nowości kinowe

Pokłosie (37. Gdynia Film Festival)

Długo oczekiwany powrót Władysława Pasikowskiego. Emocjonujący i szalenie odważny.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Są takie sceny, dla których warto być kinomanem. Siedzisz i wiesz, że oglądasz coś niezwykłego. Nie zastanawiasz się nad psychologicznym prawdopodobieństwem, nie myślisz o tym, co dałoby się poprawić, nie zauważasz pomniejszych błędów inscenizacyjnych. Po prostu jesteś „w filmie”, chłoniesz go i nie obchodzi cię nic poza rozgrywającymi się zdarzeniami. Takich momentów jest w „Pokłosiu” co najmniej kilka. 

Władysław Pasikowski wrócił na wielki ekran po jedenastu latach milczenia z gigantyczną bombą, którą – z charakterystyczną dla siebie brawurą – detonuje na naszych oczach. Mówimy w końcu o facecie, który trzy lata po upadku komuny, w kraju ciągle przepełnionym powszechnym szacunkiem dla wszelkich opozycyjnych symboli, zaprezentował film ze sceną przedstawiającą esbeków wynoszących pijanego kolegę i śpiewających przy tym piosenkę „Janek Wiśniewski padł”. O kimś, kto w głębokim poważaniu miał gwizdy towarzyszące pierwszym pokazom swoich filmów, bo miał jednocześnie świadomość, że robi dzieła kultowe. I wreszcie – o twórcy, który jako jedyny w Polsce wie, jak się kręci filmy po amerykańsku. „Pokłosie” weszło do programu Festiwalu w Gdyni dzień przed jego zakończeniem i od razu wywołało burzę. Absurdalne zarzuty o „antypolskość” (wrócimy do nich za moment) pojawiły się już chwilę po seansie, choć skontrastowane były z głosami zachwytu. Nie ma co się dziwić, Pasikowski znowu wetknął kij w mrowisko. Kiedy „Pokłosie” wejdzie do polskich kin na jesieni, będzie z nim niemała afera.

Wbrew zapowiedziom, nie jest to film o pogromie w Jedwabnem. Nazwa miejscowości brzmi zupełnie inaczej, a okoliczności mordu są nieco inne. Dzisiaj wiemy, że sytuacji takich jak w Jedwabnem było w Polsce co najmniej kilkadziesiąt, w różnych wsiach, w różnych miejscach kraju. Pasikowski świadomie nie wybrał żadnej z nich, bo nie chodzi mu o rekonstruowanie historii, a o opisanie pewnego modelu zdarzeń, które ciągle wywołują u nas spore kontrowersje. W „Pokłosiu” dokonany przez Polaków mord jest więc katalizatorem, a nie esencją historii; akcja ma zresztą miejsce niemal współcześnie (data nie zostaje podana wprost, ale można się domyślić, że mamy początek XXI wieku). Dzięki tym prostym zabiegom reżyser w zręczny sposób uzyskał dwie rzeczy. Po pierwsze – nikt go nie posądzi o uprawianie taniej publicystyki. Po drugie – nie ma w „Pokłosiu” epatowania wojenną brutalnością i, co za tym idzie, prób docierania do wrażliwości widza poprzez emocjonalny szantaż. A umiejscowienie historii w nieistniejącej wsi, niezwiązanej z żadnymi konkretnymi wydarzeniami, nadaje jej jednocześnie uniwersalny charakter.

Główny bohater, Franek Kalina, wraca do Polski po dwudziestoletnim pobycie w Ameryce. Nie wraca zresztą z własnej woli – żona jego brata, Józefa, przyjechała do niego z dziećmi bez uprzedzenia, ani słowem nie tłumacząc co się właściwie stało. Franek, który przez ostatnie lata starał się zapomnieć o rodzinnej miejscowości, przyjeżdża głównie po to, by sprawę wyjaśnić i spotkać się z niewidzianym od dawna bratem. Okazuje się, że sytuacja jest więcej niż dziwna – cała wieś wyraźnie się od Józefa odcina, choć sam zainteresowany nie chce powiedzieć dlaczego. Dopiero po długich namowach pokazuje bratu, co zrobił z odziedziczonym po ojcu polem. Ustawił na nim kilkaset żydowskich stelli nagrobnych, znalezionych w całej wsi. Część z nich służyła do utwardzenia drogi, część za przedproża, jedna – jak mówi sam Józef – była nawet w wychodku. Od momentu zakończenia wojny nikogo one nie obchodziły. Na pytanie „dlaczego to robi?” dokładnie odpowiedzieć nie potrafi. To właśnie jedna z tych scen, o których wspomniałem wyżej. Nie ma w niej ani grama spodziewanego patosu. Nie ma grania na emocjach. Całość jest tak subtelnie zainscenizowana, tak umiejętnie odegrana przez wcielającego się w rolę Józefa Macieja Stuhra, że nie pozostaje nam nic więcej, jak tylko w tę sytuację uwierzyć. Dokładnie w tym momencie „Pokłosie” wkracza w rejony zarezerwowane dla filmów wybitnych. I dokładnie w tym momencie zaczyna też być rasowym thrillerem, nakreślonym według najlepszych zachodnich wzorców.

Niechęć mieszkańców wsi do Józefa jest bowiem nieprzypadkowa, a ostracyzm szybko zamienia się w nienawiść. Pasikowski korzysta z konwencji thrillera z godną podziwu konsekwencją – wrzuca bohatera w świat, który wydaje się być znany i przyjazny, by pokazać, jak bardzo obcy i wrogi jest w rzeczywistości. Kolejne sceny „Pokłosia” zagęszczają atmosferę, kolejne etapy śledztwa odsłaniają wypierane ze zbiorowej świadomości brudy. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że budowanie napięcia stanie się dla reżysera ważniejsze od historii. Główni bohaterowie ani na sekundę nie znajdą się w cieniu efektownych zwrotów akcji, choć tych jest w „Pokłosiu” wiele. Franek i Józef to dwa różne charaktery, sukcesywnie w toku fabuły rozwijane – pierwszy przywykł do tego, by w cudze sprawy nie wtykać nosa; drugi oddawanie szacunku zmarłym i zapomnianym traktuje jak coś zupełnie naturalnego, oczywistego, absolutnie bezdyskusyjnego. I znów – nie ma w tym ostentacji, nie ma polaryzacji postaw. Pod koniec wszystko się zresztą zmieni, nic nie będzie jasne i klarowne, choć rozwiązania tajemnicy można się domyślić już po przeczytaniu skrótowego opisu fabuły.
 

Ekipa "Pokłosia". Foto: Marcin Makowski/MAKUFLY

Równie ważna jak główni bohaterowie jest w „Pokłosiu” społeczność wsi, która nigdy nie jest zwykłym tłem, a w każdym razie bardzo często się z tego tła wyłamuje. To także kombinacja różnych, nieoczywistych charakterów, naznaczona jednak odgórnym piętnem. To, co świadczy o talencie Pasikowskiego, to fakt, że potrafił tę społeczność uczciwie nakreślić. Bo jest tu miejsce i dla tępych oprychów, którzy najchętniej by Józefa zatłukli i dla dobrego proboszcza, pozbawionego jednak odpowiedniej siły przebicia i dla tych, którzy się przeszłości wstydzą, ale boją się o niej głośno mówić. Dzięki temu nie odczuwamy, że mamy do czynienia z traktatem czy prowokacją. Polska wieś jest w „Pokłosiu”, owszem, brudna i zakłamana, ale nigdy (no, może poza nieco przeszarżowanym zakończeniem) nie przestaje być ludzka. Nieczęsto się coś takiego udaje, szczególnie, że u Pasikowskiego szeroką gamę postaw poznajemy od początku do samego końca, a poboczni bohaterowie mają szansę się rozwinąć. Trzeba jednak przyznać, że wspomniany wyżej finał może razić pewną przesadą – przedostatnia scena wydaje się być mało wiarygodna i niezbyt dobrze przemyślana, co rzutuje niestety na odbiór całości, ale nie zamazuje jej wydźwięku. To, co się Pasikowskiemu udało, nadal robi gigantyczne wrażenie.

Wróćmy jednak na chwilę do kwestii rzekomej „antypolskości”, która na pewno po premierze „Pokłosia” wróci. Wystarczy wejść na forum Filmwebu, by przeczytać opinie o kalaniu własnego gniazda i o tym, że Pasikowski stał się tubą „Gazety Wyborczej”. Opinie te, wypowiadane zazwyczaj przez ludzi niezbyt rozumnych, zaślepionych mitem szlachetnego Akowca, są najlepszym dowodem na to, że „Pokłosie” jest też tytułem najzwyczajniej w świecie potrzebnym. Skoro na Festiwalu w Gdyni pojawia się film o szlachetnym Polaku, bezinteresownie ratującym Żydów w trakcie okupacji, to dlaczego miałby się na nim nie pojawić film o Polakach zabijających Żydów dla własnej korzyści? Oba te wydarzenia są przecież częściami historii. I dopiero zakłamywanie jej byłoby prawdziwie „antypolskie”.

W tym kontekście jest też „Pokłosie” (obok „Róży” i wyświetlanej także na Festiwalu „Obławy”)  idealną odtrutką na martyrologię, cierpiętnictwo i bogoojczyźniany patriotyzm, którym polskie kino wojenne karmiło nas przez lata. Jeżeli powstał ostatnio w Polsce jakiś film, który mógłbym określić znienawidzonym przeze mnie określeniem „ważny”, to jest to właśnie „Pokłosie”. Pomimo wykorzystania kilku gatunkowych anachronizmów i – w dalszej części filmu – paru niezbyt dojrzałych emocjonalnych chwytów*, Pasikowskiemu udało się zrobić dzieło świadome, mocne i wciągające, w centrum którego i tak zawsze pozostają ludzie. 

 

PS. Przepraszam, że tekst jest dość ubogo ilustrowany, ale zdjęcie Macieja Stuhra jest póki co jedynym kadrem, jaki można znaleźć w internecie.

* dla tych, którzy mieli już okazję film zobaczyć – mam na myśli przede wszystkim ostatnią scenę z proboszczem. Do fabuły nie wnosi absolutnie nic, jest niepotrzebna i – jako bodaj jedyna w filmie – razi nachalnym patosem.
 

Ostatnio dodane