search
REKLAMA
Action Collection

ACTION COLLECTION #1. Wstęp do cyklu i SPEED 2

Tekst gościnny

22 września 2017

REKLAMA

Nie popisali się także aktorzy, na barkach których spoczywa przecież emocjonalny ciężar uwiarygodnienia historii. Sandra Bullock była w pierwszej części uroczą i sympatyczną dziewczyną z sąsiedztwa, aktywnie uczestniczącą w ważnych dla rozwoju fabuły zdarzeniach. Nic więc dziwnego, że zabujali się w niej Keanu Reeves (przynajmniej w filmie) i widzowie. Tymczasem w Speed 2 wygląda co prawda seksownie w bikini, jednak irytuje przesadnym słowotokiem, wrzeszczy, a na ekranie – oprócz tego, że była wtedy największą gwiazdą w obsadzie i jej nazwisko pojawia się w napisach jako pierwsze – jest tylko po to, by miał ją ktoś ratować z opresji. Partnerujący Bullock Jason Patric okazuje się najbardziej sympatyczną postacią: odważny, szlachetny, obdarza Alexa szczyptą romantyzmu, jest przeciwieństwem żywiołowego i narwanego ryzykanta, Jacka Travena z jedynki.6 Twórcy próbowali nadać mu odrobinę głębi poprzez wprowadzenie postaci Drew (Christine Firkins), głuchoniemej dziewczynki (okazuje się, że Alex zna język migowy i bohatersko śpieszy jej na pomoc). Tylko co z tego, skoro ów wątek prowadzi donikąd i spowalnia akcję.

Jest i w końcu czarny charakter, grany przez specjalistę od tego typu ról, Willema Dafoe. W żadnym wypadku nie może się on równać z ekscentrycznym występem Dennisa Hoppera. Scenarzyści wprawdzie zmienili motywację Geigera względem poprzednika: zamiast pobudek czysto finansowych, kieruje nim chęć odwetu na byłym pracodawcy, ale na tym ich inwencja się kończy. Może z wyjątkiem leczniczych pijawek, jakby miały mu one przydać więcej szaleństwa, oraz wymyślnych gadżetów, wypełnionych ładunkami wybuchowymi (prym wiodą akcesoria do gry w golfa)7. Żadnych zapadających w pamięć tekstów, słownych utarczek z protagonistą, dosłownie nic. Nie mający oparcia w solidnym materiale Dafoe prezentuje wyłącznie demoniczny uśmiech i jest wyraźnie znużony rolą.

Zabrakło także wyrazistego drugiego planu. W jedynce Jeff Daniels znakomicie uzupełniał brawurowe wyczyny Keanu Reevesa, kontrując jego kaskaderskie popisy stoicką postawą. Idealny partner do policyjnej roboty. Kogoś takiego tutaj nie uświadczymy. Na chwilę pojawia się Joe Morton jako kapitan McMahon, surowy, acz sprawiedliwy przełożony Jacka i Alexa, dowodzący elitarną jednostką do zadań specjalnych. Występ Mortona nie wychodzi jednakże poza delikatne nawiązanie do pierwowzoru. Na podobnej zasadzie mrugania do widza pamiętającego pierwszą część, zostaje wykorzystana postać grana przez Glenna Plummera – w 1994 roku był wyszczekanym właścicielem Jaguara i to dzięki niemu Jack dostaje się do pędzącego autobusu. W 1997 roku jego wakacyjny wypoczynek burzy statek, niszczący molo i pół portu. Zaś pasażerowie i załoga luksusowego liniowca8, losami których widz powinien się przejmować choćby w minimalnym stopniu, służą za mało ciekawe tło, aby tylko zaludnić pokład i wypełnić czymś kadr. Zmarnowany potencjał.

Żeby nie było, że de Bontowi kompletnie nic nie wyszło w Wyścigu z czasem. Kilka rzeczy odznacza się wysokim poziomem filmowego rzemiosła, a jedna z nich przewyższa nawet oryginał. I gdyby reszta z najważniejszych składowych filmu mogła się poszczycić równie solidnym wykonaniem, można byłoby mówić o sukcesie. Ale po kolei.

Początek jest wielce obiecujący. Podobać się może karta tytułowa filmu, wykorzystująca krój czcionki, znany do tej pory jedynie z materiałów promocyjnych (np. plakatów) pierwszej części: lekko pochylone duże czerwone napisy na tle asfaltowej drogi (0,5 punktu). Po krótkiej czołówce błyskawicznie następuje scena akcji: motocyklowy pościg Alexa za ciężarówką z trefnym towarem. Nie jest to ta sama klasa co prolog z windą w oryginale, ale ma wystarczająco dużo energii, by uznać go za bardzo udane wprowadzenie (0,5 punktu). Wreszcie wielce widowiskowy finał, którego główną atrakcją są statek wycieczkowy i zniszczenia, jakich dokonuje. Widać, że w jego realizację włożono dużo wysiłku, imponuje skalą i złożonością poszczególnych segmentów, tworzących zwartą konstrukcję (1 punkt).

Jan de Bont, z racji pierwotnie wykonywanego zawodu, zawsze wielką wagę przykładał do starannej oprawy wizualnej projektów, nad którymi pracował. Naszego rodaka, cenionego w branży Andrzeja Bartkowiaka, zastąpił nie mniej utalentowany i poważany Jack N. Green (Twister, filmy Clinta Eastwooda, w tym Bez przebaczenia – nominacja do Oscara). Szorstkie, niemalże paradokumentalne zdjęcia ze Speed ustąpiły miejsca lekko stylizowanym kadrom, o wysoko nasyconych, żywych, pastelowych barwach. Zmiana scenerii z miejskiego zgiełku Los Angeles na malownicze okolice Wysp Karaibskich wymusiła takie właśnie podejście do zobrazowania zmagań zakochanej pary z szalonym terrorystą. Kamera umieszczona w centrum akcji z bliska śledzi wydarzenia, a kiedy zachodzi taka potrzeba, delektuje się pięknem statku, często ogarniając swym zasięgiem błękitne wody wokół Wyspy św. Marcina (1 punkt).

Największą zaś zaletą Speed 2 jest muzyka Marka Manciny. Do jedynki napisał główny temat, którego nie sposób zapomnieć, bo oparty został na melodii łatwo wpadającej w ucho, dodatkowo wybrzmiewał w pełnej krasie podczas długich napisów początkowych. Ów temat, heroiczny zresztą, pojawia się i w dwójce, odpowiednio przearanżowany, jeszcze bardziej podrasowany. Wpierw jednak fanfary studia 20th Century Fox, autorstwa Alfreda Newmana, płynnie przechodzą w motyw Manciny, a dalej następuje już pełnokrwista muzyka akcji. Na niej zasadza się właściwie cały score, który w żadnym wypadku nie nuży, a dostarcza sporo satysfakcji i frajdy z odsłuchu. Blisko 100-osobowa orkiestra daje z siebie wszystko, dając porywający popis możliwości, zwłaszcza w momentach, kiedy do głosu dochodzą instrumenty perkusyjne o tak kapitalnej rytmice, że ręce same składają się do oklasków.

Dla przeciwwagi kompozytor wprowadził chwytliwy temat miłosny dla Annie i Alexa, zabarwiony karaibską nutą. Samego underscore’u nie ma zbyt wiele, a towarzyszy on głównie knowaniom Geigera. Na oficjalne wydanie muzyki czysto ilustracyjnej przyszło poczekać fanom do 2010 roku, gdy wytwórnia fonograficzna La-La Land Records wypuściła limitowany do 3000 sztuk nakład, obecnie niestety już wyprzedany. Jeśli jest jakiś powód, dla którego Speed 2 powstał, to jest nim właśnie muzyka Marka Manciny: niezwykle dynamiczna, przebojowa, znakomicie sprawdzająca się w oderwaniu od filmowego kontekstu. Warto poświęcić jej 70 minut (2 punkty).

Każdemu z wyżej wymienionych pozytywów Speed 2 została przypisana cząstkowa ocena, które po zsumowaniu dają finalną notę pięciu punktów na dziesięć możliwych.

Wpływy ze światowej dystrybucji ledwie o pięć milionów dolarów przekroczyły gargantuiczny budżet (przypomnijmy: 160 milionów). Nie pomogło obniżenie kategorii wiekowej z R na bardziej przyjazną dla młodszej publiczności PG-13. Z reguły obrazy realizowane z wodą jako głównym żywiołem nastręczają wielu problemów, nakłady finansowe szybko rosną, zdjęcia przeciągają się w nieskończoność, a potem zazwyczaj okazuje się, że film nie był wart włożonej weń pracy i ponosi w kinach sromotną klęskę. De Bont nie jest tu wyjątkiem, z tym że poniósł porażkę tak dotkliwą, iż w efekcie nigdy się już po niej nie podniósł i nie powrócił do dawnej chwały odnowiciela skostniałego gatunku.

Niech za gorzką puentę niniejszego tekstu posłużą słowa znanego krytyka filmowego i dziennikarza, Krzysztofa Kłopotowskiego: Z tamtym projektem [tzn. „Speed” – przypis od autora] Jan De Bont nosił się przez 10 lat, mając czas na doszlifowanie szczegółów i nadanie fabule krystalicznej prostoty. Jego nowe dzieło powstało stosunkowo szybko na fali sukcesu pierwszego i stwarza wrażenie pospiesznie sklejonej składanki, niechlujnego pretekstu fabularnego dla popisów prawdziwego bohatera, tornada.9 [Wystarczy zamienić ostatnie słowo (tornado) innym (statek) i otrzymujemy konkluzję, która jak ulał pasuje do Wyścigu z czasem.] I dalej w tym samym artykule: Jan De Bont, który w „Speed” przedstawił się jako artysta kina akcji, przyjął reguły gry Hollywood, czyli szybkiej pogoni za kasą. Właśnie robi zdjęcia do „Speed 2”. Zaprawdę, przy wielkiej szybkości łatwo się wykoleić.10 Komentarz raczej zbędny.

[Ocena: 5/10]

Bibliografia i przypisy:

1FILM, nr 12/1995, str. 137.

2 – Cytat za czasopismem FILM, nr 9/1997, strona 35.

3Titanica wyprodukowały wspólnie dwa studia, dzieląc się prawami dystrybucyjnymi: Paramount w USA i Kanadzie, Fox w pozostałych krajach świata.

4 – Cytat za czasopismem FILM, nr 9/1997, strona 35.

5 – Cytat za czasopismem FILM, nr 7/1997, strona 101.

6 – Grający go Keanu Reeves, po nie najlepiej przyjętej Reakcji łańcuchowej (1996) Andrew Davisa, zrezygnował z występu w sequelu, ruszając w trasę koncertową z zespołem Dogstar. Natomiast w kinie, w tym samym roku co Speed 2, zagrał w Adwokacie diabła Taylora Hackforda – słusznie postąpił, bo trzeba przyznać, że z Charlize Theron tworzyli ładną ekranową parę.

7 – W pierwszej części Harry Temple (Jeff Daniels) trafnie charakteryzuje Howarda Payne’a (Dennis Hopper), który był może mniej wyrafinowany, jeśli idzie o wygląd swoich zabawek, ale diablo skuteczny: Ten facet nie ma żadnych zasad. Terroryści zakochują się w jednej bombie i pozostają jej wierni. Ten facet używa C-4, dynamitu, za każdym razem innych zapalników. A teraz jeszcze dorzuca ten zegarek. O takim opisie w dwójce, dotyczącym czarnego charakteru, możemy tylko pomarzyć.

8 – W Speed 2 wykorzystano autentyczny statek o nazwie Legenda, wypożyczony od linii Seabourne. Z oczywistych względów, do realizacji najbardziej skomplikowanych scen zbudowano dwie naturalnej wielkości repliki tego statku.

9FILM, nr 6/1996, str. 26. W latach 90. XX wieku, kiedy wielkie produkcje hollywoodzkie docierały do Polski nierzadko z kilkumiesięcznym opóźnieniem w stosunku do ich amerykańskiej premiery kinowej, w miesięczniku FILM w rubryce PREMIERY NOWOJORSKIE Krzysztof Kłopotowski przedstawiał czytelnikom najbardziej gorące tytuły danego sezonu. W czerwcowym numerze z 1996 roku pisał o Twisterze Jana De Bonta, który na polskie ekrany wszedł dopiero 20 września.

10 – Ibidem.

REKLAMA