search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

MIASTO UMARŁYCH (1960). Spalić wiedźmę!

Krzysztof Walecki

9 listopada 2018

REKLAMA

Wiedźmy wróciły do łask wśród miłośników filmowej grozy, czego najlepszym potwierdzeniem jest nowa wersja przygód parającej się czarną magią nastolatki w Chilling Adventures of Sabrina oraz remake kultowej Suspirii, w której szkoła tańca jest przykrywką dla sabatu czarownic. Nie tak dawno straszyły nas również tytułowa Baba Jaga, nieboszczka nieznanego pochodzenia w Autopsji Jane Doe oraz ta, od której cała ta fala się rozpoczęła, czyli Czarownica z nowoangielskiej bajki ludowej. Znalazło się nawet miejsce dla komediowej Czarownicy miłości, na chwilę wróciła wiedźma z Blair, a jeden z sezonów American Horror Story był znacząco zatytułowany Coven. Nawet studio Disneya myśli o kontynuacji ich przeboju sprzed ćwierć wieku, Hocus Pocus, Robert Zemeckis przymierza się zaś do ponownej ekranizacji Wiedźm według Roalda Dahla (pierwszą, pamiętną wersję nakręcił Nicolas Roeg w 1990 roku).

Na przestrzeni zaledwie kilku lat powstało więcej filmów o czarownicach niż przez ostatnich parę dekad. Jeśli przyjrzeć się horrorowej spuściźnie, można by orzec, że ostatni raz taka sytuacja miała miejsce dobre pół wieku temu.

Miasto umarłych w reżyserii Johna Llewellyna Moxeya z 1960 roku powstało, kiedy kino grozy znów zaczęło chętnie korzystać z gotyckiej spuścizny literackiego horroru – tego samego roku Amerykanin Roger Corman nakręcił Upadek domu Usherów, swoją pierwszą ekranizację prozy Edgara Allana Poego, a Włoch Mario Bava zaskoczył świat debiutancką Maską szatana, luźną adaptacją Wija Mikołaja Gogola. Również studio Hammera przeżywało wówczas pasmo triumfów dzięki serii krwawych reinkarnacji słynnych potworów – Drakuli, potwora Frankensteina czy też mumii. Wiedźmy i czarownice były nader częstymi bohaterkami tamtych horrorów, częściej na drugim niż pierwszym planie, gdzie były palone na stosach bądź służyły zaskakującą pomocą głównemu bohaterowi. Bohaterka Miasta umarłych już w pierwszej scenie ginie w płomieniach, ale szybko wraca z martwych, bynajmniej nie po to, aby komukolwiek pomóc.

Jest rok 1692. Elizabeth Selwyn zostaje skazana na śmierć przez mieszkańców położonego w Nowej Anglii Whitewood za konszachty z diabłem. Już na stosie kobieta zwraca się bezpośrednio do Lucyfera, prosząc go o pomoc i rzucając klątwę na miasto. Blisko 300 lat później studiująca historię o czarownicach Nan Barlow jedzie do Whitewood, aby zebrać materiały do swojej pracy. Na miejscu melduje się w zajeździe Raven’s Inn prowadzonym przez niejaką panią Newless, w której widzowie bez trudu rozpoznają Elizabeth Selwyn. Zanim Nan odkryje, że pobyt w pogrążonym w gęstej mgle mieście może grozić niebezpieczeństwem, będzie za późno. Wkrótce na poszukiwania dziewczyny ruszają jej brat oraz chłopak.

Napisane przez George’a Baxta Miasto umarłych powstało na podstawie pomysłu Miltona Subotsky’ego, już wkrótce współzałożyciela studia Amicus Productions, największego rywala Hammera. Zwłaszcza ich nowelowe horrory cieszyły się wówczas wielką popularnością, by wymienić tylko Opowieści z krypty, Gabinet Grozy doktora Zgrozy oraz The Vault of Horror. Warto nadmienić, że drugim założycielem był Max Rosenberg, producent, którego Subotsky poznał na planie właśnie Miasta umarłych. Film Moxeya utrzymany jest w podobnej stylistyce, co najlepsze dokonania Amicusa – całość, z wyłączeniem prologu, rozgrywa się współcześnie, bohater, stąpający twardo po ziemi racjonalista, zmuszony jest przyznać się do działania sił, w które do tej pory nie wierzył, a realizm świata przedstawionego jest skonfrontowany z planem fantastycznym do tego stopnia, że w finale po tym pierwszym pozostaje zaledwie wspomnienie. Pragmatykiem i niedowiarkiem jest tu brat Nan, Richard Barlow, historyk, któremu nie w smak, że jego siostra uczy się o czarownicach, ale zanim przejmie on narracyjne stery, śledzić będziemy jej podróż do Whitewood i tragiczny koniec w Raven’s Inn.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA