Recenzja Pokłosia, najnowszego filmu Władysława Pasikowskiego | FILM.ORG.PL

Pokłosie (37. Gdynia Film Festival)

Długo oczekiwany powrót Władysława Pasikowskiego. Emocjonujący i szalenie odważny.




Thriller w realiach polskiej wsi




Grzegorz Fortuna
16.05.2012


Są takie sceny, dla których warto być kinomanem. Siedzisz i wiesz, że oglądasz coś niezwykłego. Nie zastanawiasz się nad psychologicznym prawdopodobieństwem, nie myślisz o tym, co dałoby się poprawić, nie zauważasz pomniejszych błędów inscenizacyjnych. Po prostu jesteś „w filmie”, chłoniesz go i nie obchodzi cię nic poza rozgrywającymi się zdarzeniami. Takich momentów jest w „Pokłosiu” co najmniej kilka. 

Władysław Pasikowski wrócił na wielki ekran po jedenastu latach milczenia z gigantyczną bombą, którą – z charakterystyczną dla siebie brawurą – detonuje na naszych oczach. Mówimy w końcu o facecie, który trzy lata po upadku komuny, w kraju ciągle przepełnionym powszechnym szacunkiem dla wszelkich opozycyjnych symboli, zaprezentował film ze sceną przedstawiającą esbeków wynoszących pijanego kolegę i śpiewających przy tym piosenkę „Janek Wiśniewski padł”. O kimś, kto w głębokim poważaniu miał gwizdy towarzyszące pierwszym pokazom swoich filmów, bo miał jednocześnie świadomość, że robi dzieła kultowe. I wreszcie – o twórcy, który jako jedyny w Polsce wie, jak się kręci filmy po amerykańsku. „Pokłosie” weszło do programu Festiwalu w Gdyni dzień przed jego zakończeniem i od razu wywołało burzę. Absurdalne zarzuty o „antypolskość” (wrócimy do nich za moment) pojawiły się już chwilę po seansie, choć skontrastowane były z głosami zachwytu. Nie ma co się dziwić, Pasikowski znowu wetknął kij w mrowisko. Kiedy „Pokłosie” wejdzie do polskich kin na jesieni, będzie z nim niemała afera.

Wbrew zapowiedziom, nie jest to film o pogromie w Jedwabnem. Nazwa miejscowości brzmi zupełnie inaczej, a okoliczności mordu są nieco inne. Dzisiaj wiemy, że sytuacji takich jak w Jedwabnem było w Polsce co najmniej kilkadziesiąt, w różnych wsiach, w różnych miejscach kraju. Pasikowski świadomie nie wybrał żadnej z nich, bo nie chodzi mu o rekonstruowanie historii, a o opisanie pewnego modelu zdarzeń, które ciągle wywołują u nas spore kontrowersje. W „Pokłosiu” dokonany przez Polaków mord jest więc katalizatorem, a nie esencją historii; akcja ma zresztą miejsce niemal współcześnie (data nie zostaje podana wprost, ale można się domyślić, że mamy początek XXI wieku). Dzięki tym prostym zabiegom reżyser w zręczny sposób uzyskał dwie rzeczy. Po pierwsze – nikt go nie posądzi o uprawianie taniej publicystyki. Po drugie – nie ma w „Pokłosiu” epatowania wojenną brutalnością i, co za tym idzie, prób docierania do wrażliwości widza poprzez emocjonalny szantaż. A umiejscowienie historii w nieistniejącej wsi, niezwiązanej z żadnymi konkretnymi wydarzeniami, nadaje jej jednocześnie uniwersalny charakter.

Główny bohater, Franek Kalina, wraca do Polski po dwudziestoletnim pobycie w Ameryce. Nie wraca zresztą z własnej woli – żona jego brata, Józefa, przyjechała do niego z dziećmi bez uprzedzenia, ani słowem nie tłumacząc co się właściwie stało. Franek, który przez ostatnie lata starał się zapomnieć o rodzinnej miejscowości, przyjeżdża głównie po to, by sprawę wyjaśnić i spotkać się z niewidzianym od dawna bratem. Okazuje się, że sytuacja jest więcej niż dziwna – cała wieś wyraźnie się od Józefa odcina, choć sam zainteresowany nie chce powiedzieć dlaczego. Dopiero po długich namowach pokazuje bratu, co zrobił z odziedziczonym po ojcu polem. Ustawił na nim kilkaset żydowskich stelli nagrobnych, znalezionych w całej wsi. Część z nich służyła do utwardzenia drogi, część za przedproża, jedna – jak mówi sam Józef – była nawet w wychodku. Od momentu zakończenia wojny nikogo one nie obchodziły. Na pytanie „dlaczego to robi?” dokładnie odpowiedzieć nie potrafi. To właśnie jedna z tych scen, o których wspomniałem wyżej. Nie ma w niej ani grama spodziewanego patosu. Nie ma grania na emocjach. Całość jest tak subtelnie zainscenizowana, tak umiejętnie odegrana przez wcielającego się w rolę Józefa Macieja Stuhra, że nie pozostaje nam nic więcej, jak tylko w tę sytuację uwierzyć. Dokładnie w tym momencie „Pokłosie” wkracza w rejony zarezerwowane dla filmów wybitnych. I dokładnie w tym momencie zaczyna też być rasowym thrillerem, nakreślonym według najlepszych zachodnich wzorców.

Niechęć mieszkańców wsi do Józefa jest bowiem nieprzypadkowa, a ostracyzm szybko zamienia się w nienawiść. Pasikowski korzysta z konwencji thrillera z godną podziwu konsekwencją – wrzuca bohatera w świat, który wydaje się być znany i przyjazny, by pokazać, jak bardzo obcy i wrogi jest w rzeczywistości. Kolejne sceny „Pokłosia” zagęszczają atmosferę, kolejne etapy śledztwa odsłaniają wypierane ze zbiorowej świadomości brudy. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że budowanie napięcia stanie się dla reżysera ważniejsze od historii. Główni bohaterowie ani na sekundę nie znajdą się w cieniu efektownych zwrotów akcji, choć tych jest w „Pokłosiu” wiele. Franek i Józef to dwa różne charaktery, sukcesywnie w toku fabuły rozwijane – pierwszy przywykł do tego, by w cudze sprawy nie wtykać nosa; drugi oddawanie szacunku zmarłym i zapomnianym traktuje jak coś zupełnie naturalnego, oczywistego, absolutnie bezdyskusyjnego. I znów – nie ma w tym ostentacji, nie ma polaryzacji postaw. Pod koniec wszystko się zresztą zmieni, nic nie będzie jasne i klarowne, choć rozwiązania tajemnicy można się domyślić już po przeczytaniu skrótowego opisu fabuły.
 

Ekipa "Pokłosia". Foto: Marcin Makowski/MAKUFLY

Równie ważna jak główni bohaterowie jest w „Pokłosiu” społeczność wsi, która nigdy nie jest zwykłym tłem, a w każdym razie bardzo często się z tego tła wyłamuje. To także kombinacja różnych, nieoczywistych charakterów, naznaczona jednak odgórnym piętnem. To, co świadczy o talencie Pasikowskiego, to fakt, że potrafił tę społeczność uczciwie nakreślić. Bo jest tu miejsce i dla tępych oprychów, którzy najchętniej by Józefa zatłukli i dla dobrego proboszcza, pozbawionego jednak odpowiedniej siły przebicia i dla tych, którzy się przeszłości wstydzą, ale boją się o niej głośno mówić. Dzięki temu nie odczuwamy, że mamy do czynienia z traktatem czy prowokacją. Polska wieś jest w „Pokłosiu”, owszem, brudna i zakłamana, ale nigdy (no, może poza nieco przeszarżowanym zakończeniem) nie przestaje być ludzka. Nieczęsto się coś takiego udaje, szczególnie, że u Pasikowskiego szeroką gamę postaw poznajemy od początku do samego końca, a poboczni bohaterowie mają szansę się rozwinąć. Trzeba jednak przyznać, że wspomniany wyżej finał może razić pewną przesadą – przedostatnia scena wydaje się być mało wiarygodna i niezbyt dobrze przemyślana, co rzutuje niestety na odbiór całości, ale nie zamazuje jej wydźwięku. To, co się Pasikowskiemu udało, nadal robi gigantyczne wrażenie.

Wróćmy jednak na chwilę do kwestii rzekomej „antypolskości”, która na pewno po premierze „Pokłosia” wróci. Wystarczy wejść na forum Filmwebu, by przeczytać opinie o kalaniu własnego gniazda i o tym, że Pasikowski stał się tubą „Gazety Wyborczej”. Opinie te, wypowiadane zazwyczaj przez ludzi niezbyt rozumnych, zaślepionych mitem szlachetnego Akowca, są najlepszym dowodem na to, że „Pokłosie” jest też tytułem najzwyczajniej w świecie potrzebnym. Skoro na Festiwalu w Gdyni pojawia się film o szlachetnym Polaku, bezinteresownie ratującym Żydów w trakcie okupacji, to dlaczego miałby się na nim nie pojawić film o Polakach zabijających Żydów dla własnej korzyści? Oba te wydarzenia są przecież częściami historii. I dopiero zakłamywanie jej byłoby prawdziwie „antypolskie”.

W tym kontekście jest też „Pokłosie” (obok „Róży” i wyświetlanej także na Festiwalu „Obławy”)  idealną odtrutką na martyrologię, cierpiętnictwo i bogoojczyźniany patriotyzm, którym polskie kino wojenne karmiło nas przez lata. Jeżeli powstał ostatnio w Polsce jakiś film, który mógłbym określić znienawidzonym przeze mnie określeniem „ważny”, to jest to właśnie „Pokłosie”. Pomimo wykorzystania kilku gatunkowych anachronizmów i – w dalszej części filmu – paru niezbyt dojrzałych emocjonalnych chwytów*, Pasikowskiemu udało się zrobić dzieło świadome, mocne i wciągające, w centrum którego i tak zawsze pozostają ludzie. 

 

PS. Przepraszam, że tekst jest dość ubogo ilustrowany, ale zdjęcie Macieja Stuhra jest póki co jedynym kadrem, jaki można znaleźć w internecie.

* dla tych, którzy mieli już okazję film zobaczyć – mam na myśli przede wszystkim ostatnią scenę z proboszczem. Do fabuły nie wnosi absolutnie nic, jest niepotrzebna i – jako bodaj jedyna w filmie – razi nachalnym patosem.
 

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Entratmer

     A Tomasz Raczek powiedział, że wiele hałasu o nic, więc pożyjemy zobaczymy:)

  • Kamil

    „nie ma w „Pokłosiu” epatowania wojenną brutalnością i, co za tym idzie, prób docierania do wrażliwości widza poprzez emocjonalny szantaż.”

    Zgoda, tyle, że to wszystko jest w „Róży” Smarzowskiego, którą też wielce opiewasz jako szczyt filmowej sztuki. Zatem jakie elementy konstruują wybitne kino?

    Po drugie: Wbrew twoim opiniom, „Pokłosie” nie wywołało żadnej burzy, może co najwyżej trochę pogrzmiało. Sam film został delikatnie mówiąc, „olany” przez jury a za czarnego konia robił „Jesteś Bogiem” Dawida, też skądinąd niezłe kino. Natomiast śmieszy mnie bardzo, sugerowanie:), że film zrobiony jak najbardziej w imię politycznej poprawności wywoła jakiś tam skandal i to takie usilne z twojej strony czynienie z tego dodatkowej wartości filmu. Kto krzyknie, że ten film obraża Polskę i Polaków? Kala własne gniazdo? Zaś jego wymowa jest przeciwko polskiej racji stanu? Gazeta Polska? Ksiądz Rydzyk? Prezes Kaczyński? Banda starych dewotek pod krzyżem? Ewa Stankiewicz? Dla nich wszystko co działo się po 89 roku jest jedną wielką obrazą Polski i Polaków. Pasikowski nie wyważa tutaj żadnych drzwi, nie mówi niczego nowego, co nie byłoby wałkowane wcześniej chociażby przez Grossa i jemu podobnych. To żadna bomba! Film Pasikowskiego w tematyce którą porusza jest tak naprawdę dość letni, wyważony, by nie powiedzieć po prostu „grzeczny” w sensie takim aby nikogo nie obrazić. Stąd też pomysł na kino gatunkowe i tylko kompletny idiota zwietrzy w tym wszystkim okazję do skandalu. Każdy inny obejrzy po prostu dobry, polski film. Tym bardziej, że Pasikowski po prostu korzysta z takiej a nie innej koniunktury i nie pomoże tu tworzenie przez samego reżysera mitu o najnowszym, niedoszłym filmowym „pułkowniku”, któremu wredny PISF nie chciał dać ani grosza. Wiadomo przecież, że tego typu sytuacje lansują projekt, wprowadzają jego jakąś tam „kultowość”. Gdyby Pasikowski dostał kasę od PISF bez żadnego problemu pewnie byłby rażąco niepocieszony a tak cała ta historia z tym, że podobno mało kto chciał ten projekt finansować, napędzi dodatkowo publiczność do kin a o to przecież chodzi.

    Kolejna rzecz to sama recenzja. Pełno w niej banalnych określeń i powtórzeń. Naprawdę, daruj sobie zdania w rodzaju: „Miał pełną świadomość, że robi kino kultowe” bo raz, że brzmi to koszmarnie pretensjonalnie, dwa, dyskwalifikuje cię jako recenzenta a po trzecie, podejrzewam, że sam Władysław Pasikowski, który akurat dosyć niechętnie celebrował swój zawód (i słusznie), konkretnie by ci za to „podziękował”, tyle, że pewnie i tak tutaj nie zagląda a może?

    • Grzegorz Fortuna

      Wkleiłem uprzednio w złym miejscu, więc wklejam jeszcze raz:

      „Zgoda, tyle, że to wszystko jest w „Róży” Smarzowskiego, którą też wielce opiewasz jako szczyt filmowej sztuki. Zatem jakie elementy konstruują wybitne kino?”
      Po pierwsze – czytaj proszę ze zrozumieniem. W żadnym miejscu nie określiłem „Róży” jako szczyt filmowej sztuki, napisałem jedynie, że stanowi odtrutkę na martyrologię. Po drugie – nie uważam, żeby obecność dosłownych scen (lub ich brak) definiowała wybitne kino. Fakt, że nie było ich w „Pokłosiu” mile mnie zaskoczył, bo film nabrał przez to pewnej subtelności, a opowieść Szaflarskiej robi spore wrażenie, być może nawet większe, niż gdyby te wydarzenia pokazać za pomocą retrospekcji. Burza była o tyle, o ile może być w ogóle burza na takim festiwalu. Z tego, co słyszałem dużo się o tym filmie rozmawiało od razu po projekcji, szybko pojawiły się dość zróżnicowane recenzje, a dziennikarze z miejsca dali mu (ex aequo z „Jesteś bogiem”) swoją nagrodę. Może rzeczywiście nie jest to burza sensu stricto, ale – biorąc pod uwagę, że film widziało do tej pory kilkaset osób – szum zrobił się dosyć spory. I tak, pewnie, mówiąc o ewentualnym skandalu mam na myśli środowiska prawicowe. Kto inny mógłby w tym kraju oburzać się na tego typu kino? Nie wiem natomiast, dlaczego sugerujesz, że czynię z tego dodatkowy atut filmu. Na osiem akapitów tekstu poświęciłem tej kwestii jeden, cała reszta traktuje o filmie jako takim, który i bez tej otoczki się broni. Zdecydowałem się o tym napisać, bo natknąłem się w internecie na dość sporą ilość komentarzy wszelkiej maści „hejterów”, którzy „Pokłosia” nie widzieli, ale Pasikowskiego już wyklinają, bo przecież wiedzą najlepiej, że zrobił antypolski film. Jeżeli natomiast sugerujesz, że Pasikowski kokietuję, to raczej się mylisz. Scenariusz ponoć czekał siedem lat (co jest prawdopodobne, bo już jakieś pięć lat temu pojawiły się pierwsze newsy o tym projekcie), PISF się ostatecznie dorzucił sporą kwotą (3,5 mln zł), a sam film ma raczej niewielkie szanse na sukces komercyjny.
       
      Jeżeli chodzi o to, co mnie dyskwalifikuje jako recenzenta, a co nie, to nie jest to na szczęście twoje zmartwienie.

      PS. Dość zabawne, że czepiasz się Dariusza Jabłońskiego, a sam walnąłeś nie mniejszego babola. „Pułkownik” to stopień wojskowy, film odłożony na półkę to „półkownik”.

  • Kamil

    A Pan Dariusz Jabłoński mówiąc o filmie użył w zdaniu „dwutysięczny piąty rok”. Brawo panie producencie.

  • P. Sawicki

    Kamil – trafny komentarz. Pasikowski zrobił film na chwytliwy politycznie, koniunkturalny temat, którego nie przystoi się czepiać.  Takim samym koniunkturalistą był na początku lat 90., gdy po okrągłostołowym przekręcie zrobił film o fajnych ubekach, idealnie wpisujący się w ówczesną antyrozliczeniową retorykę. Nie widzę w jego karierze żadnego kursu pod prąd choć owszem, „Kroll” i „Psy” były dobre warsztatowo i można zrozumieć, czemu publika to kupiła.

    Nie wiem, jak ma rozumieć następujący passus recenzji:

    „Dzisiaj wiemy, że sytuacji takich jak w Jedwabnem było w Polsce co
    najmniej kilkadziesiąt, w różnych wsiach, w różnych miejscach kraju”

    O jakie to sytuacje Autorowi chodzi? Póki co są poważne wątpliwości odnośnie tego, by w zdarzenia w Jedwabnem w ogóle zamieszani byli Polacy, w każdym razie nie z własnej woli.  Ekshumacja z maja 2001 roku wykryła na miejscu zbrodni „89 łusek z Mausera 7,5 mm, 1 nabój i dwa pociski. Wszystkie z okresu II
    wojny światowej. Wśród szkieletów znaleziono wówczas także wtopiony w
    szczątki kości metalowy przedmiot. Początkowo archeolodzy spekulowali,
    że mógłby to być „płaszcz” karabinowej kuli, pochodzącej z oficerskiego
    Parabelum, będącego w czasie wojny na wyposażeniu niżydowskiej, gdyż podobno obrażała ich religijność. Cóż, nie dziwię się ;)

    Więc zanim damy się wpędzić w poczucie zbiorowej odpowiedzialności za
    coś, na co nasi oskarżyciele nie potrafią przedstawić dowodów
    (znalezione w babcinej szkatułce zdjęcie Grossa pt. „Złote żniwa” jest
    wystarczająco kompromitującym przykładem ich bezsilności w tym temacie),
    może wpierw zrewidujmy film Pasikowskiego pod kątem uczciwości
    historycznej. A później oceniajmy czy i komu jest on potrzebny.

    Lipówka, Gałki, Olszewo, Żdżary, Złoczew, Adamów, Sochy, Aleksandrów,
    Naboliki – czy przeciętnemu Polakowi nazwy tych miejscowości jeszcze
    mówią? A Jedwabne? No, ba.  emieckich oficerów”. Niestety, ekshumację przerwano na życzenie strony

  • Pisawicki

    Poprzednio przeszło z błędami więc jeszcze raz…
     Kamil – trafny komentarz. Pasikowski zrobił film na chwytliwy
    politycznie, koniunkturalny temat, którego nie przystoi się czepiać. 
    Takim samym koniunkturalistą był na początku lat 90., gdy po
    okrągłostołowym przekręcie zrobił film o fajnych ubekach, idealnie
    wpisujący się w ówczesną antyrozliczeniową retorykę. Nie widzę w jego
    karierze żadnego kursu pod prąd choć owszem, „Kroll” i „Psy” były dobre
    warsztatowo i można zrozumieć, czemu publika to kupiła.

    Nie wiem, jak ma rozumieć następujący passus recenzji:

    „Dzisiaj wiemy, że sytuacji takich jak w Jedwabnem było w Polsce co najmniej kilkadziesiąt, w różnych wsiach, w różnych miejscach kraju”

    O jakie to sytuacje Autorowi chodzi? Póki co są poważne wątpliwości
    odnośnie tego, by w zdarzenia w Jedwabnem w ogóle zamieszani byli
    Polacy, w każdym razie nie z własnej woli.  Ekshumacja z maja 2001 roku
    wykryła na miejscu zbrodni „89 łusek z Mausera 7,5 mm, 1 nabój i dwa
    pociski. Wszystkie z okresu II wojny światowej. Wśród szkieletów znaleziono wówczas także wtopiony w szczątki kości metalowy przedmiot. Początkowo archeolodzy spekulowali, że mógłby to być „płaszcz” karabinowej kuli, pochodzącej z oficerskiego Parabelum, będącego w czasie wojny na wyposażeniu niemieckich oficerów”. Niestety, ekshumację przerwano na życzenie strony żydowskiej, gdyż podobno obrażała ich religijność. Cóż, nie dziwię się ;)

    Więc zanim damy się wpędzić w poczucie zbiorowej odpowiedzialności za coś, na co nasi oskarżyciele nie potrafią przedstawić dowodów (znalezione w babcinej szkatułce zdjęcie Grossa pt. „Złote żniwa” jest wystarczająco kompromitującym przykładem ich bezsilności w tym temacie), może wpierw zrewidujmy film Pasikowskiego pod kątem uczciwości historycznej. A później oceniajmy czy i komu jest on potrzebny.

    Lipówka, Gałki, Olszewo, Żdżary, Złoczew, Adamów, Sochy, Aleksandrów,
    Naboliki – czy przeciętnemu Polakowi nazwy tych miejscowości jeszcze
    mówią? A Jedwabne? No, ba. 

    • Kamil

      Sawicki i co z tego? W świat już poszło, że Żydów w Jedwabnem zlikwidowali polscy mordercy. A jakakolwiek dyskusja w tej sprawie spowoduje jedynie smutne tezy, że Polacy nie potrafią uderzyć się w piersi i coś tam mącą nie chcąc przyznać się do winy. Wszystko to jest politycznymi nićmi szyte. Pół biedy, że Pasikowski faktycznie powstrzymuje się przed uderzaniem w tani, prostacki patos tworząc ze swojej opowieści coś na kształt wiejskiego dreszczowca, tym samym rezygnuje z mówienia o Jedwabnem wprost przy czym powiela starą filmową kliszę gdzie wiejska społeczność to najgorsze ludzkie mendy pod słońcem. Wystarczy przypomnieć sobie choćby „Pogrzeb kartofla” Kolskiego. Generalnie polskie kino ma długa tradycję w portretowaniu rodzimej wsi, tak więc nie róbmy z Pasikowskiego Beniaminka zacierania białych plam na kinematograficznym firmamencie bo nigdy kimś takim nie był. Przeciwnie. 

      W sumie dlaczego nikt nie nakręci filmu o zamordowanych Polakach na Wołyniu przez bandę Ukraińców? Czyżby zaistniała obawa przed pogorszeniem stosunków z naszymi sąsiadami zza miedzy? A słynne poparcie dla pomarańczowej rewolucji zamieniłoby się wtedy w chwilową słabość? Kłania się tym samym żałosny wręcz casus Jerzego Hoffmana z czekaniem 20 lat na nakręcenie pierwszej części Sienkiewiczowskiej trylogii. Okazało się, że potrzeba poprawnych międzypaństwowych stosunków w imię świętej demokracji jest stokroć bardziej bezwzględna niż najgorsza PRL-owska cenzura. Efekt? W filmowym „Ogniem i Mieczem” z Sienkiewicza ostały się jedynie imiona Bohaterów i miejsce akcji. Zero wspomnień o pacyfikacji i wyrzynaniu przez Kozaków polskich wsi, dostało się za to samym… Polakom. A jakże! Sami okładajmy się po ryju, przecież tak cholernie jesteśmy przeświadczeni o naszej wielkości, że co pewien czas trzeba wylać sobie na ten zaściankowy polski łeb kubeł lodowatej wody. Należy w polskim filmie o powstaniu kozackim, z ukraińskich wojowników uczynić wcielenia
      XVII-wiecznych Odyseuszy walczących o upragnioną wolność a polscy żołnierze niech pierdzą po pijaku na zgrupowaniu w Zbarażu. Pewnie! To przecie my na siebie. Brawo, Panie Jerzy.

      Coś się zmieniło? Skąd! Rosja chce nakręcić film o „Wielkiej smucie”, dla przypomnienia był to okres tamtejszego bezkrólewia a raczej „bezcarewia”. Polacy zaś po raz pierwszy i ostatni zdobyli Kreml! Jednak na skutek politycznych błędów, koniec końców Rosjanie Polaków przepędzili. I oto w rolę polskiego Hemana-psychopaty (wg rosyjskiego scenariusza) wciela się… Michał Żebrowski! Jak miło. No ale przecież Bogdan Stupka nie mógł grać pijaka i łobuza Chmielnickiego. Dzięki Bogu Żebrowski nie zagrał Chodkiewicza, chociaż gdyby Rosjanie chcieli w swoim filmie zrobić z niego ostatniego gnoja to pewnie nie byłoby żadnego problemu. Przecież uważamy się za wielkich tego świata i powinniśmy sami sobie co jakiś czas pluć w mordę.

      Warto więc dla przypomnienia samym sobie, że nie jesteśmy pępkiem świata,* zrobić film o przedziwnie natchnionym polskim rolniku, który ni stąd ni zowąd chce upamiętnić żydowski pogrom (cześć mu i chwała), okrasić to wszystko modnym politycznie tematem tudzież filmowym atrakcyjnym gatunkiem i nawoływać do skandalu: „No mówcie, że skandal! Czemu nie mówicie?!”.
      W końcu skoro wszyscy mają nas gdzieś, nie możemy pozostać w skansenie Europy, prawda?

      *Ironia.

    • Grzegorz Fortuna

      Uważam, że nie ma tematu, który czyniłby film krytykoodpornym. „Pasję” czy „Katyń” uważam za filmy słabe, grające na emocjach na tej zasadzie, o której piszesz – że nikt się nie czepia, bo „nie wypada”. I gdyby „Pokłosie” było kiepskie, źle rozegrane albo przesadnie jednostronne, to chętnie bym o tym napisał. Na mnie po prostu zadziałało i myślę, że dość dokładnie napisałem dlaczego. „Pokłosie” jest filmem o tyle „pod prąd”, że jest pierwszym tego typu projektem, który porusza tematyką wojenną od tej strony. Owszem, były książki Grossa, ale w kinie opisu tego typu wydarzeń jeszcze nie mieliśmy.

      Odnośnie zacytowanego zdania: mam na myśli sytuację, w których Polacy – według wszelkich podejrzeń – dopuślili się morderst na Żydach. Bazuję tutaj tylko i wyłącznie na danych ze śledztw IPN-u, które można znaleźć w internecie, bo historykiem niestety nie jestem. Biorąc pod uwagę, że w trakcie śledztwa z 2000 roku przesłuchano ponad stu świadków, cała ta sytuacja wydaje mi się dość prawdopodobna. Jeżeli chodzi o pociski, to przecież ekspertyza wykazała, ze tam były dwie zbiorowe mogiły (w drugiej znajdują się ci, którzy nieśli popiersie Lenina), a fragment metalu znaleziony w pierwszej mogile nie jest pociskiem, a „metalowym przedmiotem nieznenego zastosowania”.

  • Gość

    Widzę, że scenariusz rozbiorowy w toku.

  • Grzegorz Fortuna

    „Zgoda, tyle, że to wszystko jest w „Róży” Smarzowskiego, którą też wielce opiewasz jako szczyt filmowej sztuki. Zatem jakie elementy konstruują wybitne kino?”
    Po pierwsze – czytaj proszę ze zrozumieniem. W żadnym miejscu nie określiłem „Róży” jako szczyt filmowej sztuki, napisałem jedynie, że stanowi odtrutkę na martyrologię. Po drugie – nie uważam, żeby obecność dosłownych scen (lub ich brak) definiowała wybitne kino. Fakt, że nie było ich w „Pokłosiu” mile mnie zaskoczył, bo film nabrał przez to pewnej subtelności, a opowieść Szaflarskiej robi spore wrażenie, być może nawet większe, niż gdyby te wydarzenia pokazać za pomocą retrospekcji.
     
    Burza była o tyle, o ile może być w ogóle burza na takim festiwalu. Z tego, co słyszałem dużo się o tym filmie rozmawiało od razu po projekcji, szybko pojawiły się dość zróżnicowane recenzje, a dziennikarze z miejsca dali mu (ex aequo z „Jesteś bogiem”) swoją nagrodę. Może rzeczywiście nie jest to burza sensu stricto, ale – biorąc pod uwagę, że film widziało do tej pory kilkaset osób – szum zrobił się dosyć spory. I tak, pewnie, mówiąc o ewentualnym skandalu mam na myśli środowiska prawicowe. Kto inny mógłby w tym kraju oburzać się na tego typu kino? Nie wiem natomiast, dlaczego sugerujesz, że czynię z tego dodatkowy atut filmu. Na osiem akapitów tekstu poświęciłem tej kwestii jeden, cała reszta traktuje o filmie jako takim, który i bez tej otoczki się broni. Zdecydowałem się o tym napisać, bo natknąłem się w internecie na dość sporą ilość komentarzy wszelkiej maści „hejterów”, którzy „Pokłosia” nie widzieli, ale Pasikowskiego już wyklinają, bo przecież wiedzą najlepiej, że zrobił antypolski film. Jeżeli natomiast sugerujesz, że Pasikowski kokietuję, to raczej się mylisz. Scenariusz ponoć czekał siedem lat (co jest prawdopodobne, bo już jakieś pięć lat temu pojawiły się pierwsze newsy o tym projekcie), PISF się ostatecznie dorzucił sporą kwotą (3,5 mln zł), a sam film ma raczej niewielkie szanse na sukces komercyjny.

    Jeżeli chodzi o to, co mnie dyskwalifikuje jako recenzenta, a co nie, to nie jest to na szczęście twoje zmartwienie.

    PS. Dość zabawne, że czepiasz się Dariusza Jabłońskiego, a sam walnąłeś nie mniejszego babola. „Pułkownik” to stopień wojskowy, film odłożony na półkę to „półkownik”.
     
     

    • Kamil

      Pewnie, że nie moje. Co do baboli, to wybacz, ale naprawdę ciężko porównywać poważny błąd gramatyczny w wykonaniu jednego z czołowych polskich producentów filmowych z wyrazem pułkownik, czy półkownik. Jak najbardziej chcąc wykpić próbę „ukultuwienia” (cóż za wyraz) filmu już na etapie scenariusza śmiało mogłem użyć takiego właśnie terminu. Twoją ripostę przyjmuję i czekam na premierę filmu.

  • Paweł

    Nie mogę się doczekac już premiery, niecierpliwie się, aby obejrzec ten film już od lipca 2011 roku. Chciałbym go wreszcie obejrzec. Kto wie, czy nie pójdę do kina dwa razy, ponieważ Pasikowski robi genialne kino. Chciałbym, aby nakręcił jeszcze Psy 3.

  • zapiekankakulturalna

    Można się nawet domyslić, że mamy rok 2000, skoro Franek wyjechał w 1980, a wrócił po 20 latach. ;)

  • prawda

    Pogrom zorganizowany przez ludzi z SB o zydowskim pochodzeniu. Poswiecili swoich. Chodzilo o ot zeby Stalin mial wolna rekew decydowaniu o POlsce na arenie swiatowej.

  • dante

    Jedwabne nie wzięło się z kosmosu. Przecież część Żydów bardzo się cieszyła, że Rosjanie wkroczyli do Polski, ba, zaczęli razem z nimi wspólpracować. Również na terenie Jedwabne. Współparca ta polegała na tym , że Żydzi donosili na Polaków. I nie tylko na ukrywających się polskich żołnierzy, ale również na nikomu nic nie winnych cywili (złośliwość). Chyba nie muszę nikomu przypominać czym taki donos się kończył (zsyłka lub kulka w łeb). Film jest kuniunkturalny. Byłby dobry, gdyby ukazano szarość, czyli wydarzenia z całej perspektywy, a nie tylko z parspektywy męczeństwa Żydów. Autorowi radzę następnym razem, aby przed napisaniem recenzji, sięgną do odpowiedniej historycznej literatury.

  • Pingback: 28 Warszawski Festiwal Filmowy - relacja | Film.org.pl()

  • Reni

    no panowie dokładnie 2 tygodnie zostały. a żeby was nakręcić na nowo powiem że film oglądałem przedpremierowo i warto było sie pomęczyć o wejściówki

  • Clopin

    bardzo dobry artykuł zachęcił mnie do obejrzenia i było warto powalczyc o przedpremierowe wejscie

    • Reni

      mądrala…. sam ci je załatwiłem

  • Stefan Nowak

    Ciekawe co w końcu wyszło Pasikowskiemu. Wygląda na po prostu dobry triller tylko tematyka powoduje spazmy u niektórych. Mnie to akurat mniej interesuje, jak chciał tak zrobił i najwyżej pogratuluje odwagi jeżeli całośc jest jak w trailerze.

  • Nati

    Bardzo ciekawy artykuł. Utwierdził mnie w przekonaniu, że będzie to ważny film i na pewno warto się wybrać do kina. Opinię można potem mieć różną, ale zobaczyć warto

  • Soplana

    Rewelacyjna recenzja, oddaje wszystko to, czego sama bym lepiej nie ujęła. „Jeżeli powstał ostatnio w Polsce jakiś film, który mógłbym określić
    znienawidzonym przeze mnie określeniem „ważny”, to jest to właśnie
    „Pokłosie”.” Zdecydowanie się z tym zgadzam. Miałam okazję widzieć film na festiwalu, a więc jeszcze przed premierą i muszę przyznać, że na mnie też zrobił ogromne wrażenie. „Pokłosie” jest Polakom potrzebne i mam nadzieję, że negatywne komentarze (wychodzące głównie od osób, które filmu nie widziały) nie przyćmią jego siły, bo ma wielki potencjał – przede wszystkim do tego, żeby skłonić widzów do refleksji.

  • Pingback: Władysław Pasikowski | Film.org.pl()

  • Pingback: Pokłosie | Film.org.pl()

  • q

    nierozumny i zaślepiony jest autor tej pożal się Boże recenzji,

    takie są skutki picia wódki lub zaczytywania się w wyborczej,
    a Pasikonik wie jak wyciągnąć kasę

  • q

    zadanie na dziś – walczyć z bogoojczyźnianym patrrrrriotyzmem

    – Poniali?

  • jo

    Wstretne zydostwo !!! to oni rozpoczeli wojne a teraz udaja poszkodowanych !!!!! pluje na was i na wasza gwiazde dawida

  • piotr

    Jak nam Polakom trudno uznać i uwierzyć, że wojna i w naszym narodzie obudziła „potwora” do zabijania, jak trudno przyjąć, jak to Polak „katolik” mógł zabić?? To niemożliwe. Myślę, że ten film to po prostu stanięcie w prawdzie i dobrze, że umiał to ktoś zrobić. Dobrze, też film pokazał, ten nasz katolicyzm, tą naszą wadę do dziś pokutuje w naszym kraju myśl, że Żyd to nie człowiek, a zatem czy jeśli tak ktoś podchodził do tej sprawy w czasie wojny i uznawał ich „żydkami” to był inny od nazistów???

    • A

      „Pogrossie”. To nie Polacy mordowali żydów w Jedwabnem więc już Piotrze nie płacz o rzekomym obudzeniu w narodzie „potwora”, potwór to się obudził w Grossie i zachodnich propagandystach którzy za wszelką cenę chcą zrzucić na nas niemiecką odpowiedzialnosć.

  • Pingback: Na co do kina #5 | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

OCENARIUM #4/12

Następny tekst

Cannes super jak zawsze



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE