Publicystyka filmowa
5 najlepszych ról BRIGITTE BARDOT. Niszczycielka męskości
BRIGITTE BARDOT w „I Bóg stworzył kobietę” to ikona seksapilu i kontrowersji, która na zawsze zmieniła oblicze francuskiego kina.
My mieliśmy Kalinę Jędrusik. Włosi mieli Sophię Loren, a Francuzi Brigitte Bardot. Z tym że jej było łatwiej być kontrowersyjną, gdyż nie urodziła się w społeczeństwie takich bigotów jak Sophia Loren. Jej kariera trwała zaledwie dwadzieścia lat z małym kawałkiem. Bardot mogła oczywiście pozostać jeszcze z dobrych 10 lat na szczycie, jednak stwierdziła, że wykorzysta ten czas na obronę praw zwierząt. Poza tym nie chciała doświadczać powoli nadchodzącego zmierzchu gwiazdy uznanej za europejską seksbombę. Mimo to i tak nie ustrzegła się komentarzy oraz skandali.
Prasa odliczała jej kolejne zmarszczki na twarzy, bo odważyła się płynąć pod prąd stosunkowi wielkich tego świata do naszej planety. Potem nieubłaganie nadeszła starość. Pozostała tylko legenda o kobiecie odważnej, skłonnej do radykalnych postaw, trudnej w relacjach, czasami pustej, a czasami nieprzeciętnie inteligentnej, którą chciały i wciąż chcą naśladować inne kobiety. Brigitte Bardot to symbol wolności, jeden z najbardziej namacalnych w historii kultury.
Tekst pierwotnie opublikowany w 2020 roku.
Juliette Hardy, I Bóg stworzył kobietę (1956), reż. Roger Vadim

Pewne środowiska wśród kreacjonistów miały przez wieki wątpliwości, a i wciąż nie dowierzają, czy aby przypadkiem kobieta nie została stworzona przez jakiegoś złego ducha. Oczywiście piewcy tychże wątpliwości to głównie mężczyźni. Historia opowiedziana w I Bóg stworzył kobietę również konfrontuje męski, bigoteryjny świat z nową rzeczywistością, która tak naprawdę się dopiero rodzi. Z pewnością dlatego film z jednej strony odniósł sukces, a z drugiej stał się kinem zakazanym dla pewnych, co bardziej świętoszkowatych grup społecznych. Jestem pełen podziwu i zachwytu dla umiejętności Rogera Vadima, który potrafił tak napisać scenariusz, żeby pokazać w tak sugestywny, a zarazem nieprzygnębiający sposób historię mokrego snu starszego mężczyzny (Curd Jürgens jako Eric Carradine) o młodszej kobiecie (Brigitte Bardot jako Juliette).
Przypomnę dwie z bardziej symbolicznych scen. W pierwszej widniejący na prześcieradle cień postaci Carradine’a rozmawia z opalającą się nago Juliette. Nie widać jej twarzy. Widzimy jedynie kręcące się lekko nagie pośladki.
Nasuwa się pytanie, czy aby dla występujących w filmie męskich postaci nie liczyłaby się bardziej rozmowa z pupą Juliette aniżeli inteligentny dialog z jej twarzą. Z jednej strony zapewne tak, a z drugiej wszyscy spaliliby ją na stosie, ekskomunikowali, a może i na powrót osadzili w sierocińcu, gdyby ta ich podszyta lękiem erotyczna potrzeba wyszła na jaw. Na tym polega zmieszana z kołtuństwem bigoteria, którą napiętnował Roger Vadim, a która dotknęła w życiu prywatnym zarówno Sophię Loren, jak i Brigitte Bardot. Obydwie więc postanowiły jak tylko mogą ośmieszać tego rodzaju patriarchalny, męski świat.
W drugiej zaś scenie Juliette tańczy. Obserwuje ją jej mąż (Jean-Louis Trintignant jako Michele) oraz Eric Carradine. Obydwaj nie mogą znieść tego, że jest taka zmysłowa, wyzwolona, odważna i że w wyzywający sposób kręci biodrami. Tak naprawdę nie należy do żadnego z obserwujących ją mężczyzn i to powoduje ich nienawiść. Chcieliby mieć niewolnicę, a co najwyżej dostaną chwilę cielesnej przyjemności, i to wyłącznie z własnym ciałem.
Maria I, Viva Maria! (1965), reż. Louis Malle

Pod względem barwności świata przedstawionego wzbogaconego o pamiętną muzykę Georges’a Delerue to jeden z najciekawszych filmów, w jakich miała szansę zagrać Brigitte Bardot. Louis Malle zaproponował dla historii konwencję westernową, ale w czasach dla Dzikiego Zachodu schyłkowych, mało tego, przeniesionych do bliżej nieznanego kraju w Ameryce Łacińskiej.
Postać przez nią odtwarzana to dziecko ulicy pochodzenia irlandzko-francuskiego, które spędza dzieciństwo na udziale w zamachach na Anglików, a następnie wyrasta na ponętną kobietę lubującą się w przyjemnościach cielesnych, tańcu i życiu lekkim, niekoniecznie łatwym, ale za to koniecznie przyjemnym. Los jednak tak chciał, że Maria odnalazła w sobie skłonności do rewolucyjnej walki o wolność i niepodległość, porzuciła bezproduktywny hedonizm i zaczęła wierzyć, że świat da się zmienić na lepsze. Jej partnerką zostaje druga Maria (Jeanne Moreau). We dwie zdolne są dokonać rewolucyjnego cudu, gdyż są kobietami.
Dzieje się to w atmosferze komedii, chociaż niepozbawionej romantycznej refleksji. Przypomina mi się teraz scena z George’em Hamiltonem (Flores) i Jeanne Moreau rozgrywająca się w lochach Rodrigueza, która stylizowana jest na obraz umierającego Jezusa i przytulającą się do niego jego kochankę, Marię Magdalenę. Symbolicznych gagów (szkielet jeźdźca) i nawiązań (sztuka w hacjendzie Rodrigueza) jest, rzecz jasna, w produkcji znacznie więcej. Ale nad nimi wszystkimi króluje zmysłowa Brigitte Bardot ze swoim niezłomnym i pełnym zmysłowości charakterem rewolucjonistki.
Jeanne, Gdyby Don Juan był kobietą (1973), reż. Roger Vadim

Lata 70. to zarówno dla Rogera Vadima, jak i Brigitte Bardot te czasy, w których trudniej im było zaszokować publiczność, przynajmniej tę jej część, która pozostawała na bieżąco z wydarzeniami kultury popularnej. Mimo że nie do końca się to udało w ich ostatnim wspólnie zrealizowanym filmie przed zakończeniem kariery Bardot, to warto go znać.
Dla każdego fana Vadimowskiej stylistyki jest to film niezapomniany i paradoksalnie dla dzisiejszego widza ciągle może być kontrowersyjny. Jest taka już pierwsza scena, w której Jeanne spogląda namiętnie na odprawiającego mszę księdza. Rozchyla seksownie usta, a ksiądz reaguje coraz większym napięciem. Wiadomo, że duchowny będzie należał do niej i żadna przysięga ani sakrament nie powstrzymają jego chuci. Jeanne jest wcieleniem Don Juana. Poluje tak na kobiety, jak i na mężczyzn, których uważa za tchórzy. Wysysa z nich wszystko, co wartościowe, a zostawia jedynie wysuszoną emocjonalnie powłokę.
Do czasu jednak. To przewrotne opowiedzenie historii Don Juana, który stał się kobietą, jest ciekawym pomysłem. Co by się stało, gdyby faktycznie znany na całym świecie piękny i bogaty szlachcic z Sewilli nie był mężczyzną? Czy stałby się taką ikoną? Wydaje się, że Vadim odpowiedział w swoim filmie na to pytanie kulminacyjną sceną. Od wieków przecież kobiecie wolno mniej, zwłaszcza w sferze obyczajowej i seksualnej.
Louise, Królowe Dzikiego Zachodu (1971), reż. Christian Jaque

Podobnie jak Viva Maria!, Królowe Dzikiego zachodu również miały szczęście do klimatycznej muzyki autorstwa Francisa Lai, który mniej więcej w tym samym czasie odbierał Oscara za Love story. W produkcji Christiana-Jaque’a znalazło się jednak o wiele więcej westernowego pastiszu niż romantycznego kina przygodowego, co plasuje ten film jednak nieco niżej. Z kolei podobnym co w Viva Maria! i trafnym zabiegiem było powierzenie dwóch głównych ról kobietom. Szaleństwo Brigitte Bardot w roli Louise równoważone było przez jeszcze dobitniejsze wariactwo i niezrównoważenie Claudii Cardinale.
Nie da się ukryć, że obie były ponętnymi kobietami, lecz jeśli miały sobie poradzić na Dzikim Zachodzie, musiały przerastać siłą kowbojów. Nie jest to proste zadanie, podobnie jak dla aktorek, Bardot i Cardinale, nie było proste w ramach westernowej konwencji stworzyć kreacje, które zastąpią w umysłach widzów stereotypowe postaci kowbojów, rewolwerowców, szeryfów itp. Powiedzmy, że filmowe starcie wygrała o włos Brigitte Bardot. Za to Claudia Cardinale za zaciętego wroga stała się jej nieodzowną, ekranową partnerką.
Camille Javal, Pogarda (1963), reż. Jean-Luc Godard

Po raz kolejny wpadam w zachwyt, gdy słucham orkiestracji Georges’a Delerue. To jeden z tych kompozytorów, którym nie jest potrzebny obraz. Tworzą dzieła muzyczne kompletne, przeznaczone do słuchania niezależnie od warstwy wizualnej.
Co do fabuły, Godardowska maniera nieraz wyjątkowo męczy, bo jest przeformalizowana i przeintelektualizowana. W tym przypadku jednak reżyser zachował wyjątkowy umiar, mimo że z uporem maniaka cytował Dantego i innych literatów, co niewiele wnosiło do biegu fabuły. Zręcznie połączył współczesną remitologizację mitu o Odyseuszu z procesem zaniku uczuć między dwojgiem szalenie kochających się ludzi. No właśnie, kochających się czy tylko wykorzystujących z natury skończone pokłady biologicznej chuci? Świetnym pomysłem było zaangażowanie przez Godarda Jacka Palance’a czy chociażby Fritza Langa, co odświeżyło tym samym obsadę aktorską dzięki zestawieniu dwóch przeciwnych sobie światów – Jack Palance, gwiazda westernów, liczne role złoczyńców w Fabryce Snów, i Fritz Lang, przedstawiciel bezpowrotnie umierającego ekspresjonizmu w kinie, artysta niedbający o zyski z kina w tym stopniu, co grany przez Palance’a producent. To zestawienie postaci ma znaczenie dla samego kina, jak i interpretacji mitu oraz tego, co dzieje się w związku Camille (Brigitte Bardot) i Paula (Michel Piccoli).
Wspominany przez Godarda mit o Odysie jest metaforą czegoś, co powinno być nieskończone i z powodu ciągłych interpretacji i reinterpretacji w kulturze takie właśnie jest. Na tle jego wiecznego istnienia miłość ludzka wydaje się taka nietrwała, wręcz zadaniowa, czy też prokreacyjna albo zyskowna. Brigitte Bardot idealnie wpasowuje się w ową zwiewność cielesności – na jej kształtnym ciele zmieniają się kolory, na jej głowie fryzury, jej humory przypominają sinusoidę itp. Prywatnie jej życie uczuciowe biegło podobnie – miłości okazywały się niezmiennie pierwsze, a każda z nich jedyna w swojej faktualnej wielokrotności.
Bonus
Agnes, Nowicjuszki (1970), reż. Guy Casaril, Claude Chabrol

W filmie niewątpliwy prym wiodła Annie Girardot, a Brigitte jako uciekająca z zakonu nowicjuszka Agnes była bardziej komediowym dodatkiem do treści. Wniosła jednak tyle radości i świeżości do trudnego życia prostytutki Mony, która z pewnością nie przypuszczała, w jakie przedziwne miejsce ją życie poniesie.
Nie chcę spojlerować, ale jeśli będziecie oglądali Nowicjuszki, zwróćcie uwagę na końcową scenę i wielce znaczące mrugniecie okiem głównych bohaterek. Do kogo? Tego właśnie nie zdradzę. Francuskie komedie z tamtych czasów ogląda się znakomicie z powodu lekkości, z jaką traktują poważne społecznie tematy. Niejeden lewak czy prawak mogliby się zgorszyć tym, jak podchodzi do kościoła oraz prostytucji Nowicjuszka. To jednak nie jest film pozbawiony refleksji, tzw. drugiego dna, na którego poziomie głównym bohaterkom wcale nie jest w życiu tak frywolnie i śmiesznie. Ich życie jest ciężkie, wie to zapewne każdy, kto nagle odkrył, że jest zmuszony robić coś, czego by dobrowolnie nie wybrał – zaznaczyć należy, że nie musiał dosłownie być księdzem albo prostytutką, chociaż przydałoby się, żeby do głębszej refleksji znał obydwa te zawody.

BoszyDar
29 grudnia, 2025 at 13:34
czyli po staremu, nadal 'zszkować’ pokazać cycek i dup.., przespać sie z tabunem innych 'artystów’ i wmawiać ludziom że to normalne, oświcone a ci co żyją inaczej to 'zacofane sredniowiecze’ ech. . można nawet streaming z wlasnego wc zrobić …. 'artyści’