Publicystyka filmowa
MIASTO UMARŁYCH (1960). Spalić wiedźmę!
MIASTO UMARŁYCH to fascynująca podróż przez mroczne oblicza czarownic, gdzie nie ma miejsca na litość ani wątpliwości!
Wiedźmy wróciły do łask wśród miłośników filmowej grozy, czego najlepszym potwierdzeniem jest nowa wersja przygód parającej się czarną magią nastolatki w Chilling Adventures of Sabrina oraz remake kultowej Suspirii, w której szkoła tańca jest przykrywką dla sabatu czarownic.
Nie tak dawno straszyły nas również tytułowa Baba Jaga, nieboszczka nieznanego pochodzenia w Autopsji Jane Doe oraz ta, od której cała ta fala się rozpoczęła, czyli Czarownica z nowoangielskiej bajki ludowej. Znalazło się nawet miejsce dla komediowej Czarownicy miłości, na chwilę wróciła wiedźma z Blair, a jeden z sezonów American Horror Story był znacząco zatytułowany Coven. Nawet studio Disneya myśli o kontynuacji ich przeboju sprzed ćwierć wieku, Hocus Pocus, Robert Zemeckis przymierza się zaś do ponownej ekranizacji Wiedźm według Roalda Dahla (pierwszą, pamiętną wersję nakręcił Nicolas Roeg w 1990 roku).
Na przestrzeni zaledwie kilku lat powstało więcej filmów o czarownicach niż przez ostatnich parę dekad. Jeśli przyjrzeć się horrorowej spuściźnie, można by orzec, że ostatni raz taka sytuacja miała miejsce dobre pół wieku temu.
Miasto umarłych w reżyserii Johna Llewellyna Moxeya z 1960 roku powstało, kiedy kino grozy znów zaczęło chętnie korzystać z gotyckiej spuścizny literackiego horroru – tego samego roku Amerykanin Roger Corman nakręcił Upadek domu Usherów, swoją pierwszą ekranizację prozy Edgara Allana Poego, a Włoch Mario Bava zaskoczył świat debiutancką Maską szatana, luźną adaptacją Wija Mikołaja Gogola. Również studio Hammera przeżywało wówczas pasmo triumfów dzięki serii krwawych reinkarnacji słynnych potworów – Drakuli, potwora Frankensteina czy też mumii. Wiedźmy i czarownice były nader częstymi bohaterkami tamtych horrorów, częściej na drugim niż pierwszym planie, gdzie były palone na stosach bądź służyły zaskakującą pomocą głównemu bohaterowi. Bohaterka Miasta umarłych już w pierwszej scenie ginie w płomieniach, ale szybko wraca z martwych, bynajmniej nie po to, aby komukolwiek pomóc.
Jest rok 1692. Elizabeth Selwyn zostaje skazana na śmierć przez mieszkańców położonego w Nowej Anglii Whitewood za konszachty z diabłem. Już na stosie kobieta zwraca się bezpośrednio do Lucyfera, prosząc go o pomoc i rzucając klątwę na miasto. Blisko 300 lat później studiująca historię o czarownicach Nan Barlow jedzie do Whitewood, aby zebrać materiały do swojej pracy. Na miejscu melduje się w zajeździe Raven’s Inn prowadzonym przez niejaką panią Newless, w której widzowie bez trudu rozpoznają Elizabeth Selwyn. Zanim Nan odkryje, że pobyt w pogrążonym w gęstej mgle mieście może grozić niebezpieczeństwem, będzie za późno. Wkrótce na poszukiwania dziewczyny ruszają jej brat oraz chłopak.
Napisane przez George’a Baxta Miasto umarłych powstało na podstawie pomysłu Miltona Subotsky’ego, już wkrótce współzałożyciela studia Amicus Productions, największego rywala Hammera. Zwłaszcza ich nowelowe horrory cieszyły się wówczas wielką popularnością, by wymienić tylko Opowieści z krypty, Gabinet Grozy doktora Zgrozy oraz The Vault of Horror. Warto nadmienić, że drugim założycielem był Max Rosenberg, producent, którego Subotsky poznał na planie właśnie Miasta umarłych.
Film Moxeya utrzymany jest w podobnej stylistyce, co najlepsze dokonania Amicusa – całość, z wyłączeniem prologu, rozgrywa się współcześnie, bohater, stąpający twardo po ziemi racjonalista, zmuszony jest przyznać się do działania sił, w które do tej pory nie wierzył, a realizm świata przedstawionego jest skonfrontowany z planem fantastycznym do tego stopnia, że w finale po tym pierwszym pozostaje zaledwie wspomnienie. Pragmatykiem i niedowiarkiem jest tu brat Nan, Richard Barlow, historyk, któremu nie w smak, że jego siostra uczy się o czarownicach, ale zanim przejmie on narracyjne stery, śledzić będziemy jej podróż do Whitewood i tragiczny koniec w Raven’s Inn.
Zabawne, jak bardzo szkielet fabularny Miasta umarłych przypomina Psychozę, do której zdjęcia rozpoczęły się miesiąc później, ale która zadebiutowała na kinowych ekranach nieco wcześniej (arcydzieło Hitchcocka pojawiło się w czerwcu 1960 roku, a debiut Moxeya we wrześniu). W obu główną bohaterką jest młoda kobieta, która zatrzymuje się w małym hotelu, tylko po to, aby zostać tam zamordowaną. Do tego wydarzenia dochodzi w połowie filmu, pozbawiając tym samym widza, oszukanego nagłym zwrotem akcji, poczucia pewnego komfortu.
Następnie akcję obserwujemy z perspektywy rodzeństwa zabitej (w Psychozie jest to siostra, w Mieście umarłych brat) oraz jej partnera, którzy odkrywają upiorną tajemnicę. Gdyby dzieło Moxeya pojawiło się w kinach przed dreszczowcem Hitchcocka, nie uczyniłoby większej szkody temu późniejszemu ani tym bardziej nie zapisałoby się w kinowych annałach. Podczas gdy jeden z tych filmów jest skończonym arcydziełem, drugi zapewni rozrywkę głównie miłośnikom gotyckiego straszenia.
Duża w tym rola grającej Elizabeth Selwyn Patricii Jessel, demonicznej nawet w momentach, gdy udaje zwyczajną właścicielkę prowincjonalnego zajazdu. Są w niej i duma, i skrzętnie skrywane zło, brak jakichkolwiek cech, które mogłyby świadczyć na jej korzyść, ale tak to już jest, gdy oddaje się swoją duszę diabłu za cenę wiecznego życia. Wiedźma z niej pierwszorzędna. Partnerujący jej Valentine Dyall jest nie mniej efektywny jako Jethrow Keane, satanista w kostiumie purytanina, który w teraźniejszości ujawnia się potencjalnym ofiarom na skraju drogi prowadzącej do Whitewood. Christopher Lee, wówczas już znany ze swojej legendarnej interpretacji postaci hrabiego Drakuli, tutaj gra profesora Driscolla, zajmującego się historią prześladowanych czarownic i czarowników.
Szybko możemy domyślić się jego prawdziwej natury, gdyż to właśnie on wysyła biedną Nan do tytułowego miasta umarłych. W tę wciela śliczna Vanetia Stevenson i aż serce się kraje, gdy widzimy, co ją spotyka. Szkoda, że zastępujący ją Dennis Lotis (Richard) oraz Tom Naylor (jej chłopak, Bill) grają topornie, zwłaszcza na tle czarnych charakterów; inna rzecz, że druga połowa filmu dosyć nieroztropnie kopiuje wcześniejsze rozwiązania, przez co ogląda się ją zwyczajnie gorzej. Na szczęście sytuację ratuje Betta St. John jako wnuczka lokalnego pastora. Niby w tej samej roli, co Vanetia, czyli możliwej ofiary wyznawców diabła, lecz jedno trzeba im przyznać – wybierają same piękności.
Gęsta, wysoka mgła wydaje się tu zastępować powietrze, kostium i zjawy coraz wyraźniej odchodzą od atomowego zagrożenia poprzedniej dekady, a widok Christophera Lee na ekranie służy za najlepsze potwierdzenie, że oglądamy brytyjski film grozy, nawet jeśli jego akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych. Atmosferę można tu kroić nożem, zwłaszcza po dotarciu Nan do Whitewood, gdzie każdy przechodzień odrzuca swoją nienaturalnością (jakże podobni są oni do tubylców w Lovecraftowskim Dagonie), i nawet gdy twórcom brakuje pomysłów, a po pewnym czasie zaczynają kręcić się w miejscu, efektowny finał wynagradza wszystko.
Zwłaszcza zdjęcia Desmonda Dickinsona urzekają nasyconą czernią i kontrastem – kiedy podczas satanistycznej ceremonii na cmentarzu dochodzi do ostatecznej konfrontacji, to właśnie ciemne sylwetki, niewidoczne twarze oraz rozjaśniająca obraz mgła robią największe wrażenie.
Nie jest to najlepszy film o wiedźmach (tym pewnie wciąż pozostają nieme Czarownice Benjamina Christensena z 1922 roku), ale całkiem reprezentatywny, jeśli chodzi o czas jego powstania. W tym samym roku wyszła wspomniana już Maska szatana, której fabuła ma sporo punktów zbieżnych z debiutem Moxeya, choć realizacyjnie są to dwa zupełnie różne twory. Barbara Steele wydaje się dużo bardziej atrakcyjną ekranową wiedźmą, ale brakuje jej chłodu i wyniosłości Patricii Jessel, jakże potrzebnych dla służebnicy diabła. Jej Elizabeth Selwyn zdecydowanie wie, dla czego poświęciła życie oraz duszę i wygląda na więcej niż zadowoloną ze swojego losu. No, może z wyjątkiem momentu, gdy płonie na stosie.
