Publicystyka filmowa
PÓŁ ŻARTEM, PÓŁ SERIO. Legenda wiecznie żywa
PÓŁ ŻARTEM, PÓŁ SERIO. Legenda wiecznie żywa to podróż w świat Marilyn Monroe, która mimo upływu lat nadal olśniewa swym blaskiem.
Marilyn Monroe odeszła w 1962 roku. Minęło już ponad 50 lat, a więc teoretycznie więcej niż dwa pokolenia. Wydawać by się mogło, że pamięć o niej powinna gasnąć – film rozwija się i stale sprzedaje nam nowe obiekty kultu. Nie da się jednak ukryć, że ich żywot jest krótkotrwały. Rok, dwa lata wielkiej popularności, czasem może i dziesięć, ale żeby pół wieku? Trudno dziś to sobie wyobrazić. Gwiazda Marilyn Monroe po tylu latach wciąż świeci zaś pełnym blaskiem. Słyszał o niej przecież każdy – to w końcu najsłynniejsza blondynka świata. Jej przedwczesna śmierć tylko umocniła ten mit.
Aktorka nie starzała się na naszych oczach, nie wycofywała powoli z blasku reflektorów, oddając pola młodszym i piękniejszym rywalkom. Po prostu odeszła. Legenda ekranu, jaką była, przetrwała zaś w nienaruszonym stanie.
MARILYN DO POTĘGI
Upływ czasu zostawiający ślady na urodzie jest niestety bolesną traumą wielu gwiazd filmowych oraz nieodwracalnym czynnikiem prowadzącym do upadku ich mitu. To smutna i gorzka prawda – próby walki z tym co naturalne i nieuniknione najczęściej kończą się zaś jeszcze gorzej. Przekonać można się było o tym choćby podczas ostatniego rozdania Oscarów, na którym pojawiła się Kim Novak, seksbomba lat pięćdziesiątych. Ponaciągana we wszystkie strony twarz gwiazdy Zawrotu głowy może i nie wyglądała na 82 lata, ale niemal nie poruszała się i po prostu straszyła.
Marilyn z kolei na zawsze pozostanie zjawiskową pięknością. To między innymi dlatego jest ona prawdziwym fenomenem. Myśląc o niej, mamy przed oczami oblicze utrwalone na obrazach Andy’ego Warhola. Przypomina się wtedy ponętna blondynka w różu śpiewająca o tym, że diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety albo scena podwiewania sukni ze Słomianego wdowca. Dla mnie jednak pierwszym skojarzeniem z Monroe jest zawsze Pół żartem, pół serio – moim zdaniem mamy w nim do czynienia z Marilyn do potęgi. Nigdy wcześniej ani później nie była ona tak piękna, tak zabawna, tak urocza i przede wszystkim tak dobra aktorsko jak w tym filmie.
Jest to właściwie produkcja bezbłędna, a Monroe jest jednym z jej podstawowych atutów. Naprawdę trudno wyobrazić sobie kogokolwiek innego w roli Sugar Kowalczyk – grającej na ukulele Polki, której zawsze trafia się gorzki koniec lizaka. To bez wątpienia jej najlepsza kreacja, prawdopodobnie najlepszy film z jej udziałem, a może i… najlepsza komedia w historii.
Pół żartem, pół serio miał swoją premierę równo 55 lat temu – 29 marca 1959 roku pokazano go szerokiej publiczności w nowojorskim The New Loew’s State Theater. Czerwony dywan, limuzyny, błyskające flesze, opatulona białym futrem Monroe rozsyłająca uśmiechy do fotografów oraz… atmosfera wielkiego sukcesu. Film Billy’ego Wildera, choć na swój kultowy status pracował latami, już w roku powstania uchodził za bardzo udany zarówno pod względem artystycznym, jak i komercyjnym.
Niewielu jednak wie, że jego pierwszy pokaz próbny zakończył się klapą. Seans testowy zaplanowano w Bay Theatre w Pacific Palidsades (ekskluzywna dzielnica Los Angeles) razem z dramatem psychologicznym Nagle, zeszłego lata. Konserwatywna publiczność w średnim wieku, dodatkowo przytłoczona ciężką atmosferą filmu Josepha L. Mankiewicza, zupełnie nie kupiła komediowego tonu Pół żartem, pół serio. W pełnej sali na 800 miejsc śmiała się ponoć tylko jedna osoba, którą później okazał się być Steve Allen – komik, osobowość telewizyjna i pierwszy prowadzący legendarnego programu The Tonight Show.
Choć wszyscy aktorzy spodziewali się ostrych cięć w montażowni, a może nawet i dokrętek, Wilder był pewien swojego filmu – usunął z niego tylko jedną krótką scenę, a następnie pokazał go w Westwood, dzielnicy zamieszkiwanej głównie przez studentów. Tym razem publiczność śmiała się od pierwszej do ostatniej minuty seansu i można powiedzieć, że dzieje się tak do dziś. Pół żartem, pół serio jest bowiem filmem, który – tak samo jak jego główna gwiazda – nie starzeje się. Oglądany po tylu latach wciąż zapewnia świetną rozrywkę, a w wielu krajach (m.in. w Polsce) wprowadzany jest ponownie do kin.
DWAJ FACECI W DAMSKICH CIUSZKACH
Inspiracją dla filmu była niemiecka komedia Fanfaren der Liebe opowiadająca o dwóch biednych muzykach, którzy przebierają się, aby dostać zatrudnienie w różnych orkiestrach (np. w orkiestrze afrykańskiej wśród czarnoskórych lub cygańskiej). Dostają się też do zespołu kobiecego i ten właśnie wątek zainteresował Wildera. Wraz ze scenarzystą I.A.L. Diamondem postanowił jednak dodać do tego motyw gangsterski – główni bohaterowie Pół żartem, pół serio zakładają kobiece kostiumy, ponieważ byli świadkami mafijnej egzekucji.
Wiedząc, że są ścigani przez gangsterów, wstępują do żeńskiego zespołu jazzowego jadącego na tournee do Miami. Postać szefa gangu Spatsa Colombo wyraźnie nawiązuje do Ala Capone, zaś samo morderstwo do złudzenia przypomina tzw. Masakrę w Dniu Świętego Walentego 1929 roku. Potem jednak mamy do czynienia już z czystą fikcją, a może nawet abstrakcją. Joe i Jerry (przemianowani na Josephine i Daphne) dobrze odnajdują się w zespole, nie wzbudzają niczyich podejrzeń, a nawet zaprzyjaźniają się z Sugar – głupiutką, acz dobroduszną Polką mającą słabość do alkoholu oraz nieodpowiednich mężczyzn. Należałoby dodać, że grana przez Monroe wokalistka jest też niezwykle atrakcyjna i Joe szybko się w niej zakochuje. ..
Od tej chwili historia zaczyna się oczywiście komplikować. Każdy prowadzi tutaj jakąś grę. Joe za dnia wciela się w saksofonistkę Josephine, a wieczorami udaje milionera, próbując zawrócić w głowie Sugar. Ona sama, licząc, że mąż milioner pomógłby jej wyjść na prostą, ucieka się do różnych kłamstewek, przedstawiając wyidealizowaną wersję swojej osoby. Jerry zaś (a raczej Daphne) staje się obiektem zainteresowania prawdziwego bogacza przebywającego w tym samym hotelu, co orkiestra. Jeśli dodać do tego, że wkrótce przyjeżdża tam także gang Colombo… Tak, w filmie dzieje się całkiem sporo – dynamiczność fabuły to jedna z głównych zalet Pół żartem, pół serio. W kilku momentach film przypomina wręcz farsy braci Marx.
To typowa komedia pomyłek wzbudzająca salwy śmiechu nawet przy wielokrotnych seansach. Scenariusz być może zahacza miejscami o absurd, jednak nie mamy tu do czynienia z wydłużonym do dwóch godzin żartem na temat dwóch facetów przebierających się w damskie ciuszki. Film ma świetne cięte dialogi, a niektóre z jego one-linerów przeszły do historii kina. To przede wszystkim one, a nie humor sytuacyjny sprawiają, że podczas oglądania „Pół żartem, pół serio” można popłakać się ze śmiechu. Nieźle prezentuje się też warstwa muzyczna zapewniana przez śpiewającą Monroe, która może nie była wybitną wokalistką, ale zawsze dobrze rozumiała o czym śpiewa i potrafiła te słowa sprzedać („I Wanna Be Loved By You” z pewnością niejeden z widzów odebrał osobiście).
Pół żartem, pół serio to jednak przede wszystkim kreacje aktorskie. Tony Curtis, Jack Lemmon i Marilyn Monroe to idealnie dobrany tercet, który świetnie prezentuje się na ekranie. Każde z nich dostaje szansę, by rozbłysnąć i każde wykorzystuje ją najlepiej jak tylko można.
NARODZINY GWIAZD
Joe, Jerry i Sugar to dziś postaci kultowe, zresztą tak jak i cały film. Mimo wielu innych sukcesów na koncie, role te stały się dla wszystkich aktorów wizytówką kariery. Żadne z nich nie było jednak pierwszym wyborem reżysera. Na etapie tworzenia scenariusza Wilder w głównych rolach widział Danny’ego Kaye’a i Boba Hope’a. Dopiero później stwierdził, że wolałby, aby przynajmniej jeden z aktorów był młodszy. Kojarzył Lemmona, ale dopóki nie spotkał go osobiście, nie brał go pod uwagę.
Wypatrzył go jednak jedząc kolację w restauracji. Podszedł do jego stolika, zapytał czy mógłby zająć mu chwilę, po czym w ciągu kilkunastu sekund streścił cały film. Na koniec zaznaczył: „Oczywiście przez niemal cały czas będziesz przebrany za kobietę. Pasuje ci?”. Oszołomiony Lemmon miał odpowiedzieć jedynie „OK”. Później rolę dostał Curtis, który wywarł wrażenie na Wilderze swoim występem w „Słodkim zapachu sukcesu”. W Sugar wcielić się miała zaś znana z musicali Mitzi Gaynor.
Studio nie było jednak zadowolone z takiej obsady. Przedstawiciele Mirisch Company naciskali, aby w „Pół żartem, pół serio” wystąpiła prawdziwa gwiazda. Spodziewano się, że film z powodu tematyki drag może być odebrany jako zbyt kontrowersyjny. Poza tym uważano, że komedia rozpoczynająca się Masakrą w Dniu Świętego Walentego to czyste szaleństwo. Zasłużony producent David O. Selznick (m.in. Przeminęło z wiatrem) powiedział wprost, że krew i żarty nie idą w parze. Projekt wydawał się być ryzykowny, więc wytwórnia chciała kogoś, kto bez względu na wszystko zapewni wysokie wpływy w box-office.
Nikt z tria Lemmon/Curtis/Gaynor nie posiadał jednak takiej pozycji. Wtedy do roli Jerry’ego zaczęto przygotowywać Franka Sinatrę, któremu spodobał się scenariusz. Tym samym udział Lemmona został zagrożony. Szczęśliwie dla niego (i dla całego filmu, jak można stwierdzić z perspektywy czasu) Sinatra wykluczył się jednak sam. Po prostu nie przyszedł na spotkanie z reżyserem. Wilder mocno się zdenerwował, powiedział, że angaż dostaje Lemmon, a problem wytwórni został rozwiązany niedługo potem. Chęć udziału w filmie wyraziła bowiem Marilyn Monroe. Nie dość, że studio miało swoją gwiazdę, była to gwiazda największego formatu – prawdziwy magnes na widzów.
Teoretycznie korzyścią dla nowego projektu Wildera powinien być też fakt jego wcześniejszej współpracy z aktorką. Monroe wystąpiła w reżyserowanym przez niego kilka lat wcześniej Słomianym wdowcu, który okazał się wielkim przebojem. Już wtedy jednak przechodziła załamania nerwowe i praca z nią nie należała do łatwych. Nie inaczej było w przypadku Pół żartem, pół serio. Problemy zaczęły się już na wstępnym etapie produkcji, gdy nie zgadzała się na to, aby film był kręcony na czarno-białej taśmie. Dopiero długie tłumaczenia i pokazanie jej, jak bardzo źle wyglądał makijaż Lemmona i Curtisa w kolorze sprawiły, że przekonała się do wizji reżysera.
Potem było jednak tylko gorzej. Marilyn notorycznie spóźniała się na zdjęcia („Przepraszam, zgubiłam się idąc do studia”), a gdy już pojawiała się na planie, domagała się ciągłych dubli.
Przeżywała wtedy problemy osobiste i nie wierzyła w swoje aktorskie umiejętności. Nie raz zdarzało się, że przerywała scenę tuż przed jej końcem i z płaczem uciekała do garderoby. Jak wspominał Wilder: „Czasami coś, co mogliśmy nakręcić w godzinę, przeciągało się do trzech dni. Po każdym złym ujęciu Marilyn zaczynała płakać, makijaż jej spływał i musiał być nakładany ponownie”. Poza tym aktorka miała trudności w zapamiętywaniu swoich kwestii. Prawdziwy jest słynny mit filmowy mówiący o tym, że do nagrania prostej sceny, w której miała powiedzieć „Gdzie jest ten burbon?”, potrzeba było ponad 50 ujęć. Szukając butelki, musiała otworzyć szufladę komody – by ułatwić jej zadanie, Wilder włożył do niej kartkę z napisaną na niej poprawną kwestią. Marilyn za każdym razem otwierała jednak inną szufladę. Gdy reżyser umieścił zaś kartki we wszystkich, tak, aby nie doszło już do pomyłki, aktorka podeszła do innego mebla.
CAŁUJĄC SIĘ Z HITLEREM
Takie sytuacje wpływały oczywiście na pozostałych aktorów. Zdjęcia przeciągały się, a Lemmon i Curtis grali przecież z grubą warstwą makijażu, w niewygodnych damskich kostiumach i butach na obcasach. Wilder wprost powiedział im, że do filmu wejdą te ujęcia, w których dobrze wypadnie Monroe – panowie musieli być więc cały czas w stanie najwyższej koncentracji. Lemmon, który nie miał z nią aż tak wielu wspólnych scen, znosił to całkiem nieźle. Był dobrym duchem ekipy. Curtis natomiast doprowadzany był przez swoją ekranową partnerkę na skraj wytrzymałości.
Wiedział, że jego rola zależna była od humorów Monroe i strasznie go to irytowało. W jednym z wywiadów stwierdził nawet, że Marilyn musiała być chora psychicznie – „Gdyby nie była tak seksowna i nie miała 96 centymetrów w biuście, na pewno by ją zamknęli w zakładzie”. Wyraźnie nie przepadał za swoją koleżanką z planu, a pytany jak to jest całować najbardziej pożądaną kobietę świata odpowiadał, że to tak, jakby całować Hitlera.
Co jest w tym wszystkim najciekawsze? Oglądając film tych problemów w ogóle nie widać! Wręcz przeciwnie – wydaje się, jakby na planie panowała atmosfera zabawy, a aktorzy byli ze sobą w świetnych stosunkach. Zdecydowanie widać między nimi chemię. Każde z osobna tworzy też na ekranie zapadającą w pamięć kreację. Curtis na przykład jest naprawdę uroczy jako fałszywy milioner Junior – chcąc zbliżyć się do Sugar opowiada jej, że wskutek traumatycznego przeżycia przestał odczuwać pożądanie. Ta oczywiście zaoferuje swoje usługi i będzie robić wszystko, aby mógł je poczuć na nowo.
Z jednej strony jest w tej roli przekonujący na tyle, że możemy usprawiedliwić naiwność Sugar, z drugiej – nie zapomina o potrójnej tożsamości, z której zdają sobie sprawę widzowie. Interesujący jest fakt, że tworząc tę postać Curtis inspirował się sposobem mówienia swojego idola Cary’ego Granta. Niektórzy odbierają ten występ nawet jako parodię słynnego aktora i trzeba przyznać, że udało się to naprawdę dobrze. Junior Curtisa à la Grant to zdecydowanie jeden ze smaczków „Pół żartem, pół serio”.
Rola Joe/Josephine/Juniora nie była jednak aż tak barwna jak ta, którą otrzymał Jack Lemmon. Jego Jerry, który świetnie odnajduje się w nowej skórze, a po pewnym czasie nawet wdaje się w romans z milionerem, z którym planuje wspólną przyszłość, to typ kreacji, które przechodzą do historii kina. Lemmon ma na koncie dwa Oscary, a także główną rolę w wielokrotnie nagradzanej Garsonierze, jednak przez wielu kojarzony jest po prostu jako kontrabasistka Daphne. Aktor, który przed rozpoczęciem zdjęć miał spore obawy co do filmu („Przyjaciele mówili mi, że mogę zaprzepaścić tym występem swoją karierę.
To film był dla aktorów jak pole minowe”) ostatecznie postanowił w pełni oddać się temu projektowi. Godzinami siedział z ekspertem od make-upu, próbując znaleźć idealny makijaż, uczył się tanga i negocjował z zatrudnionym przez Wildera aktorem imitacyjnym (Lemmon uważał, że zbyt duża perfekcja w naśladowaniu kobiety byłaby nieśmieszna). Angażując się tak bardzo, chciał nadać swojej roli wyższy wymiar i uniknąć sprowadzania jej do transwestytyzmu. Jednym z atutów „Pół żartem, pół serio” jest metamorfoza zachodząca w obu mężczyznach – będąc w przebraniach odkrywają inną stronę swojej osobowości i zaczynają lepiej rozumieć kobiety (gender alert!). Lemmon pozostaje jednak przy tym niezwykle zabawny. Scena, w której chwali się swojemu przyjacielowi, że został poproszony o rękę, śmieszy do łez – to prawdziwe mistrzostwo komedii.
Lemmon i Curtis spisują się świetnie, tak samo jak i cały drugi plan. Swoje pięć minut wykorzystują choćby komik Joe E. Brown jako milioner zakochujący się w Daphne oraz George Raft w roli gangstera Colombo. Jednak gwiazda Monroe świeci w tym filmie jaśniej niż wszystkie inne. Ona po prostu błyszczy. Nie wiem jak jej się to udało, ale pomimo wszystkich problemów stworzyła w tym filmie wybitną komediową kreację. Jasne, być może znowu gra tutaj tę samą rolę głupiutkiej blondynki, ale nie ma na świecie aktorki, która zrobiłaby to lepiej niż ona. Jest bardzo przekonująca, dobrze radzi sobie z humorystycznymi dialogami i ubiera swoją rolę w całe pokłady bezpretensjonalnego uroku. Najważniejsza jest tutaj jednak aura, jaką wokół siebie roztacza, to coś, co sprawia, że trudno oderwać od niej wzrok. W „Pół żartem, pół serio” dzieje się tak już od pierwszego momentu, w którym pojawia się na ekranie. Żwawo idąc po peronie ze swoim ukulele przyciąga spojrzenia nie tylko dwóch głównych bohaterów, ale przede wszystkim widzów. Wilder ponownie stosuje zresztą w tym filmie tzw. „ujęcie Marilyn” pokazujące jej atuty fizyczne, tym razem od tyłu.
Gdy Sugar kołyszącym krokiem zmierza w stronę pociągu, bucha z niego para. Przestraszona dziewczyna odskakuje wtedy, wprawiając w ruch swoją masywną pupę. Przyglądający się jej Joe i Jery skomentują to najlepiej jak tylko można – „Niczym galareta na sprężynach”… Wydawało się, że film ten był zwiastunem nowego, pozytywnego etapu jej kariery i życia. Tak się jednak nie stało. W 1960 roku wystąpiła w niezbyt udanym Pokochajmy się, a następnie w Skłóconych z życiem – dramacie według scenariusza jej ówczesnego męża Arthura Millera, gdzie próbowała pokazać inną Marilyn oraz udowodnić swój talent aktorski. Film ten odczytywany jest dziś jednak przede wszystkim jako wołanie o pomoc zagubionej kobiety.
5 sierpnia 1962 roku, w wieku zaledwie 36 lat, Monroe zmarła, prawdopodobnie po przedawkowaniu środków nasennych. Nie ukończyła swego ostatniego filmu. Odeszła bez pożegnania, pozwalając, by jej legenda żyła jeszcze długie lata. *
Omawiając pracę nad filmem, Wilder mówił, że czuł się tak, jakby w trakcie lotu samolotem okazało się, że na pokładzie jest szaleniec. Był w ciągłym stresie. Pytany czy nakręciłby jeszcze jakiś obraz z Monroe, odpowiadał: „Mój lekarz i mój psychoterapeuta twierdzą, że jestem zbyt stary i zbyt bogaty, aby musieć przechodzić to jeszcze raz”. Po sukcesie filmu nie był już jednak tak krytyczny wobec aktorki. W jednym z wywiadów powiedział, że tylko prawdziwa artystka mogłaby sobie pozwolić na przyjście na plan bez znajomości swoich kwestii i mimo wszystko zagrać tak dobrą rolę. Ogromna popularność obu jego filmów z Monroe świadczyła zresztą o tym, że opłaca się z nią pomęczyć. Jak się później okazało, planowali kolejny wspólny film – Marilyn miała wystąpić w jego „Słodkiej Irmie” z 1963 roku. Z wiadomych powodów do tej współpracy jednak nie doszło.
Mimo że Wilder rok później nakręcił uznaną Garsonierę, to właśnie z Pół żartem, pół serio był najbardziej dumny. Film nie zawojował co prawda Oscarów, wpływy z kin nie należały do rekordowych, jednak czas mu służył – dziś jest to zdecydowanie dzieło kultowe. W 2001 roku został uznany przez Amerykański Instytut Filmowy za najlepszą komedię w historii. Umieszczany jest bardzo wysoko we wszystkich rankingach na najwybitniejsze filmy wszech czasów. Na najwyższych pozycjach w tego typu zestawieniach znajduje się też końcowa kwestia filmu. Choć nie podobała się ona Wilderowi i liczył na to, że zdoła wymyślić coś lepszego, dał się namówić swojemu współscenarzyście, który przekonał go argumentem o i tak wydłużonym okresie zdjęciowym. Scena ostatecznie pojawiła się w filmie, tworząc jedno z najbardziej charakterystycznych filmowych zakończeń. Jeśli oglądaliście Pół żartem, pół serio, doskonale je pamiętacie. Jeśli nie, nie będę zabierał Wam tej przyjemności. Sami przekonajcie się, w jaki sposób tworzy się historia kina.
GALARETA NA SPRĘŻYNACH
Co ważne, był to pierwszy występ Monroe po dwuletniej przerwie i kolejnym załamaniu, jakie przeszła w Europie podczas pracy nad „Księciem i aktoreczką”. Jest to powrót niezwykle udany, za który uhonorowano ją Złotym Globem – jej jedyną poważną nagrodą. Kilka miesięcy po premierze Pół żartem, pół serio otrzymała też swoją gwiazdę w Hollywoodzkiej Alei Sławy.
