Publicystyka filmowa
6 filmów dla tych, którzy MYŚLĄ, że ZGADNĄ każde ZAKOŃCZENIE
Filmy, które największym kinowym wyjadaczom mogą przysporzyć problemów, gdy chodzi o odgadnięcie zakończenia.
Wielu kinomaniaków jest przekonanych o tym, że w swoim życiu widziało wystarczającą liczbę filmów, by być w stanie zgadnąć praktycznie każde zakończenie, nawet jeżeli produkcja opiera się na najbardziej zawiłej intrydze świata. W związku z tym przygotowałam kilka przykładów filmów, które największym kinowym wyjadaczom mogą przysporzyć problemów, gdy chodzi o odgadnięcie zakończenia. A wy, jakie jeszcze przykłady zamieścilibyście na tej liście?
TEKST ZAWIERA SPOILERY!!!
Podejrzani (1995)
Przyznaję się bez bicia, że Podejrzanych zobaczyłam dopiero w ubiegłym roku (2020) i pewnie jak większość widzów od samego początku typowałam, iż mitycznym Keyserem Söze będzie jedna z osób, które widzimy bądź przez chwilę widzieliśmy na ekranie.
Podoba mi się jednak, że scenarzysta Christopher McQuarrie był na tyle sprytny, że wykorzystał tzw. regułę kciuka (ang. the rule of thumb), zgodnie z którą osoba, którą najmniej podejrzewamy, okazuje się winna zarzucanych czynów. Trzeba jednak pamiętać, że większość osób jest zaznajomiona z tą zasadą, przez co finałowy suspens straciłby swój sens już w pierwszych minutach filmu. Dlatego sama sztuczka polega na tym, by widz zapomniał, kto tą osobą jest.
Reżyser Bryan Singer wraz ze scenarzystą robią wszystko, by widz nie wpadł na to, kto faktycznie jest Keyserem Söze, aż do ostatnich minut filmu. Pierwszy zabieg polega na tym, że historia jest opowiada przez najsłabsze ogniwo ekipy przestępców, które „cudem” przeżyło wcześniejsze wydarzenia, by pomóc widzowi poskładać wszystkie elementy w jedną całość. A ponieważ Roger Kint (w tej roli Kevin Spacey) jest drobnym złodziejaszkiem, to nie można go traktować jako zupełnie niewinnego. Zdaję sobie sprawę, że to pokrętna logika zmierzająca do ustalenia, kto jest najmniej podejrzaną postacią, jednak Kint podobnie jak reszta jego kolegów dopuszcza się przestępstw, biorąc udział w różnego rodzaju akcjach, co niejako odwraca od niego podejrzenia.
Kolejnym krokiem było opowiedzenie dobrej historii przez tzw. niewiarygodnego narratora, co dezorientuje widza praktycznie od samego początku. Jesteśmy bowiem przyzwyczajeni do tego, że pierwszoosobowe wyznania, historie, piosenki znajdują się jak najbliżej prawdy. Ale co, jeśli narrator jest w błędzie lub kłamie? W Podejrzanych niejako sympatyzujemy z narratorem, gdyż postrzegamy go jako osobę nieco powolną, nawet niepełnosprawną, co rodzi nasze współczucie. Większość z nas jest zaprogramowana w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie utożsamiać złej osoby z niepełnosprawnością.
Koniec końców Roger wcale nie jest niepełnosprawny. To połączenie nierzetelności narratora, który ma całkowitą kontrolę nad wskazówkami oraz wyglądu postaci. Tylko naprawdę uważny widz jest w stanie się przedrzeć przez tę zasłonę dymną.
Tożsamość (2003)
Produkcja z 2003 roku to naprawdę zgrabny thriller, który wykorzystuje wspomnianą wyżej regułę kciuka oraz mocno nawiązuje do klasycznej powieści Agathy Christie, zatytułowanej I nie było już nikogo (znanej u nas lepiej pod tytułem Dziesięciu Murzynków). Tytuł ten znalazł się na liście, gdyż fabuła skupia się na elementach rzeczywistości i wyobraźni, które wzajemnie się przeplatają, przez co niezwykle trudno jest wskazać, kto zabił. Większość scen rozgrywa się w głowie jednego z bohaterów, Malcolma Riversa, skazanego seryjnego mordercy, który cierpi na zaburzenie dysocjacyjne tożsamości, tzw. osobowość mnogą. Zaburzenie to można było zobaczyć choćby w filmie Split z 2016 roku.
Pierwszym tzw. plot twistem w filmie jest fakt, iż jedenaście osób przebywających w hotelu to jedna i ta sama osoba, czyli każda z nich reprezentuje różne osobowości Malcolma Riversa, a „hotel”, w którym się znajdują, jest jedynie wytworem jego umysłu. Reprezentuje on przestrzeń, o którą postacie walczą w jego świadomości. Innymi słowy „morderstwa”, które widzimy w motelu, tak naprawdę nie mają miejsca w prawdziwym świecie.
I od razu przejdę do sedna, czyli wielkiego spoilera – Timmy, dziewięcioletni chłopiec (i jedna z osobowości), okazuje się mordercą. Ludziom z pewnością trudno byłoby uwierzyć, że dziewięcioletni niemy chłopiec był odpowiedzialny za morderstwa, gdyby opowieść miała miejsce w rzeczywistości. To on jest odpowiedzialny za to, że wspomniany Malcolm jest seryjnym mordercą, to on popychał go do popełnienia okropnych czynów. A przecież zgodnie z regułą kciuka to postać, która nie znajduje się w kręgu podejrzanych. Przez prawie cały film pozostaje na uboczu, mordując i manipulując.
We wszystkich morderstwach odgrywa bezpośrednią bądź pośrednią rolę. Na korzyść chłopca przemawia nie tylko jego dziecięcy wygląd, ale również fakt, iż w motelu przebywa jedynie dziesięć innych osób, więc podobnie jak w książce Agathy Christie liczba podejrzanych jest ograniczona.
Nie mów nikomu (2006)
Kolejnym filmem na mojej liście jest Nie mów nikomu w reżyserii Guillaume’a Caneta, który bardziej znany jest większości widzów ze swoich aktorskich, a nie reżyserskich dokonań. Tym razem na tapetę wziął bestsellerową powieść Harlana Cobena. Na szczęście adaptacja jawi się jako thriller z gatunku neo-noir, któremu bliżej do szalonych surrealistycznych wizji à la David Lynch aniżeli do zwykłego, przewidywalnego thrillera. Intryga jest tak pogmatwana, że trzeba naprawdę mocno wytężyć szare komórki, by zgadnąć zakończenie filmu: kto zabił i czy na pewno? Produkcja od początku do końca prowadzi z widzem grę, porównywalną do labiryntu łamigłówek, w którym można się zgubić i zatracić jednocześnie.
Główny bohater Alex, w którego wciela się francuski Dustin Hoffman, czyli François Cluzet, zmaga się od wielu lat z traumą po tym, jak zamordowano mu żonę. Osiem lat po tragicznych wydarzeniach z przeszłości dowiaduje się, że śledztwo w tej sprawie zostaje wznowione, a w tym samym czasie otrzymuje film, na którym widać jego zamordowaną ukochaną całą i zdrową. Mam nieodparte wrażenie, że Alex to duchowy spadkobierca Scottiego Fergusona z Zawrotu głowy Hitchcocka. Obydwaj mają bowiem obsesję na punkcie kobiety, która może, ale nie musi być martwa.
Niewątpliwym plusem filmu jest to, że to nie tylko opowieść o morderstwie, ale także o korupcji, deprawacji itd. Całość jest tak zawiła, że większość widzów mniej więcej w połowie seansu podda się w próbowaniu odgadnięcia zakończenia i zaczeka, aż finał wszystko ujawni. Kiedy oglądamy finałowe sceny, nagle wszystkie elementy zaczynają się układać w jedną całość, a my jako widzowie zdajemy sobie sprawę, że była to prawdopodobnie jedna z trudniejszych filmowych zagadek, z jakimi przyszło nam się zmierzyć.
Fermat’s Room (2007)
Nie ma chyba osoby, która nie lubiłabym= filmów skupiających się wokół zagadek matematycznych, jak chociażby absolutny klasyk, czyli Cube z 1997 roku. Produkcja z 2007 roku to inteligentna zabawa, która przypomina swoim scenariuszem wspomniane wcześniej dzieło Agathy Christie zatytułowane I nie było już nikogo. Nawet ponad dekadę od premiery to inteligentny, klaustrofobiczny thriller, który może zaskoczyć niejedną osobę przekonaną, że zgadnie każde filmowe zakończenie. Film prezentuje bowiem koncept zbioru zagadek, z których każda prowadzi do kolejnej. A musi się z nimi zmierzyć czwórka bohaterów, którzy walczą z czasem oraz własnymi ograniczeniami.
Trzeba pamiętać, że protagoniści to wybitni matematycy, którzy zgodzili się wziąć udział w grze tytułowego Fermata. Żadne z nich nie może zabrać ze sobą telefonu komórkowego, ale to oczywista oczywistość. Już na tym etapie można nabrać podejrzeń co do tego, kto za tym wszystkim stoi. Niemniej jednak wszystko komplikuje sprawa tajemniczych zagadek, które stanowią wyzwanie na śmierć i życie, a które – nie ukrywajmy – zostały stworzone, by połechtać ego naszych matematyków i jednocześnie widzów. Jeżeli nie zostaną rozwiązane w odpowiednim czasie, ściany zaczną się niebezpiecznie zbliżać, doprowadzając do natychmiastowej śmierci.
Produkcja niczym pierwsze części Piły czy wspominany Cube angażuje widownię, która próbuje razem z bohaterami rozwiązać zagadki, szukając na każdym kroku potrzebnych wskazówek, zmierzających do odkrycia finalnej tajemnicy. Bez znaczenia pozostaje, czy jesteście matematycznymi geniuszami, czy po prostu dobrze idzie wam odgadywanie filmowych zakończeń. Widz od początku do końca próbuje łączyć w głowie wszystkie potencjalne wskazówki, z zaznaczeniem, że tak naprawdę wszystko może być wskazówką. Mimo to finał dla wielu osób może być autentycznym zaskoczeniem.
The Oxford Murders (2008)
Uwielbiam wszystkie filmy sygnowane nazwiskiem Alexa de la Iglesii. Tym bardziej byłam ciekawa jego anglojęzycznego debiutu z Johnem Hurtem w roli matematycznego geniusza, któremu partneruje Elijah Wood w roli zapatrzonego w idola studenta, skłonnego zrobić wszystko, by mu zaimponować.
Mimo iż mamy do czynienia z adaptacją popularnej powieści Guillermo Martineza pod tym samym tytułem – The Oxford Murders, jest to zawiły od początku do samego końca kryminał, który czerpie pełnymi garściami z Hitchcocka oraz Kodu da Vinci. Reżyser podąża za głównymi bohaterami, gdy ci – dzięki logice – próbują odkryć, kto i dlaczego stoi za tytułowymi morderstwami. Ale uprzedzę was: naprawdę ciężko jest odkryć zakończenie, nawet jeżeli jest się fanem niezliczonych kryminałów.
Opowieść jest pełna matematycznych twierdzeń, symboli i wskazówek, które zmuszają widza do wytężenia umysłu. Każdy z elementów scenografii czy z pozoru nic nieznaczący detal mogą okazać się kluczowe dla rozwiązania zagadki. Jeżeli wydaje się wam, że semantyka sali wykładowej nie pasuje do gatunku, jakim jest thriller, a tym bardziej do tego, by imitować Hitchcockowski styl, to się mylicie. Reżyser ma w zanadrzu kilka sztuczek, które sprawią, że ostatni akt i odkrycie wszystkich kart wprowadzą was w stan konsternacji. Tego bowiem chyba nikt nie przewidział. Jestem w stanie zrozumieć też rozczarowanie finałowym aktem, jednak nie można odmówić reżyserowi konsekwencji w kreowaniu świata przedstawionego, gdzie filmowa logika nie zawsze zwycięża.
Contratiempo. Niewidzialny gość (2016)
Hiszpańska produkcja prezentuje tak zawiłą historię, że sama nie raz, nie dwa pogubiłam się w zwrotach akcji, zeznaniach oraz tym, kto jest kim. Wydaje mi się, iż to idealny przykład filmu, który do samego końca trzyma w niepewności, a widz nie wie, jakie będzie jego zakończenie. Historia z początku wydaje się niezwykle prosta.
Małżeństwo ma wypadek samochodowy. Okazuje się, że chłopak za kierownicą drugiego samochodu nie żyje. Adrián i Laura, czyli główni bohaterowie, postanawiają uciec z miejsca zdarzenia, jednak nie wszystko idzie po ich myśli. Ale to tylko punkt wyjścia do opowiedzenia wielowarstwowej intrygi. Samą fabułę porównałabym do cebuli, gdzie każda kolejna warstwa odkrywa przed nami kolejne elementy. Przed trzecim aktem zbierze nam się trochę tych warstw, ale i tak nie jesteśmy gotowi na to, co się wydarzy, zanim na ekranie pojawią się napisy końcowe.
Produkcja jest tak inteligentnie skonstruowana, że większość osób w połowie seansu zrezygnuje z prób rozszyfrowania finału. To po prostu marzenie rewizjonisty, który widzi, jak kolejne wersje zmieniają się z prędkością światła. Twórcy pokazują kolejne permutacje dotyczące ekranowych wydarzeń, co sprawia, że zmiany jest niezwykle trudno śledzić. Sprawia to, że odkrycie zakończenie nie jest zadaniem łatwym. Kto zabił kogo i dlaczego? O tym musicie się przekonać sami.
