Connect with us

Publicystyka filmowa

CLOWNTERGEIST i CIRCUS KANE. Pierwsi naśladowcy „Tego”

CLOWNTERGEIST i CIRCUS KANE to przerażające klaunowe horrory, które nawiązują do sukcesu kultowego „To”. Sprawdź, jak naśladowcy kreują strach!

Published

on

Podobnie jak To z 1990 roku wywołało lawinę horrorów z klaunami o wyjątkowo zabójczym poczuciu humoru, tak i wersja wyreżyserowana przez Andrésa Muschiettiego spotkała się z odzewem kolejnych filmowców czy może nawet bardziej marketingowców.

Advertisement

Gwoli ścisłości, To z Timem Currym w roli tytułowej nie było pierwszym koulrofobicznym przedsięwzięciem w historii filmu. W latach 80. na polskich rynkach często można było napotkać pirackie taśmy z cudeńkami typu Dom klownów albo Mordercze klowny z kosmosu, niemniej stanowiły one rozrywkę przeznaczoną dla wąskiego grona widzów, a w dodatku jej głównym składnikiem była komedia, a dopiero na drugim miejscu znajdował się horror. Adaptacja knigi Stephena Kinga rozdała karty na nowo, podobnie jak przed kilkoma dniami uczynił to Muschietti.

Oczywiście rewolucji gatunkowej nigdy więcej nie będzie, bo widzieliśmy już wszystko, ale nowe To zawstydza dwudziestopierwszowieczną konkurencję z głównego nurtu kina grozy, nic więc dziwnego, że znaleźli się tacy, którzy chcieli uszczknąć odrobinę sukcesu dla siebie.

Advertisement

Clowntergeist – tytuł mówi sam za siebie. Twórcy wpadli na najmniej oryginalny pomysł stworzenia „oryginalnego” filmu, na jaki tylko można było wpaść, i połączyli dwie mocno wyświechtane, pozornie niemożliwe do połączenia historie w absurdalną całość. Mamy więc z jednej strony kolorowego mordercę ze wszystkimi jego standardowymi atrybutami (budżet na czerwone baloniki prawdopodobnie przewyższył budżet na obsadę aktorską), z drugiej ducha czekającego na zmierzch, aby zaserwować kilka przewidywalnych jump scare’ów.

Początek jest całkiem przyzwoity. Spłoszona kobieta błąka się po ciemnym mieszkaniu; muzyka sugeruje, że powinniśmy odczuwać narastające napięcie, więc można przymknąć oko na aktorską nieporadność i uwierzyć w czyhający w ciemnym kącie terror i wtem zjawia się on – nieruchomo stojący klaun. Wasza pierwsza myśl? Ktoś tu ma dziwaczne poczucie estetyki i postawił udekorować salon naturalnych rozmiarów rzeźbą przedstawiającą cyrkowego świra… Nie? No cóż, tak właśnie pomyślała pierwsza z ofiar „klaunoducha”, a rychła weryfikacja nie była dla niej zbyt przyjemna. Tandetne do bólu, ale zjadliwe, o ile sięgacie po kino klasy Z z właściwych pobudek, czyli oczekując kiczu na poziomie wymuszającym uderzenie otwartą dłonią o czoło.

Advertisement

Wyraźnie jednak czuć, że za Aaronem Mirtesem nie stoi chęć szybkiego zarobku i żerowania na tych, którzy pod wpływem Tego będą chcieli sięgnąć po jeszcze jeden obraz z klaunem zabójcą w roli głównej. Mirtes ma dużo pasji, próbuje wycisnąć z drewnianych aktorów choćby krztę charyzmy, wykorzystał w filmie miejską legendę znaną jako The Licked Hand i wyraźnie stara się zrobić na widzu dobre wrażenie. Większą inspiracją jest dla niego prawdopodobnie James Wan niż John Carpenter czy Wes Craven, więc wiele gatunkowych klisz zostaje powielonych intencjonalnie, ale niestety bez odpowiedniego dystansu, który pozwoliłby przymrużyć oko w najbardziej przewidywalnych momentach.

Szczególnie udana jest końcówka, gdzie jedna z bohaterek zostaje zmuszona do obrzydliwego czynu z pogranicza filmu gore. Świetna, niepokojąca ścieżka dźwiękowa i dziwaczne dźwięki wydawane przez czarny charakter wreszcie przykuwają pełną uwagę, ale skrajnie niski budżet nie pozwala uchwycić grozy w satysfakcjonującym stopniu. Debiut Aarona Mirtesa jest co najwyżej zjadliwy, ale on sam przedstawił się jako sprawny pasjonat, który przy użyciu lepszych narzędzi być może kiedyś stworzy znacznie ciekawszy, choć niewątpliwe raczej komercyjny niż arthouse’owy horror. Scenariusze do Baby Jagi albo Bye Bye Mana w jego rękach mogłyby przemienić się w znacznie bardziej emocjonujące opowieści.

Advertisement

Christopher Ray, autor drugiego premierowego koszmaru coraz gorzej zarabiających cyrkowców, ma bez porównania większe doświadczenie, które zbierał, przede wszystkim współpracując z niesławnym studiem The Asylum. Dla nich stworzył między innymi mockbuster Thor wszechmogący, Dwugłowy oraz Trójgłowy rekin atakuje czy Mercenaries – żeńską wersję Niezniszczalnych z Brigitte Nielsen oraz Cynthią Rothrock w obsadzie. Jego najnowsze przedsięwzięcie zrealizowano poza znienawidzonym przez Hollywood studiem i wyraźnie da się to odczuć.

Nie znam powodów rozstania Raya z The Asylum, ale można podejrzewać, że poszło o ambicje, bo chociaż Circus Kane jest niewątpliwie „złym filmem”, to ogląda się go zdecydowanie lepiej niż nastawione na szybki zarobek mockbustery. Mamy tu trochę przemocy rodem z Czarownika z Gore albo 31, trochę horrorowej samoświadomości w stylu Krzyku i sporo brutalnego reality show przypominającego Kolobos, Scare Campaign czy nawet Halloween: Powrót (ten, gdzie Busta Rhymes pokonuje Michaela Myersa ciosem „karate”).

Advertisement

Scenariusz jest co najwyżej średni, po raz kolejny mamy do czynienia ze zlepkiem doskonale znanych klisz i ponownie jest to połączenie, na które można przymknąć oko, tym bardziej że rekompensują je bardzo przyzwoite, sprawiające dużą satysfakcję sceny uśmiercania kolejnych postaci. Bezdyskusyjnie właśnie w tym tkwi największa siła Circus Kane.

Syn Freda Olena Raya – żywej legendy kina klasy Z, twórcy między innymi Hollywoodzkich dziwek uzbrojonych w piły łańcuchowe czy Śmierci z kosmosu – zadbał o przekonującą charakteryzację, przyzwoite efekty specjalne i dialogi, które nie przeszkadzają akcji. Podejrzewam nawet, że niedzielny odbiorca horrorów momentami może odczuć strach lub przynajmniej niepokój, ale do pełni szczęścia brakuje właściwego tempa. Tytułowy Balthazar Kane to wystarczająco charyzmatyczna postać, aby oczekiwać jego powrotu, tylko dlaczego musi oddawać się aż tak długim monologom, zanim przystąpi do dzieła? Odpowiedź jest oczywista – jakoś trzeba dociągnąć do pełnego metrażu, a pomysły zmieściły się na kilku stronach scenariusza.

Advertisement

Obydwa nowe horrory celujące w słabość koulrofobów są ciekawsze, niż można było się spodziewać po marketingu żerującym na popularności To. W obydwu wyraźnie czuć pasję i szczerą miłość do kina grozy, ale braki budżetowe nie pozwoliły ich twórcom wydobyć pełnego potencjału. Stąd ujednolicona, średnia ocena i stanowcze zalecenie, aby zarówno po Clowntergeist, jak i Circus Kane sięgali wyłącznie pasjonaci „złego” filmu, świadomi immanentnych dla tej konwencji wad. Nie będą to może najlepiej zagospodarowane trzy godziny życia, ale jako terapia relaksacyjna po ciężkim dniu pracy sprawdzą się idealnie.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

https://youtu.be/pPEZ6YbqbxQ

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *