search
REKLAMA
Zestawienie

ANTYWESTERN. Nietypowe opowieści o Dzikim Zachodzie

Radosław Dąbrowski

28 kwietnia 2018

REKLAMA

Dwa oblicza zemsty (1961) reż. Marlon Brando

Znakomite kino zemsty w reżyserii wybitnego aktora. Marlon Brando zagrał także jedną z dwóch głównych ról tego utworu, wcielając się w Rio. Ponownie trudno mówić o podziale na dobrych oraz złych. W centrum wydarzeń są tylko ci drudzy. Teoretycznie można kibicować Rio, który dąży do zemszczenia się na Logworcie (w tej roli równie kapitalny Karl Malden), ale już na samym wstępie filmu Brando wskazuje na mroczną przeszłość swojego bohatera ucieka on bowiem z więzienia. Amoralność duetu postaci, wiele nadmorskich krajobrazów, jak i wyraźne odejście od westernowej idei mitologizacji oraz budowania historii narodzin Ameryki. To w gruncie rzeczy uniwersalna opowieść, która swoją problematyką wykracza poza szaleńcze czasy Dzikiego Zachodu.

Na uwagę zasługuje także niespotykana dotąd drastyczność scen. Brando w wielu scenach zdał się na pokazanie okrucieństwa, nienotowanego dotąd na taką skalę w gatunku. To pod tym względem także niezwykle przełomowe, nadające westernowi nowe oblicze, filmowe dokonanie.

Butch Cassidy i Sundance Kid (1969) reż. George Roy Hill

Z dozą humoru opowieść, ale nie pozbawiona nostalgii za dawnym Dzikim Zachodem. Film ten, przynajmniej częściowo, można nazwać nawet kinem kontestacji, które rozkwitało właśnie w drugiej połowie lat 60. Nietypowym rozwiązaniem dla utworu Butch Cassidy i Sundance Kid jest oczywiście zaprezentowanie historycznych bandytów. Rabowanie banków, napadnie na pociągi, akty przemocy zostały pokazane z ich punktu widzenia jako forma rozrywki i w efekcie zbrodniczą działalność przeobrażono w doskonałą zabawę. Czy widz bawi się razem z duetem antybohaterów? Nawet jeżeli zachowa dystans wobec oglądanych popisów Cassidy’ego oraz Kida, to i tak trudno uciec przed urokiem brawurowo odtwarzających te role Paula Newmana oraz Roberta Redforda. Na uwagę zasługują także kwestie techniczne, np. nasycenie obrazu sepią. Ponadto siłą dzieła Hilla jest zakończenie. Cóż za świadomość tego, co w kinie należy pokazać, a w którym momencie urwać historię i pozostawić pole dla wyobraźni widza. Poza tym w historii świetnie zawarto element fatalizmu, nieuchronność przeznaczenia, co także należy postrzegać jako nowy motyw, wyrażający depresję duchową, jaką przeżywało pokolenie młodych Amerykanów w latach 60.

Strzały o zmierzchu (1962) reż. Sam Peckinpah

Nietypowym rozwiązaniem w filmie Sama Peckinpaha jest ukazanie dwóch głównych bohaterów, Steve’a Judda oraz Gila Westruma, jako schodzących już ze sceny, będących w zaawansowanym wieku rewolwerowców. Ich czasy minęły, mają problemy z dosiadaniem koni, precyzja w uderzeniu z broni także bywa zawodna, a czytanie książki nie odbywa się bez okularów. W tercecie protagonistów jest jeden młody mężczyzna Heck, ale ze swoim najmniejszym doświadczeniem, nie w pełni dojrzałą emocjonalnością oraz mającym nieco inne poglądy na pewne sprawy (wątek z Elsą i dylemat, czy przyłączyć kobietę do podróżującego zespołu), swoją obecnością tylko potęguje poczucie kontrastu pomiędzy wiekowymi kowbojami a nowym pokoleniem. Ponadto w filmie Peckinpaha, przynajmniej okresowo, dochodzi do zakwestionowania uczuć przyjaźni i solidarności. Nie jest to western obrazujący najbardziej trwałe związki w każdej przygodzie i więcej takiej lekcji nie będzie. Bohaterowie Strzał o zmierzchu bowiem wyżej od przyjaźni cenią pieniądze.

Do motywu dwóch starych przyjaciół, którzy znajdują się w sytuacji, jaka poddaje próbie ich lojalność oraz przywiązanie, Peckinpah powrócił zaledwie trzy lata później w filmie Major Dundee.

Mały Wielki Człowiek (1970) reż. Arthur Penn

Protagonista Jack Crabb (w tej roli Dustin Hoffman) pełni rolę pośrednika pomiędzy dwiema kulturami: anglosaską oraz indiańską. Jest jednak stronniczy i uczuciowo bliżej mu do tej drugiej. W filmie bohater przyznaje, że białoskórzy mieli nad Indianami taką przewagą w potencjale militarnym (broń palna przeciwko strzałom z łuku), że dziwi się, iż Amerykanie mogą być dumni ze swoich historycznych osiągnięć. Już w pierwszej scenie Penn ukazał Indian jako tych, którzy nie kierują się skłonnością do nieograniczonej przemocy i potrafią ocalić najmłodszych przedstawicieli społeczności, która ich na co dzień morduje. Reżyser filmu demonstruje wartości indiańskiej wspólnoty, trwałość związków rodzinnych, szczerość, szacunek dla innych… Nie brakuje w tym dziele momentami nieco irytującego, nachalnego podłoża propagandowego, albowiem przesadna gloryfikacja drugiej, poszkodowanej dotąd, strony również niczemu dobremu nie służy. Niemniej Penn ujawnia własny kraj jako uosobienie zła i nie buduje mitu, lecz z niezwykle krytycznym podejściem pokazuje powstanie Ameryki jako pasmo bestialskich zbrodni, kwestionuje moralność żołnierzy walczących na Dzikim Zachodzie i bezkompromisowo kręci potyczki m.in. nad Washita River oraz Little Bighorn.

Ponadto Penn dekonstruuje wizerunek autentycznych postaci. Bill Hickok kończy swój udział w Małym Wielkim Człowieku w sposób niespodziewany i w efekcie obdarty zostaje ze swojej legendy. Biorąc pod uwagę okoliczności śmierci, Hickok został wręcz ośmieszony przez małego, zapłakanego chłopaka, który zastosował prosty środek i pozbawił życia jednego z największych morderców na Dzikim Zachodzie. Inna sprawa, że w filmie Penn ukazał Hickoka jako człowieka mającego utopijne spojrzenie na świat i wędrującego pomiędzy barem, gdzie się upijał, a domem publicznym, by zaspokoić seksualne potrzeby. To człowiek, który może budzić szacunek ze względu na przeszłość, ale w stanie obecnym jest żadnym przeciwnikiem.

Nie inaczej w przypadku generała George’a Armstronga Custera, który u Penna z krwawego pogromcy Indian oraz wybitnego dowódcy, stał się postacią niesławną, momentami wręcz karykaturalną. Taka destrukcja postaci przywodzi na myśl np. film Buffalo Bill i Indianie (1976), gdzie Robert Altman w podobny sposób obrał legendarną postać i ją wręcz skompromitował. Tytułowy bohater jawi się jako podstarzały człowiek, będący już na emeryturze, który zajmuje się cyrkiem. Altman ironizuje na temat postaci i kwestionuje powody, dla których Bill zapracował na wielką sławę.

REKLAMA