Publicystyka filmowa
8 UDANYCH ADAPTACJI GIER WIDEO. Z konsoli i komputera na wielki ekran.
„8 UDANYCH ADAPTACJI GIER WIDEO to fascynująca podróż po filmowych ekranizacjach, które zaskakują i bawią, mimo panującej klątwy.”
Gdy na ekranach kin szaleje Rampage: Dzika furia, będąca luźną adaptacją słynnej gry arcade’owej z lat 80., jest to idealna okazja do pewnego podsumowania. Podsumowania filmów powstałych na bazie gier komputerowych.
Jak powszechnie wiadomo, nie cieszą się one uznaniem. W środowisku graczy mówi się nawet o swego rodzaju klątwie ekranizacji gier, gdyż każdy kolejny film przejawiający związek z grą komputerową albo nie notuje zawrotnych zysków z kin, albo nie zadowala krytyków – lub po prostu spełnia jeden i drugi warunek jednocześnie.
O tym, dlaczego tak się dzieje, pisałem kiedyś w felietonie. Wbrew występującym podobieństwom film i gra to media komplementarne względem siebie, ale też bardzo się od siebie różniące. Gdy jedno zachęca do biernego eskapizmu, drugie zaprasza do żywego uczestnictwa. Gdy więc to drugie wrażenie otrzymujemy najpierw, często jego filmowa wariacja staje się wtórna względem oryginału, dostarczając wtórnych względem niego emocji.
Ale nawet jeśli notorycznie filmowcy zaliczają w tej materii wtopy, nie rozumiejąc potrzeb graczy (chcących od filmowej ekranizacji często nie tyle rozwinięcia wątków i możliwości uwidocznionych w „wirtualu”, ile po prostu zdrowej rozrywki prowadzonej z wykorzystaniem znanych bohaterów), to jednak mimo wszystko na palcach jednej ręki z nieznaczną pomocą drugiej da się wymienić kilka tytułów, które zdołały przynieść sporo frajdy fanom.
Oto moja bardzo subiektywna lista tytułów, które się udały. Specjalnie jednak nie nazwałem ich „najlepszymi ekranizacjami gier”, bo według mnie takim tytułem można określać szerokie grono filmów, w którym trudno wyznaczyć granicę między dobrymi a lepszymi. Dobrych ekranizacji gier jest naprawdę mało, a te udane ani nie pretendowały do wybitności, ani jej nie osiągnęły.
Uwaga – obrana kolejność jest przypadkowa!
Resident Evil (2002), reż. Paul W.S. Anderson
To jeden z tych filmów, które zyskały na wartości po latach. Pamiętam jak dziś, że po premierze o wiele więcej było głosów rozczarowania dziełem Andersona niżeli tych, które wskazywałyby jednoznaczne zadowolenie. Gdy jednak spojrzy się obecnie na to, w jak absurdalnym kierunku powędrowała seria filmów, którą pierwszy Resident zapoczątkował, na ich tle jawi się on niemal jak małe arcydzieło. Wracam do jedynki z przyjemnością, ma w sobie coś urzekającego. Cenię w tym filmie najbardziej stworzenie ciekawego rozwinięcia względem oryginału – podczas gdy gry sygnowane marką „rezydującego zła” skąpane były w gęstym klimacie ślimaczego survival horroru, Anderson wyniósł tytuł do rangi kina akcji.
To niewątpliwie wpłynęło także na mechanikę kolejnych gier, które poczęły się odpowiednio dynamizować. Poza tym uwielbiam Millę w roli Alice. To jedna z moich ulubionych filmowych heroin. Z całej serii za wartościową uznaję jeszcze część trzecią, ale to jedynka otworzyła wszystkim oczy, że można ciekawie przenieść sprawdzoną markę gier na ekran, tworząc za jej sprawą niezwykle prominentną (bo kasową) serię filmów. W kinie to zarazem jedyna tak długa seria ekranizacji gier – szacunek się zatem należy.
Książę Persji: Piaski czasu (2010), reż. Mike Newell
To ewidentny przejaw klątwy ekranizacji gier, ponieważ film ten spełnia wszelkie warunki do osiągnięcia sukcesu. Ma solidną, dobrze zgraną obsadę, której wisienką na torcie jest bardzo dobry występ Jake’a Gyllenhaala, a także uroczo uzupełniającej go Gemmy Arterton. Ma wyjątkowo dobre dla oka lokacje, uwzględniające scenograficzne detale.
Ma też bardzo wciągającą linię fabularną, która za sprawą zabaw z czasem bardzo ciekawie się na pewnym etapie komplikuje. No i ma ten film niepowtarzalny i trudny do przyrównania klimat filmu przygodowego osadzonego w orientalnym, perskim klimacie. Akcji i humoru jest tu co nie miara, pełnoprawne widowisko przeplata się z romansem – istna zabawa w kino nowej przygody. Tworzenie świata na bazie popularnej gry to jednak ryzyko, bo tak jak zapewnia na starcie rozpoznawalność, tak zachęca do porównań i zwracania uwagi na niuanse. A kompletnie nie o to w filmie Newella chodzi.
Silent Hill (2006), reż. Christophe Gans
Muszę przyznać, że akurat w tym wypadku dość słabo znam growy oryginał. Silent Hill miałem okazję poznać jedynie przez chwilę, grając kiedyś razem z kolegą, przy udziale pada trzymanego w jego ręce. Podczas obcowania z filmem Gansa nie interesowały mnie zatem żadne porównania, choć jeden warunek musiał zostać spełniony. Silent Hill to wyjątkowo przerażająca gra, dlatego jej filmowa ekranizacja mogła fabularnie zawędrować w różne rejony, ale jeśli solidnie nie zalazła widzowi za skórę dawką ekranowej grozy, można było wówczas mówić o porażce.
Filmowy Silent Hill jest jednak taki, jak być powinien – mówiąc kolokwialnie, ryje beret dość solidnie. Widziałem go zaledwie raz, ale do dziś nie mogę zapomnieć tego charakterystycznego, przenikliwego klimatu panującego w zamglonym, zapomnianym przez Boga miasteczku. A idąc dalej, jest jeszcze lepiej, wrażeń nie brakuje, dostarcza je potyczka ze słynnym piramidogłowym oraz niejednoznaczna w wydźwięku końcówka.
Angry Birds Film (2016), reż. Clay Kaytis, Fergal Reilly
Mocno niedoceniony film animowany. Przez kina przeszedł niemal bez większego echa, choć patrząc po wynikach box office’u – swoje zarobił. Owszem, jest to film będący częścią wielkiej marki, który powstał głównie po to, by wzrosła sprzedaż z zabawek i gadżetów.
I owszem, jego sztampowa fabuła może wielu znużyć. Zabijcie mnie jednak, ale akurat mi podczas seansu uśmiech nie mógł ani na chwilę zejść z twarzy. Według mnie scenarzyści odwalili kawał dobrej roboty, rozwijając ideę gry do rozmiarów namacalnego świata. Gra praktycznie bez fabuły w końcu otrzymała historię, i to w dodatku taką, która jest adekwatna do jej założeń. Elementy mechaniki gry zamienione zostały na ciekawe fragmenty przygód głównego bohatera. Najbardziej jednak polubiłem przesłanie. W nim dobrze ukierunkowana agresja, umieszczona na dobrze napiętej procy, także jest w cenie, także może się społeczeństwu przydać, wyodrębniając przy tym prawdziwego bohatera.
Tomb Raider (2018), reż. Roar Uthaug
Wahałem się, czy najnowszą produkcję studia MGM zaliczyć do tego zestawienia. Należałem bowiem do tych, którzy jeszcze na długo przed premierą filmu Uthauga mieli ogromne wątpliwości do tego, w jaki sposób mierzy się z legendą. Nie chodzi tylko o ten odsądzany od czci i wiary rozmiar miseczki Vikander, ale także fakt, że akurat ja z dużym sentymentem traktuję produkcje z udziałem Angeliny Jolie (zdając sobie jednocześnie sprawę z nagromadzonych w nich bzdur) i niespecjalnie kupowałem idee umieszczania w jej butach kogoś innego.
Szkopuł w tym, że to już nie są jej buty. Od seansu nowego Tomb Raidera minęło już kilka tygodni, a ja wciąż bardzo mile go wspominam – i to dało mi do myślenia. To bardzo solidne i wartkie kino przygodowe, prowadzone na plecach wyjątkowo intrygującej i pięknej bohaterki. Co ważne, jest to film, który stanowi swoiste uzupełnienie dwóch ostatnich gier z serii. Idealnie wpisuje się w ich stylistykę oraz poziom realizmu. Jeśli spojrzy się zatem na nowego Tomb Raidera właśnie w taki sposób – czyli niejako w oderwaniu od legendy Lary Croft – dając sobie przyzwolenie na poznanie słynnej bohaterki całkowicie od nowa, wówczas siła tego obrazu jest w stanie na nas zadziałać.
Mortal Kombat (1995), reż. Paul W.S. Anderson
Film cieszący się zasłużonym kultem, dokładnie tak jak jego growy pierwowzór. Reżyser idealnie wykorzystał kiczowatość tej serii, jej absorbującą mitologię oraz absurdalną dawkę przemocy, tworząc tym samym niezwykle intensywne, dynamiczne dzieło, prowadzone świetną ścieżką dźwiękową oraz solidnymi scenami walk. I choć po latach można psioczyć na fakt, że tak po prawdzie fabularnie jest to ukryty plagiat Wejścia smoka, to mam wrażenie, że brak kombinatorstwa i postawienie na sprawdzone schematy wyszły temu filmowi na dobre.
Kryje się w tym zatem jakiś paradoks, że – jak dotychczas i nie tylko według mnie – najlepsza adaptacja gry powstała przy udziale tak prostych mechanizmów, po linii najmniejszego oporu. Może właśnie o to chodzi, by przestać udziwniać na siłę materię, która już raz z powodzeniem została sprzedana? Biorąc pod uwagę, że w tym zestawieniu jest to już drugi tytuł autorstwa Paula W.S. Andersona, można powiedzieć, że jak na razie jest to twórca, który najlepiej zrozumiał estetykę gier komputerowych, twórczo zamieniając ją w kino. Uwe Boll jest zatem w sromotnym błędzie – to nie on jest królem ekranizacji gier.
Warcraft: Początek (2016), reż. Duncan Jones
Wydawało się, że film ten miał sukces w kieszeni jeszcze przed premierą, ale okazało się, że musiał się na niego bardzo napracować. Wywodził się ze znanej, rozchwytywanej w świecie gier marki, reprezentowanej szeregiem prominentnych tytułów, z których najważniejszym jest wciąż bardzo popularny World of Warcraft.
Wszyscy byli też ciekawi, jak z wysokobudżetowym widowiskiem poradzi sobie Duncan Jones, reżyser, który wszedł na salony po sukcesie skromnego Moon. Film dawał też obietnicę odbycia niesamowitej przygody w bogatym świecie fantasy – gatunku, który za sprawą Władcy pierścieni oraz Gry o Tron nie przestaje tracić na sile oddziaływania. Efekt? Gdyby nie Chiny, gdzie Warcraft zanotował duży procent zysków, w wypadku tego filmu prawdopodobnie mówilibyśmy o gigantycznej klapie. Ale widowisku trzeba oddać sprawiedliwość, gdyż z kilku powodów nie daje o sobie zapomnieć. Po pierwsze, film przyciąga uwagę pomysłową i dobrze dopracowaną plastyką, zgodną z tą, którą mieliśmy okazję uświadczyć w grach komputerowych spod szyldu Warcraft.
Po drugie, jest bardzo dynamiczny, obfituje w świetne sceny akcji, dzięki temu nie daje widzowi czasu na nudę. I po trzecie, ma świetny, bo porywający, główny motyw muzyczny, idealnie pasujący do wojennego klimatu całości. Fabularnie to bardzo bezpieczna sztampa, która miała stanowić jedynie wstęp do większej historii, ale śledzi się to bardzo przyjemnie.
Final Fantasy (2001), reż. Hironobu Sakaguchi
Nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć filmu inspirowanego słynną japońską serią gier RPG. Pewnie wielu z was liczyło na Final Fantasy VII: Advent Children, ale jeśli o mnie chodzi, więcej sentymentu mam do filmu z 2001 roku. Być może dlatego, że fabularnie miał bardziej uniwersalny charakter i nie wymagał znajomości treści znanej z gry (a dokładniej, kultowej już siódemki). Choć film nie spodobał się ani krytykom, ani ostatecznie widowni, to jednak premiera Final Fantasy była ogromnym wydarzeniem nie tylko ze względu na rozpoznawalną markę, którą wykorzystano do stworzenia filmowego widowiska.
Japońska i amerykańska koprodukcja miała zachwycić nas wszystkich swoją formą i tak w istocie się stało. Film nakręcony został siedemnaście lat temu, a do dziś przyprawia o opad szczęki oprawą wizualną, a ściślej, wysoką precyzją technologii motion capture, która w tym wypadku została zastosowana jeszcze na długo przed Avatarem i innymi rozsławiającymi ją tytułami. To, plus niezwykły, tajemniczy klimat, wystarczyło, by w moim mniemaniu przetrwać próbę czasu i wyróżnić się na tle innych ekranizacji gier.
