search
REKLAMA
Nowości kinowe

HALLOWEEN (2018). Sztuczna dynia

Krzysztof Walecki

29 października 2018

REKLAMA

Bardzo chciałem, aby nowe Halloween mi się spodobało. Nie tylko dlatego, że film miał wrócić do stylistyki oryginału z 1978 roku, nie tylko dlatego, że namówiono Johna Carpentera, autora pierwowzoru, do napisania muzyki, ani nawet z powodu powrotu Jamie Lee Curtis do roli Laurie Strode. Po reboocie Roba Zombiego (głównie drugiej części) wciąż pozostał przykry niesmak, wywołany nihilistycznym wydźwiękiem obu filmów, jak i uczynieniem z Michaela Myersa troglodyty z problemami psychicznymi. Już wcześniej ten morderca w białej masce był w przykry sposób obdarty z tajemniczości i grozy (w Przekleństwie Michaela Myersa stał się narzędziem w rękach sekty druidów, w Halloween: Powrocie bił się z Bustą Rhymesem), najwyższy czas zatem, aby przywrócić kinu jego prawdziwą, niezmąconą żadną mitologią oraz kiczem, naturę.

Reżyser i współscenarzysta, David Gordon Green, miał ambitny plan, aby wszystkie dotychczasowe sequele wyrzucić do kosza, łącznie z rewelacją z bezpośredniej kontynuacji, Halloween II, jakoby Myers i Strode byli rodzeństwem. Takie podejście zmienia wszystko, ponieważ bez tej informacji niezniszczalny psychopata ponownie zamienia się w potwora bez motywacji, zabijającego bez powodu. Nowy film zresztą rozpoczyna się od próby przepytania Michaela o noc sprzed 40 lat, kiedy to zamordował kilka osób po ucieczce z zakładu psychiatrycznego. Dwójka brytyjskich twórców podkastów przyjeżdża do ośrodka – Myers ma następnego dnia zostać przewieziony do innej placówki – aby zmusić go do jakiejkolwiek reakcji. Pomóc ma w tym jego maska, wypożyczona z prokuratury – morderca nawet na nią okiem nie rzuci, ale wyczuwa jej obecność. Słowem jednak nie piśnie. Nic nie powiedział od czterech dekad, dlaczego teraz miałby przemówić? Dziennikarz zatem stara się krzykiem przekonać Michaela, aby ten odwrócił się i spojrzał na maskę. I tak krzyczy, i krzyczy, i krzyczy, a im bardziej krzyczy, tym coraz większe mam wątpliwości odnośnie do umiejętności reżysera. Bo scena, w zamierzeniu mająca budzić napięcie i ciekawość widza, irytuje swoją nieporadnością. Rozgrywa się ona na spacerniaku, placu na tyle dużym, aby można było spokojnie stanąć naprzeciwko Myersa, a nie za jego plecami. Może wtedy spojrzałby na maskę, a Anglik nie musiał się na niego wydzierać. W tym jednym momencie (a to dopiero pierwsza scena) scenariuszowe lenistwo i reżyserska nieudolność postawiły pod znakiem zapytania przyjemność z reszty seansu.

Fabuła filmu znów dotyczy powrotu Michaela Myersa do swojego rodzinnego Haddonfield na Halloween, z zamiarem zaszlachtowania jak największej liczby osób. Tymczasem jego niedoszła ofiara, Laurie Strode, niesiostra, od 40 lat przygotowuje się na ponowne spotkanie z mordercą. Trauma uczyniła z niej wojownika, ale za cenę utraty rodziny. Skłócona z dorosłą córką (Judy Greer) – prawo do opieki nad nią straciła dawno temu – próbuje teraz nawiązać relacje ze swoją nastoletnią wnuczką (Andi Matichak). W sam czas, ponieważ po ucieczce Michaela z więziennego transportu dziwnym trafem jego ofiarami szybko padają znajomi najmłodszej Strode. Jak na film, który pożegnał rodzinne koligacje kata i ofiary, sprawa wydaje się aż nazbyt osobista – Laurie mówi o swoim prześladowcy po imieniu, jednocześnie widzi w nim kogoś więcej niż człowieka; uwaga tegoż zaś skierowana jest na jej bliskich, mimo że początkowo są to całkiem przypadkowe ofiary.

Trudno nie dostrzec w walce trzech pokoleń kobiet z męskim oprawcą analogii z dzisiejszą sytuacją związaną z ruchem #metoo, nawet jeśli scenariusz powstał, zanim publicznie oskarżono Harveya Weinsteina (jak na ironię, założone przez niego studio Miramax posiada prawa do Halloween i właśnie ich nowe logo możemy zobaczyć, jak tylko film się zaczyna). Doskonały przypadek zeitgeist, co może decydować o tym, dlaczego horror Greena jest takim przebojem. Szkoda, że twórca Boskiego chilloutu nie jest równie biegły w sztuce filmowej grozy – sceny ataków Michaela robią wrażenie inscenizacją i pomysłową kompozycją kadrów, ale rzadko kiedy straszą.

Reżyser idzie tropem Carpentera i stara się zaskoczyć widza, „chowając” przed nim Myersa tak, aby jego nagłe pojawienie się prowadziło do palpitacji serca. Pomyślane jest to często pierwszorzędnie, zwłaszcza w scenie, gdy niańczony chłopiec nie potrafi zasnąć, wciąż obserwując niedomkniętą szafę w swoim pokoju, czy też gdy Michael stopniowo zbliża się do pijanego nastolatka, wraz z kolejnym zgaśnięciem świateł uruchamianych za pomocą fotokomórki. Ale momenty te nie działają, bo Green, bardziej zaznajomiony z gatunkiem komedii, rozładowuje je humorem – dzieciak jest zbyt przemądrzały, podejrzliwy i zabawny, aby mogło mu coś grozić, a obraz spitego maturzysty, który myli Myersa z sąsiadem, śmieszy. Reżyser nie ma niestety talentu Wesa Cravena, potrafiącego w swym Krzyku zrównoważyć terror z komizmem, ale i nowy Halloween nie bardzo wie, czy rzeczywiście chce iść w tym kierunku. Są tu tropy sugerujące to, lecz ton całości jest zbyt poważny, aby widzieć w filmie ironiczny slasher.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA