search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

CIEMNOŚCI. Czy Dario Argento jest niebezpiecznym dewiantem?

Krzysztof Walecki

31 stycznia 2021

REKLAMA

Po realizacji Głębokiej czerwieni w 1975 roku wydawało się, że Dario Argento powiedział ostatnie słowo w giallo, natomiast nakręcone później Suspiria (1977) oraz jej kontynuacja, Inferno (1980), tylko potwierdziły odwrót włoskiego reżysera od stylistyki włoskich thrillerów na rzecz horroru fantastycznego. Ale praca nad tym ostatnim tytułem tak bardzo wyczerpała jego twórcę, że zrezygnował on z ukończenia trylogii Trzech Matek (ostatecznie trzecia część – Matka łez – powstała dopiero w 2007 roku), zamiast tego wybierając bezpieczny grunt gatunku, który opanował do perfekcji. Nic jednak nie jest bezpieczne w Ciemnościach (1982), filmie tak brutalnym, że w Wielkiej Brytanii wylądował na niesławnej liście „video nasties” (wcześniej ocenzurowano plakat, ślad po cięciu na szyi kobiety zastępując czerwoną wstążką), a w Stanach Zjednoczonych trafił do kin w mocno okrojonej wersji. Do dzisiaj jest to tytuł, który uchodzi za najbardziej kontrowersyjny w twórczości Włocha.

Inspirację do scenariusza Argento znalazł podczas pobytu w Ameryce, kiedy to stał się celem telefonicznych ataków coraz bardziej natarczywego i groźnego fana. To wydarzenie skłoniło reżysera do napisania historii o amerykańskim pisarzu krwawych kryminałów, Peterze Nealu, którego przyjazd do Rzymu w celu promocji nowej książki, Tenebrae, staje się impulsem dla psychopaty do serii morderstw inspirowanych powieścią. Na pierwszy rzut oka fabuła wydaje się czerpać kluczowe elementy z prekursorskiego giallo La Ragazza che sapeva troppo (1963) w reżyserii Maria Bavy, gdzie spędzająca urlop amerykańska turystka, miłośniczka książkowych kryminałów, staje się świadkiem zabójstwa. Jakby na potwierdzenie tego w jednej z ról Argento obsadził aktora z tamtego filmu, Johna Saxona (zmarły w zeszłym roku, podobnie jak inna gwiazda Ciemności, wieloletnia partnerka Argenta, Daria Nicolodi), tu grającego agenta głównego bohatera. Szybko jednak przekonujemy się, że podobieństwa są powierzchowne, i choć twórcę Suspirii interesuje relacja fikcji i rzeczywistości, nie jest ona podporządkowana książce Neala, której fabuły za dobrze nawet nie poznajemy. Czego się natomiast o niej dowiadujemy? Zdaniem pewnej krytyk oraz (co najciekawsze) dobrej znajomej autora Tenebrae jest seksistowska, a on sam najwyraźniej gardzi kobietami. Patrząc na zabite za pomocą brzytwy ofiary szaleńca, faktycznie ktoś mógłby podejrzewać, że i wyobraźnia pisarza jest maniakalna, skoro to wymyślił. Tym samym trudno nie traktować Ciemności w kategorii komentarza reżysera, którego twórczość jak żywo przypomina tę Neala.

Zarzuty o mizoginię towarzyszyły Argento od początku jego kariery, choć trudno o bardziej nienawistny w stosunku do kobiet gatunek niż giallo. Sadyzm jest niejako wpisany w charakter tej odmiany thrillera, ofiarami są zarówno kobiety, jak i mężczyźni, ale to płeć piękna (gdzie słowo „piękna” jest kluczowe) narażona jest na większą agonię i celebrowaną przez włoskich twórców brutalność. Argento nie był pierwszy – wystarczy przypomnieć sobie Sześć kobiet dla zabójcy (1964) wspomnianego już Bavy, gdzie zamaskowany morderca za cel obrał sobie grupkę modelek, czyniąc z kryminalnej opowieści nihilistyczny wybieg – choć to właśnie twórca Głębokiej czerwieni wydawał się uczynić giallo bardziej gwałtowne i graficzne. Przemoc jest u niego fetyszyzowana, mordy ukazane często z perspektywy sprawcy, a kiedy widzimy ręce tegoż, prawie zawsze są to ręce samego Argenta. Zważywszy zaś, że kobiety w jego filmach są nie tylko ofiarami, ale i nierzadko okazują się katami (i tak źle kończą), można wysnuć wnioski, jakoby Włoch nie bez powodu znęcał się na ekranie nad płcią przeciwną.

Powrót reżysera do giallo stał się okazją, aby zadać samemu sobie pytanie o to, skąd bierze się u twórcy horrorów zamiłowanie do brutalności i sadystyczna wręcz przyjemność pozbawiania życia w najbardziej krwawej manierze. Być może znikąd, a przynajmniej nie ma to żadnego związku z charakterem autora. Patrząc na Petera Neala, sympatycznego 50-latka z klasą (nawet gdy jedzie na rowerze w dresie), trudno odnieść wrażenie, aby jego wyobraźnia tworzyła obrazy, od których włos jeży się na głowie. Łatwo go natomiast polubić i utożsamić się z nim – nie jest bohaterem, śledztwo zostawia policji (do czasu), a jego reakcje na zdjęcie ofiary bądź telefony od szaleńca świadczą o niechęci do prawdziwej przemocy. Znakomicie go grający Anthony Franciosa wyposaża Neala w typowo amerykańską otwartość i dobroduszność, spod których gdzieniegdzie przebija znajomość zła. Jest to najbardziej ewidentne w scenie, w której po raz pierwszy spotyka mordercę, wcale tego jeszcze nie wiedząc. Przeczuwa to jednak, wykazuje zainteresowanie, a może i pewną bliskość, jakby Argento sugerował, że na jakimś poziomie ten, który pisze o zbrodniach, rozpozna tego, który wciela swe chore fantazje w życie.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA