka, a jak wiadomo, pogodzenie fanów prozy z miłośnikami jej filmowych adaptacji nie należy do zadań najprostszych – ile osób, tyle zdań na ten temat.

Advertisement

Jedni będą oczekiwać sensownego przeniesienia na wielki ekran lubianej przez siebie powieści, drudzy w ogóle po książkę nie sięgną, bo w sumie po co, skoro ktoś już nakręcił film, a jeszcze inni docenią fakt, że reżyser i towarzyszący mu scenarzyści nie poszli na łatwiznę, zamiast tego tworząc własny mikrokosmos w wykreowanym na kartach Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? świecie (choć ich spójność pozostawia wiele do życzenia).

Advertisement

Paradoksalnie, by stworzyć adaptację, która pogodziłaby obie strony, wystarczyło pokusić się o naprawdę niewielkie, wręcz kosmetyczne zmiany – twórcy postanowili jednak zaingerować w elementy, które niekoniecznie podziałałyby na ich korzyść. Jako fan obu tych dzieł staram się zawsze odgradzać je grubą kreską – nie oglądam Łowcy androidów przynajmniej kilka tygodni przed, ani tym bardziej po lekturze Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? i vice versa – w innym wypadku perła w koronie Ridleya Scotta przestaje mieć dla mnie jakiekolwiek walory poza wizualną orgią do granic wykorzystującą techniczne możliwości początku lat 80. Nic więc dziwnego, że teza, jakoby nie wolno było porównywać tego filmu z książkowym pierwowzorem, jest wśród fanów Łowcy androidów powtarzana niczym mantra.

Blade Runner / Replikant / Specjal

Przenosimy się w przyszłości, do futurystycznej Kalifornii, gdzie śledzimy losy Ricka Deckarda, którego zdaniem jest wyłapywanie zbuntowanych androidów. Dokładnie tyle wspólnego mają ze sobą powieść Philipa K. Dicka i film Ridleya Scotta.

Advertisement

W polskim przekładzie nie ma to większego znaczenia, jednak w porównaniu oryginału z filmem już na poziomie nazewnictwa można zauważyć sporo zmian. Filmowa opowieść zaczyna się od wprowadzenia informującego o Replikantach – humanoidalnych robotach produkowanych przez Tyrell Corporation – do ścigania których powołano zastępy Blade Runnerów (specjalną jednostkę policji – „special Blade Runner units”). Replikanci z generacji Nexus-6, pogardliwie nazywani też „skórami”, są niemal identyczni jak ludzie, nie ustępując im inteligencją, a przy tym dysponując znacznie większą siłą i motorycznością. Tę przewagę odpokutować muszą jednak za sprawą bardzo krótkiej, wynoszącej zaledwie cztery lata żywotności, co w teorii ma nie dopuścić, by w ich głowach zrodziła się samoświadomość.

Książka nic o tym ostatnim aspekcie nie mówi. Długość eksploatacji jest identyczna, jednak bariera ma charakter czysto technologiczny. Brak też wzmianek czy to o następującym z czasem uczłowieczeniu, czy też o znacznie lepszych warunkach fizycznych. Roboty (w oryginale produkowane przez Rosen Association) są natomiast nazywane andkami („andys”), a ścigające je osoby po prostu łowcami. Określenie „Blade Runner” nie pada tu ani razu, zresztą nie bez powodu: zaczerpnięto je bowiem z zupełnie innej książki – Blade Runner (A Movie) Williama S. Burroughsa z roku 1979, ta zaś stanowiła skrypt do potencjalnej ekranizacji opublikowanego pięć lat wcześniej The Bladerunner Alana E.

Advertisement

Nourse’a, gdzie tytułowy termin stanowił przydomek głównego bohatera, który „biegał jak na łyżwach” z powodu wady wrodzonej stóp. Nazwę zaproponował Scottowi scenarzysta Hampton Fancher, który miał w swojej biblioteczce egzemplarz powieści i uznał, że jej tytuł brzmi o wiele bardziej intrygująco.

Na kartach powieści pomiędzy tymi dwiema grupami żyją też tak zwani Specjale, o których istnieniu zapomniał Ridley Scott, nawiązując jedynie do ich przedstawiciela, J.R. Isidore’a, przy kreacji postaci J.F. Sebastiana. Większość z nich znajduje się na marginesie społeczeństwa – ze względu na bardzo ograniczone możliwości intelektualne (synonimem Specjala jest określenie „kurzy móżdżek”) nie nadają się do większości prac, a pogardą obdarzają ich nie tylko ludzie, ale i androidy.

Advertisement

Co jednak ciekawe, część z nich posiada nadludzkie umiejętności, których przejawianie jest zwalczane przez władze. Trudno jednak byłoby uzasadnić istnienie mutantów, skoro reżyser i scenarzyści do góry nogami wywrócili świat przedstawiony w Czy androidy marzą… – u nich nie doszło do Ostatniej Wojny Światowej, nie ma więc problemów z chorobą popromienną.

Jakieś dziwne to San Francisco…

Akcja powieści rozgrywa się 3 stycznia 2021 roku w San Francisco oraz Seattle (tam swoją siedzibę ma Rosen Association). Tu warto wspomnieć, że pierwotnie był to roku 1992, jednak ze względu na zbyt krótki (a przez to mało realistyczny) odstęp czasu – Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? wydano w 1968 – postanowiono zmienić ten szczegół (niestety nie jestem w stanie określić, kiedy dokładnie miało to miejsce, ale zakładam, że niedługo po pierwotnej publikacji).

Advertisement

Podczas Ostatniej Wojny Światowej (globalnego konfliktu nuklearnego) Ziemia została zdewastowana, przeistaczając się w niezdatne do ludzkiej egzystencji rumowisko, a większość ocalałej ludności przeniosła się do kosmicznych kolonii, do czego zachęcała możliwość otrzymania robo-niewolnika:

Jeszcze przed wojną zaczęto realizować skromniutki program osiedleńczy, ale teraz, gdy słońce przestało świecić nad Ziemią, kolonizacja weszła w zupełnie nową fazę. (…) Zgodnie z oenzetowskim prawem każdy emigrant automatycznie otrzymywał na własność androida wybranego typu (…). Stało się to ostatecznym bodźcem do emigracji – służący android był marchewką, a radioaktywny opad – batem.

Jak jednak wspomniałem, wojna nie była istotna dla Ridleya Scotta, Hamptona Fanchera i Davida Webba Peoplesa. W ich wersji Ricka Deckarda poznajemy w listopadzie 2019 roku. Ulice Los Angeles, gdzie przeniesiono akcję filmu, tętnią życiem a podróże do kosmicznych kolonii powodowane są przeludnieniem planety. Już ten fakt spłyca niesamowicie przekaz Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, ale ograniczenie wątków pomogło filmowcom skupić się na rozważaniach nad relacją na linii człowiek–robot. Tu jednak także sporo namieszano.

Advertisement

NAZWISKO: Deckard, ZAWÓD: Funkcjonariusz publiczny

Grany przez Harrisona Forda Rick Deckard jest zawadiackim jegomościem, którego patrol policji musi zgarnąć w ulicznym barze (chińszczyzna sama się nie zje), by w ogóle zgodził się porozmawiać z przełożonym. Dopiero pod eskortą trafia do Pałacu Sprawiedliwości (siedziba LAPD), gdzie dochodzi do rozmowy między nim a inspektorem Bryantem. Wynika z niej, że mamy do czynienia z tytułowym łowcą androidów, który nie kwapi się do pracy – twierdzi, że nie jest już funkcjonariuszem LAPD, a sprawę powinien załatwić niejaki Holden. Ten jednak cudem tylko uniknął śmierci w starciu z replikantem i jest niezdatny do pracy.

Już na tym etapie (a za nami dwanaście minut filmu, z czego połowa to mocno rozbudowana czołówka i scena potyczki Holdena z robotem) widać stosunek do materiału źródłowego. W Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Rick Deckard ma żonę, zwierzątko i co rano wychodzi do biura. Jest zwyczajnym funkcjonariuszem publicznym – czymś w rodzaju urzędnika, który zamiast stempelków musi od czasu do czasu zabić androida. Nie dzieje się to jednak zbyt często, gdyż głównym łowcą jest tu Dave Holden. Nie ma więc mowy o jakiejkolwiek nonszalancji, która pozwoliłaby Fordowi odegrać miks Hana Solo i Indiany Jonesa (a jednak robi to momentami). Nawet po feralnej potyczce z androidem, która zneutralizowała głównego łowcę, inspektor Harry Bryant niechętnie przekazuje prowadzenie tej sprawy mniej doświadczonemu funkcjonariuszowi.

Advertisement

To zresztą mści się bardzo szybko, gdyż podczas wizyty Deckarda w siedzibie Rosen Association doktor Eldon Rosen i nazywająca go wujem Rachael (nazwisko i nazwa firmy zmienione przez scenarzystów na Tyrell) manipulują nieco zagubionym łowcą jak tylko chcą. W filmie scena ta przedstawiona została w sposób iście kuriozalny. Z jednej strony mamy tu bowiem dialogi, które po części przepisano z książki słowo w słowo, z drugiej zaś obraz głównego bohatera jest zgoła odmienny. Pewny siebie Ford, który bez trudu zmierza do odkrycia prawdy o Rachael za sprawą testu Voighta-Kampffa, nijak ma się do spłoszonego, zapędzonego w kozi róg i ogranego jak małe dziecko Deckarda, który w ostatniej chwili, w jakimś przebłysku kreatywności postanawia zadać uroczej androidce jeszcze jedno pytanie – dopiero to dodaje mu pewności siebie, która zwiększa się wraz z rozwojem wydarzeń opisanych przez Dicka.

Ustalenie tożsamości Rachael prowadzi zresztą do zaognienia bardzo napiętych relacji między tą dwójką. Wisienką na torcie niedorzeczności jest tu sowa, którą umieszczono w filmie wyłącznie symbolicznie, podczas gdy w książce pełniła ona niesamowicie istotną rolę – jak zresztą wszystkie zwierzęta. Tak jakby chciano zasygnalizować widzom znającym powieść: „Mamy gdzieś tę głupią książkę, ale macie. Cieszcie się”.

Advertisement

Kiepska książka, może nakręcimy na jej podstawie film?

MOMMY DEAD AND DEAREST (2017). Recenzja wstrząsającego dokumentu

Ta zupełnie wyrwana z książkowego kontekstu scena i tak stanowi najbliższy czytelnikom element filmu. Dalszy rozwój wypadków kluczy już w zupełnie innym kierunku, serwując nam tylko dwa spójne z fabułą powieści motywy: pogoń za andkami i dalszą relację z Rachael, ale podobnie jak reszta wydarzeń z Łowcy androidów, są one zupełnie wywrócone do góry nogami. Powód tych zmian jest kuriozalny: ani producent filmu, ani też scenarzyści nie przepadali za Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? (nie wspominając już o reżyserze, który w ogóle nie znał książki). Pomysł łowcy głów, który zajmuje się polowaniem na zbuntowane roboty, wydał im się jednak na wskroś filmowy.

Futurystyczny moralitet Philipa K. Dicka na temat empatii i wartości społecznych postanowiono więc sprowadzić do potyczki uczłowieczonych androidów z odczłowieczonymi ludźmi. Co prawda można powieści zarzucić nierówność, pewne skróty, ale nie zmienia to faktu, że jest ona o wiele głębszym doznaniem niż to, co oglądamy w filmie Scotta. Obaj autorzy zawierają w swoich działach liczne odniesienia do wiary, Boga.

Advertisement

Problem jednak w tym, że tam gdzie Dick wprowadza merceryzm i pomagające w jego wyznawaniu skrzynki empatyczne (wiara w cierpienie, które jest najlepszym sposobem do współodczuwania), Scott po prostu wykorzystuje motywy biblijne (cała scena finałowa aż kipi od ich nadmiaru).

Androidy zyskujące samoświadomość, za którymi goni obojętny, niemal odczłowieczony łowca, to kolejny z elementów spłyconych przez Scotta. Na czym właściwie polega to odczłowieczenie? Czy samo polowanie na humanoidalne maszyny i zabijanie ich bez mrugnięcia okiem to wystarczający powód do wyciągnięcia takich wniosków? Czy z kolei mordercze maszyny, które doznają oświecenia, rzeczywiście zaczynają zyskiwać człowieczeństwo? Czym tak naprawdę jest człowiek, skoro jeden akt mordu jest drugiemu nierówny? W gruncie rzeczy obie grupy dopasowują się tu do starej jak świat maksymy człowiek człowiekowi wilkiem, co czyni je równie ludzkimi/nieludzkimi.

Advertisement

Philip K. Dick natomiast dokładnie opisuje, jak wygląda postępujący w obumierającym społeczeństwie marazm i zobojętnienie. Jedynymi sposobami na zwalczanie tych przypadłości są: wspomniany merceryzm, programator nastroju Penfielda oraz hodowla zwierząt – wszystkie te elementy zostały pominięte w adaptacji, podobnie jak najbardziej ludzka z grup społecznych, czyli wspomnieni już Specjale, którzy ze względu na niski iloraz inteligencji byli jednostkami bardzo prostolinijnymi, a przez to zyskiwali znacznie większe pokłady empatii.

Advertisement

Androidy natomiast do perfekcji opanowały udawanie. Całe ich człowieczeństwo było równie nieprawdziwe, co oni sami. Chcieli być jak ludzie (Roy Batty miał nawet robo-żonę!) i sam Deckard zauważył, że część z nich rzeczywiście nie jest szkodliwa i mogłaby wtopić w tłum, zająć zwyczajnym życiem, ale wszystko to pozostanie sztuczne.

Część elementów nieco lepiej wypada w filmie, znaczna większość ma solidniejsze podstawy w powieści, jednak tożsame przesłanie obu autorów można było ukazać w sposób, który spajałby oba światy. Czy wobec tak daleko idących zmian w rysie postaci nie lepiej było zastąpić Ricka Deckarda choćby Philem Reschem? Jego postać w książce zachowuje się w wielu momentach tak, jak grany przez Forda łowca. Miał też w przeszłości kontakty z Rachael, która wcale nie była taka święta:

Advertisement

Nie będziesz już mógł polować na androidy (…) Żaden łowca, który był ze mną, nie potrafił do tego wrócić – powiedziała Rachael. – Poza jednym. Straszny cynik. Phil Resch to świr. Pracuje na własną rękę.

Cała miłosna otoczka w Łowcy androidów odnosiła się więc do uczucia, które ze strony Rachael było – cóż za zaskoczenie – sztuczne, stanowiąc jedynie strategię wyłączania z gry kolejnych przeciwników korporacji Rosen:

Spółka – przerwała mu Rachael – chciała dotrzeć do łowców zarówno tutaj, jak i w Związku Radzieckim. Mieliśmy wrażenie, że metoda skutkuje… z powodów, których do końca nie rozumieliśmy.

Nagle okazuje się, że cały – zdawałoby się tak solidnie skrojony – świat Łowcy androidów jest dziurawą, uproszczoną do granic historyjką, gdzie z dezaprobatą ukazywani są ludzie, na których miejsce już czekają znacznie mocniej rozumiejące zasady koegzystencji roboty, natomiast poruszający wątek miłosny wykreowano poprzez ugrzecznienie manipulującej łowcami sekszabawki.

Advertisement

Znając dzieło Dicka, trudno więc powiedzieć: „ten film powstał na kanwie Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”, nawet użycie słów „Łowca androidów inspirowany jest powieścią Philipa K. Dicka” zdaje się w tym przypadku nadużyciem – najtrafniejszym określeniem byłoby zapewne „scenarzyści kiedyś trzymali tę książkę w rękach. Nie spodobała im się, ale facet goniący roboty to niezły motyw do wykorzystania w filmie”. Traktując dzieło Ridleya Scotta jako zupełnie odrębny byt, możemy godzinami doszukiwać się tam metafor, biblijnych motywów czy alegorii, które nadają mu niepowtarzalny charakter. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że – mimo odmienności i wyraźnego spłycenia przekazu względem powieści – niepodważalna poetyka Łowcy androidów została zrujnowana przez jego twórcę…

Czy Deckard jest replikantem?

Na koniec najważniejsza kwestia, która przez lata stanowiła najbardziej dyskutowany element filmu, a odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Książkowy łowca był człowiekiem i nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Pomysł, by w filmie wprowadzić w tej kwestii element niepewności, także wydawał się dobry – zaczerpnięto go zresztą z książki. Dick poświęcił trzy rozdziały na mieszanie czytelnikom w głowach. Podczas próby schwytania Luby Luft (nawiązaniem do tej postaci w filmie jest Zhora) artystka jest oburzona intymnymi pytaniami zadawanymi przez Deckarda podczas testu Voighta-Kampffa i postanawia wezwać policję.

Advertisement

Po przybyciu do Opery San Francisco, gdzie panna Luft była gwiazdą, funkcjonariusz postanawia aresztować łowcę androidów. Deckard nie bardzo wie, co się dzieje. Nagle uświadamia sobie, że po raz kolejny dał się ograć jak dziecko – cała ta scena, która dalej prowadzi do zupełnie nieznanego mu posterunku, jest próbą wykręcenia naszego wyobrażenia na temat głównego bohatera, sugestią, że to android lub – w najlepszym przypadku – wariat.

Pod przykrywką nagłego zwrotu akcji Dick pokazuje nam jednak coś więcej. Androidy to istoty bardzo przebiegłe, potrafiące ze sobą współpracować. Wytworzyły w San Francisco doskonale działającą siatkę, mającą na celu ochronę ich interesów przed zakusami ludzi.

Advertisement

A w filmie? Jest parę sugestii, nieco sporów wśród fanów, aż w końcu ukazuje się wersja reżyserska (1992) a następnie wersja final cut (2007) z dodanym snem o jednorożcu. W 2007 roku opublikowano też dokument Niebezpieczne dni: Tworząc „Łowcę androidów”, gdzie rozwinięty jest motyw mitycznego stworzenia, a Ridley Scott przyznaje wprost: Deckard jest androidem. I właśnie w tym momencie szlag trafia całą poetykę filmu, którym zachwycaliśmy się przez dekady.

Pomyślcie sami – jaki sens ma otoczka, prezentująca obojętnych ludzi i przewyższające ich człowieczeństwem androidy, jeśli sam reżyser postanawia zaburzyć niezbędną do wytworzenia tego wrażenia symetrię i sprowadza ukazane w Łowcy androidów Los Angeles do roli piekła na Ziemi, gdzie pozostali już tylko ludzie starzy, schorowani i żyjące wśród nich cyborgi?

Advertisement

Nowe szaty króla

Co zdarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas, a co ujawniono w wersji reżyserskiej, nie powinno wpływać na pierwotną tkankę filmową. Z takiego założenia wyszedł zapewne Denis Villeneuve, który 6 października zaserwował nam kolejny materiał na klasyk – jestem przekonany, że za trzydzieści pięć lat Blade Runner 2049 będzie wspominany z większym rozrzewnieniem niż obecnie dzieło Ridleya Scotta.

Advertisement

Film jest oczywiście zbyt świeżą pozycją, by nie zważać na spoilery, powiem więc krótko: Kanadyjczyk nie tylko świetnie rozwinął wątki z Łowcy androidów i zaserwował nam prawdziwą wizualną perełkę, ale przede wszystkim zdecydowanie lepiej oddał ducha książki.

Blade Runner 2049 to celebracja technicznej doskonałości, ale też produkcja pełna szacunku dla oryginału, w której (w przeciwieństwie do Łowcy androidów) nie zabrakło miejsca dla dosadnego przesłania, jakie przyświecało piszącemu Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Dickowi. Z jednej strony Villeneuve pozostaje wierny wydarzeniom z poprzedniej części, z drugiej jednak na prawo i lewo rzuca motywami, które mogły wywołać uśmiech na twarzach osób znających Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?.

Advertisement

Spójrzcie na miejscami zapylony, zdewastowany świat (efekt konfliktu zbrojnego), wsłuchajcie się w dialogi („Mogę załatwić ci za to konia albo kozę!”) czy choćby policzcie, ile miesięcy upłynęło od wydarzeń z książki do daty, wokół której budowane jest śledztwo prowadzone przez postać Ryana Goslinga. Villeneuve tak często puszcza do świadomego widza oko, że po seansie zaczął mi się jawić w charakterystycznej pozie na podobieństwo figury Jezusa z Dogmy Kevina Smitha.

Tak właśnie powinien wyglądać film na motywach powieści.

Advertisement

Przytoczone fragmenty pochodzą z książki: Philip K. Dick, Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, tłum. Sławomir Kędzierski, wydanie III poprawione, Wyd. Rebis, Poznań 2017.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *