Publicystyka filmowa
5 DOSKONAŁYCH sequeli, których prawdopodobnie NIE WIDZIELIŚCIE
Wyjątkowe przykładach sequeli, które okazały się doskonałymi kontynuacjami.
Sequele rządzą się swoimi prawami. Jeśli chodzi o horrory, to liczba zamordowanych nastolatków w kolejnych częściach musi być zawsze większa aniżeli w przypadku oryginału, zaś krew oraz sceny gore powinny wypełniać większą część czasu ekranowego. A gdy mówimy o pozostałych gatunkach filmowych, panuje powszechna zasada, że wszystkiego musi być zawsze dwa razy więcej niż w oryginalnym filmie, co nie zawsze wychodzi produkcjom na dobre. Niniejsze zestawienie skupia się na kilku wyjątkowych przykładach sequeli, które okazały się doskonałymi kontynuacjami.
Kult laleczki Chucky (2017)
Patrząc na horrorowe sequele znanych klasyków z lat 80. XX wieku, myślę, że Laleczka Chucky w ostatnich latach dostała niejako drugą szansę na osiągnięcie tego samego poziomu popularności, co chociażby Freddy, Jason czy Michael Myers. A trzeba przyznać, że zarówno Klątwa laleczki Chucky z 2013 roku, jak i kontynuacja, czyli Kult laleczki Chucky, to doskonałe sequele, które pokazały, że można na nowo wykorzystać postać Chucky’ego i zrobić z niego powtórnie mordercę, którego nie chcielibyśmy spotkać na swojej drodze. A trzeba pamiętać, że oryginalny film z 1988 roku to prawdziwie innowacyjny slasher, pełen cudownych dziwactw i totalnej makabry.
Kult laleczki Chucky jest samoświadomym horrorem, który nie boi się czerpać z poprzednich części. To bez wątpienia krwawa jatka, na jaką zasługują fani slasherów, oraz bez wątpienia tzw. guilty pleasure każdego fana tego gatunku. Każdy z tych elementów sprawia, że to wręcz doskonała kontynuacja dla bohatera, jakim jest Chucky. Trup ściele się więc gęsto, kolejne morderstwa zaskakują wymyślnością, nie mówiąc już o czarnym humorze, jak i samym zakończeniu, którego chyba nikt się nie spodziewał. Wydaje mi się, że to pierwszy w historii przypadek horrorowego sequela w całości ratującego całą serię (nie, nie widziałam jeszcze nowego Halloween). Jeśli lubicie chore zwroty akcji, makabryczne morderstwa i niespodziewane spotkania z postaciami z poprzednich filmów o Chuckym, to bez dwóch zdań pokochacie to dzieło.
W dodatku widz, który przypadkowo odpali tę część, nie będzie musiał „cierpieć” w trakcie seansu. Ta nieskrępowana niczym krwawa jatka zdaje sobie sprawę, że może trafić do widza poprzez nocny seans na kanale Puls, dlatego jeżeli nie widzieliście poprzednich części, nie musicie się niczym martwić. I choć całość trwa tylko 91 minut, to mamy wszystko, co sprawia, że to sequel idealny. Zwroty akcji to jedno, ale odwoływanie się do dużo lepszych produkcji oraz autoironiczne podejście, windują ten film o kilka punktów wyżej od jego poprzedników. Jeżeli po obejrzeniu wcześniejszych kontynuacji zwątpiliście w całą serię, to Kult laleczki Chucky przywróci Wam wiarę w tego niewielkiego bohatera i znów z przyjemnością będziecie oglądali jego poczynania.
Ghidorah, trójgłowy potwór (1964)
Kolejna odsłona przygód Godzilli pod postacią filmu z 1964 roku była niejako punktem zwrotnym dla całej serii. Ta produkcja stanowi bowiem uosobienie wszystkiego, co my, współcześni widzowie, kochamy w filmach o potworach: mamy więc walki wielkich monstrów na tle miasta, ludzkie dramaty powiązane nierozerwalną nicią z owymi potworami. A jeśli chodzi o klasyczną serię o Godzilli, to należy dodać także gości przebranych w kostiumy z gumy oraz radosne niszczenie wielu miniaturowych elementów architektonicznych.
I zapewne wielu z Was zauważyło, że przecież już w pierwszych filmach o wielkim potworze te elementy się przewijały. Ghidorah był jednak pierwszą produkcją, która połączyła je wszystkie razem, co pozwoliło na uzyskanie zamierzonych elementów komediowych. Wszystko po to, by mocniej trafić do małoletnich fanów serii, którzy dopiero zaczynali swoją przygodę z wielkimi potworami. Trzeba pamiętać, iż w większości przypadków niski budżet przekładał się na niezamierzony śmiech, aż do roku 1964, kiedy to premierę miała właśnie Godzilla.
Ghidorah to piąty film z serii o Godzilli, gdzie tytułowy antagonista musi zmierzyć się nie tylko z prehistorycznym jaszczurem, ale także innymi potworami. Twórcy ostrzegają, że żaden budynek w Japonii nie jest bezpieczny, ale widzowie będą tym zachwyceni. Nie zapominajmy, że Godzilla to już filmowa instytucja, i każdy, kto sięga po tego typu filmy, doskonale wie, w co się pakuje. Oczywiście jak na sequel przystało, wszystkiego jest dwa razy więcej, dlatego mamy historię z dużą liczbą bohaterów, która na pierwszy rzut oka wydaje się aż nadto skomplikowana, oraz cztery potwory. Ale to bez znaczenia. To doskonały sequel, który jest świadomy tego, że ludzie przyjdą na seans zobaczyć, jak potwory walczą z potworami. I nie ma w tym nic złego.
Memento mori (1999)
Sukces Schodów życzeń z 1998 roku sprawił, że mógł powstać sequel, zgłębiający tematy tabu, seksualności oraz mściwych duchów. Jeśli jednak myślicie, że to bezpośrednia kontynuacja południowokoreańskiego thrillera, jesteście w błędzie. Jedynym połączeniem pomiędzy tymi dwoma dziełami jest wspólna sceneria dziewczęcego liceum. Produkcja, która powstała rok później, skupia się na przedstawieniu zmian politycznych i kulturowych, pokazując, że represyjny porządek może prowadzić do tragicznych i gwałtownych konsekwencji.
Dodatkowo romans przedstawiony w filmie pomiędzy dwoma kobietami jak na tamte czasy był czymś absolutnie niezwykłym. Produkcja wprawdzie nigdy nie uzyskała takiego statusu jak japońskie opowieści o duchach z początku XXI wieku, jednak dalej jawi się jako przykład doskonałej kontynuacji.
To nietypowa dość historia, która nie podąża ścieżką klasycznego sequela, a bardziej antologii. Ani postacie, ani mitologia przedstawiona w Schodach życzeń nie zostały zachowane. To zupełnie nowa historia, rozgrywająca się w identycznej scenerii. Fani horrorów z elementami nadprzyrodzonymi mogą być także rozczarowani, gdyż film korzysta z tego tropu wyłącznie pod koniec trzeciego aktu. Można pokusić się o stwierdzenie, że dużo bardziej pasuje mu łatka dramatu z romansem w tle, który rozgrywa się w brutalnym środowisku szkoły średniej. Bez względu na wszystko, to produkcja warta każdej minuty Waszego czasu, a jednocześnie niecodzienna kontynuacja, która skradnie Wasze serca.
Powrót do miasteczka Salem (1987)
Warto zaznaczyć, iż sequele do filmów na podstawie dzieł Stephena Kinga mają to do siebie, że są całkowicie oryginalnym materiałem. Tak też jest w przypadku Powrotu do miasteczka Salem, które powstało prawie dekadę po premierze Miasteczka Salem w reżyserii Tobe Hoopera – miniserii przekształconej w film kinowy. Tym razem za kamerą kontynuacji stanął król kina klasy B, czyli Larry Cohen, znany fanom bardzo złego kina z takich dzieł jak chociażby A jednak żyje! z 1974 roku.
Ponieważ jest to dzieło na wskroś Cohenowskie, nikogo nie powinno dziwić, że małe wampiry chodzą do szkoły dla wampirów, gdzie od czasu do czasu grają w kalambury. Do tego dodajmy kuriozalne sytuacje, gdy żona stwierdza, że jej mąż ma problemy z piciem, gdyż ten nie chce zrezygnować z ludzkiej krwi. Zamiast Van Helsinga mamy nieuczciwego łowcę nazistów, który w żaden sposób nie kwestionuje otaczającej go rzeczywistości i zamiast nazistów zaczyna zabijać wampiry.
By docenić, że mamy do czynienia z doskonałym sequelem, trzeba przyjąć do wiadomości, że nie ma on absolutnie nic wspólnego z oryginalnym dziełem. Kontynuacja przewyższa wszystkie pozostałe sequele dzieł Kinga samym faktem, iż jest kompletnie szalona. A może taka być, gdyż nie jest połączona w żaden sposób z materiałem źródłowym; ani z książką, ani z miniserią. Oczywiście akcja dzieje się w tym samym miejscu, które zamieszkują wampiry i ludzie, ale na tym podobieństwa się kończą. I to też stanowi siłę sequela.
Ostatnie dni Pattona (1986)
Patton z 1970 roku to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w życiu, oraz zdobywca siedmiu nagród Akademii, w tym dla najlepszego filmu oraz reżysera. Jednak na sequel z tą samą obsadą musieliśmy poczekać ponad 15 lat. Niestety, a może stety, produkcja okazała się filmem telewizyjnym, wyprodukowanym przez amerykańską stację CBS.
Dlaczego pozycja ta znalazła się na niniejszej liście? Bowiem to doskonały sequel w skali mikro do wielkiego dzieła filmowego w skali makro. Film telewizyjny skupia się na ostatnich dniach – jak mówi sam tytuł – kontrowersyjnej postaci, która w wieku 60 lat zmarła na skutek wypadku drogowego. George C. Scott, aktor wcielający się w Pattona, pokazuje, że jest aktorskim geniuszem. Ale nie tylko jego aktorska charyzma sprawia, że to produkt doskonały. Film zgłębia bowiem relacje pomiędzy Pattonem a Eisenhowerem, dając nam na ekranie pojedynek tytanów. Normalnie w filmach dramatycznych jedna strona ma rację, druga zaś się myli.
Mamy dramatyczne wymiany argumentów przyciągające uwagę widza, gdzie obie strony przedstawiają istotne punkty, z którymi trudno się nie zgodzić. To szermierka słowna, którą ogląda się dużym zaciekawieniem. To właśnie tego typu sceny sprawiają, że Ostatnie dni Pattona można by uznać za współczesny klasyk i doskonały sequel do genialnego oryginału.
A Wy macie jakieś propozycje doskonałych sequeli, o których mało kto słyszał?
