Publicystyka filmowa
KRYTYCZNA DECYZJA. Snake Plissken, Czarna Jagoda i martwy Ryback
W KRYTYCZNEJ DECYZJI Steven Seagal zaskakuje śmiercią, a z nim Kurt Russell i Halle Berry w emocjonującej, pełnej zwrotów akcji opowieści.
Steven Seagal. Kult tego aktora przypada na lata 80. i 90., a więc czasy boomu video. Jak prawi legenda, na początku schyłku tego boomu Stefek zdecydował się na przełom w swojej karierze – postanowił, że w kolejnym swoim filmie niespodziewanie… zginie. I rzeczywiście – już po nieco ponad pół godzinie projekcji tłumy w kinach tłumnie przecierały oczy ze zdziwienia po tym, jak nasz dzielny heros bohatersko poświęcił swe życie dla Kurta Russella i spółki (którzy z kolei musieli dopełnić ważnej misji).
To nie do końca spoiler, bo motyw ten szybko stał się znany jeszcze przed premierą w 1996 roku – i to nawet wśród osób, które filmu na oczy nie widziały. Zresztą także i dziś wszyscy pamiętają Krytyczną decyzję głównie dzięki tej scenie. Kurt Russell? Halle Berry? Herkules Poirot zabijający niewiernych? Eee… ale wiesz, że tam ginie Seagal? Tak właśnie rodzą się legendy.
Oczywiście to jedynie po części prawda, bowiem na planie debiutu reżyserskiego Stuarta Bairda – na co dzień uznanego montażysty m.in. dwóch Zabójczych broni i Ostatniego skauta – przekonać senseia, aby ten dał się killim, nie było łatwo. Pierwotnie scena ta miała się zresztą różnić od finalnej i Seagalowski podpułkownik Austin Travis miał zginąć strasznym przypadkiem. Gotowi? Otóż na skutek dekompresji miała… wybuchnąć mu głowa.
Tak jest, dobrze przeczytaliście! Steven Seagal miał zrobić swoją własną, solową wersję Skanerów! Osobiście wyczuwałbym po czymś takim przynajmniej nominację do Oscara (że o Noblu nie wspomnę). Z taką gwiazdą, jak i z Ameryką, się jednak nie negocjuje, więc całość stosownie przepisano i teraz Seagal ginie w słusznej sprawie oraz z czystej dobroci swojego dużego serca, na skutek tejże dekompresji… wylatując z samolotu. Bez spadochronu. Laurów za to osiągnięcie niestety nie doczekał się (nie licząc nominacji do Złotej Maliny). Lecz film jedynie na tym zyskał. Ale po kolei…
Tuż po ważkim przewrocie na Bliskim Wschodzie algierscy „bojownicy o wolność” przejmują kontrolę nad samolotem pasażerskim fikcyjnej linii lotniczej Oceanic (pełnym pasażerów, żeby nie było) i kierują go na jak najbardziej prawdziwy Waszyngton (pełny niczego nieświadomych Amerykanów, turystów i nielegalnych emigrantów). Grube szychy w garniturkach oraz sztab generałów musi zatem podjąć tytułowe Executive Decision (czyli mniej fajniej brzmiącą po polsku decyzję wykonawczą). Wysyłają więc naprędce skleconą z Kurta Russella, kozaka Seagala i jego ludzi oraz ciapowatego Olivera Platta drużynę, która cichaczem ma usunąć wszelkie zagrożenie przy minimalnych stratach.
.. Tyle, jeśli idzie o fabułę, w której pojawia się jeszcze super-duper maszyna latająco-dokująca, śmiertelnie niebezpieczny gaz (jakżeby inaczej!) oraz była dziewczyna skauta – wspomniana panna Jagódka.
Mimo unoszącej się nad tym dziełem dość sztampowej otoczki (terroryści, samolot i walka z czasem? Nuuuudy!) daleko mu do kolejnego banalnego i przewidywalnego akcyjniaka, jakie nie tylko w tamtym okresie notorycznie zalewały rynek (wystarczy wspomnieć chociażby Oddział Delta, Pasażera 57, Air Force One czy Turbulencję). Skrypt duetu Jim i John Thomas – mającego na swoim koncie słynnego Predatora – pełen jest mniejszych lub większych wolt, które pozwalają bez problemu wsiąknąć w tę nieco ponad dwugodzinną intrygę, bez utraty zainteresowania na choćby chwilę. Zresztą już sam fakt, iż głównym złym jest tutaj Nagi Hassan w interpretacji uwielbianego przez fanów brytyjskich kryminałów Davida Sucheta, jest wystarczająco atrakcyjną niespodzianką.
Co więcej, w miarę wszystko trzyma się tutaj kupy i lekkie zawieszenie niewiary, jakie odgórnie towarzyszy przecież temu typu produkcjom, nie oznacza od razu spadku inteligencji u oglądającego oraz notorycznego klepania się w czoło. Szczególnie gdy spojrzymy na film z perspektywy późniejszych zamachów na World Trade Center, od jakich w danej chwili dzieliło niewinne społeczeństwo tylko i aż pięć lat… Na swój sposób jest to zatem taki radosny prekursor smutnych wydarzeń (podobnie jak szturmująca wtedy księgarnie książka Toma Clancy’ego Dług honorowy, kontynuacja której nosi w oryginale nazwę.
.. Executive Orders). Ale z drugiej strony to po prostu – a raczej: przede wszystkim – naprawdę dobre, rozrywkowe kino sensacyjne. I to takie, w którym poszczególne sceny to realizacyjne, trzymające na krawędzi (niekoniecznie samolotowego) fotela perełki, nadające się do wielokrotnego smakowania również w oderwaniu od szerszego kontekstu.
Jak na bombastyczny projekt przystało, nie bez znaczenia pozostaje strona techniczna produkcji. Swoje robi oczywiście montaż, którego Baird doglądał osobiście wraz z aż czterema innymi fachowcami (!!!). Długość fabuły nie odbija się więc na ogólnej dynamice narracji, a całość w obiektywie Alexa Thomsona (Excalibur, Na krawędzi, Obcy 3) ogląda się wprost wybornie, mimo iż zdjęcia są tu jedynie wprawnym rzemiosłem.
Podobnie zresztą muzyka Jerry’ego Goldsmitha nie wychodzi ponad pewien solidny standard – acz trzeba przyznać, że sam motyw główny to automatycznie wbijające się w podświadomość arcydzieło prostoty. Dosadne, drapieżno-militarne nuty są na tyle charakterystyczne i podniosłe, że za każdym razem, gdy rozbrzmiewają w tle (a co zdarza się bardzo często), klimat ogólnej zajebistości sam pnie się w górę niczym porwany Boeing 747.
Śmietanką na truskawce tego latającego tortu jest obsada, wśród której znajdziemy wiele znajomych nam twarzy jankeskiej fabryki snów. W samej ekipie komandosów Travisa obecni są John Leguizamo (Szklana pułapka 2, Życie Carlita), Joe Morton (Speed, Terminator 2), Whip Hubley (Top Gun, basenowa ofiara Sil z Gatunku) i BD Wong (pamiętny doktor Wu ze świata Parku Jurajskiego). Poza nimi wypatrzymy również Andreasa Katsulasa, czyli jednorękiego ze Ściganego, Charlesa Hallahana (Norris z Coś), Paula Bollena (Szklana pułapka 2, Zabójcza broń 4, Człowiek demolka czy Obsesja namiętności, też z Kurtem) oraz poczciwego Lena Cariou, a więc jednego z wielu etatowych Hollywoodzkich polityków/wojskowych.
Nie należy zapominać także o nieodżałowanych mistrzach drugiego planu: Mary Ellen Trainor – prywatnie żonie Roberta Zemeckisa, znanej z wyrazistych, epizodycznych ról pani psycholog z Zabójczej broni i trzech kontynuacji, sekretarki z Action Jackson i reporterki w Szklanej pułapce; oraz jak zawsze negatywnie obsadzonym J.
T. Walshu, dla którego był to jeden z czterech filmów nagranych wespół z Russellem (pozostałymi są: Tequila Sunrise, Ognisty podmuch i Incydent) i zarazem jedyny, w którym nie mają oni żadnych wspólnych scen, choć paradoksalnie znajdują się w tym samym miejscu. Wprawne oko dostrzeże także będącego na początku swojej drogi Jona Huertasa (serial Castle), który w napisach figuruje pod uroczą nazwą „terrorysta Sammy”, oraz słodką Marlę Maples – modelkę i ówczesną żonę… Donalda Trumpa (ciekawym, czy tytuł ten figuruje w obecnych zbiorach Białego Domu).
Trzeba przyznać, że taki skład po latach robi wrażenie, nawet jeśli tylko na nerdach i jest oparte przede wszystkim na nostalgii (aczkolwiek castingowi i aktorstwu trudno tu coś zarzucić). A podobne smaczki – jak na przykład jeszcze ten, że Kurt gra tu awiacyjnego żółtodzioba, choć w rzeczywistości kultowy „Wąż” Plissken jest doświadczonym pilotem z kilkoma różnymi licencjami – sprawiają, że dla fanów tego typu filmów seans Krytycznej decyzji jest po prostu pozycją obowiązkową, na której poczuć można się jak w domu.
Znamienny oraz nieco ironiczny jest fakt, iż dziecko prawdziwego weterana gatunku, Joela Silvera i studia Warner Bros., było efektem transakcji z konkurencyjnym Paramountem, które odsprzedało scenariusz w zamian za… Forresta Gumpa, przechodzącego w owej chwili produkcyjne perturbacje. I chociaż nie da się logicznie porównać do siebie jakości tych tytułów, to ostatecznie obydwie wytwórnie wyszły na swoje. Executive Decision nie doczekało się, rzecz jasna, podobnego uznania co film Zemeckisa, ale też było hitem sezonu. Bez problemu aż czterokrotnie zwróciło swój „skromny”, liczący pięćdziesiąt pięć milionów budżet i niejako bocznym wejściem (bo przez rynek DVD) weszło do klasyki gatunku.
Jak wiele podobnych produkcji swoich czasów, wraz z nadejściem nowego milenium Krytyczna decyzja padła ofiarą całkowitego braku zrozumienia i przestała być już tylko niewinną rozrywką dla mas. Chyba jednak żaden inny film akcji nie ucierpiał tak mocno w starciu z rzeczywistością po zamachach 9/11, jak właśnie ten – i to bynajmniej nie w kwestii kategorii R (notabene zbyt surowej względem materiału). Z czasem kinowy oryginał został dosłownie ocenzurowany w imię politycznej poprawności i teraz nie zobaczymy już w rękach terrorystów Koranu ani odprawianych przez nich modłów do Allaha.
Ba! W zależności od tego, czy oglądamy film w telewizji, czy też wersję przeznaczoną na domowe nośniki, religia oraz pochodzenie porywaczy zostały stosownie ukryte nie tylko w obrazie, ale i w dźwięku poprzez zdubbingowanie „niewygodnych” słów. Bezkrytycznie głupia, godna pożałowania decyzja…
korekta: Kornelia Farynowska
