Wywiad

Wywiad z ARKADIUSZEM JAKUBIKIEM. „Scenariusz KLANGORU dosłownie zwalił mnie z nóg”

Autor: Marcin Kempisty
opublikowano

Już jutro na Canal+ premiera serialu Klangor, a my zapraszamy do lektury rozmowy z Arkadiuszem Jakubikiem, który wcielił się w główną rolę.

Marcin Kempisty: Jak to jest, gdy zbliża się premiera filmu? Odczuwa Pan ekscytację i zainteresowanie tym, jakie będą reakcje po emisji pierwszego odcinka czy bardziej towarzyszy Panu oczekiwanie na to, żeby wszystko się skończyło, na przykład cała działalność związana z wywiadami i procesem PR-owym, by można było pójść dalej?

Arkadiusz Jakubik: Po pierwsze, najpierw jest próba powrotu do tamtych emocji, atmosfery, historii oraz do powstałych relacji. W przypadku serialu Klangor sprawa jest o tyle skomplikowana, że przecież my ten serial kręciliśmy ponad rok, a to właśnie pierwsza część okresu zdjęciowego była dla mnie trudniejsza. Wtedy miałem do zagrania najbardziej ekstremalne sceny. Przy okazji przedpremierowych konfrontacji z dziennikarzami trzeba wrócić do tamtych emocji, jak się grało daną scenę, a mówimy przecież o wydarzeniach sprzed ponad roku. Po drugie, chyba nie ma ekscytacji, tylko niepewność, co zobaczę na ekranie. W przypadku filmu fabularnego jest znacznie prościej, ponieważ zazwyczaj mam możliwość obejrzeć na wewnętrznej kolaudacji ostateczną wersję filmu na długo przed jego premierą.

Czyli nie widział Pan jeszcze wszystkich odcinków Klangoru?

Nie. Właśnie dzisiaj umawiałem się z reżyserem, że jak skończy montować ósmy odcinek, to zrobimy naszą własną wewnętrzną projekcję, żebym mógł zobaczyć, co to jest za serial, w czym ja w ogóle wziąłem udział. (śmiech). Wie Pan, gdy jako aktor po raz pierwszy oglądam film czy serial, w którym zagrałem, to nie jestem w stanie normalnie go obejrzeć. Gdy pierwszy raz patrzę na sceny ze swoim udziałem, to nigdy jako widz. Raczej myślę: „Jezus Maria, dlaczego on skrócił tę scenę? Dlaczego wziął taki, a nie inny dubel? Przecież tamten był o wiele lepszy. A dlaczego wyciął tę scenę, przecież ona była najważniejsza dla tej postaci.” Nie ogląda się wtedy filmu, nie ogląda się historii, tylko wraca do zawodowych wspomnień, ocenia swoją grę aktorską. Muszę obejrzeć film albo serial co najmniej dwa razy, żeby na spokojnie, z dystansem jako „normalny” widz wszystko ocenić.

Ale rzeczywiście zawsze jest w Panu chęć, niezależnie od projektu, żeby do niego po raz kolejny wrócić jako widz?

Zazwyczaj wracam, ponieważ za pierwszym razem oglądanie jest nieobiektywne, jest zbyt emocjonalne. Wtedy jest to tylko próba podsumowania mojej pracy, czy to, co zrobiłem, ma jakiś sens.

Wspomniał Pan o trudnym powrocie na plan. Z powodu pandemii w marcu przerwano pracę nad Klangorem i dopiero w listopadzie udało się wrócić na plan.

To było dla mnie największe wyzwanie. Kiedy przerwano nam zdjęcia, chyba 12 marca, myślałem, że to może być przerwa tygodniowa, najwyżej dwutygodniowa. A potem skończyły się żarty, zaczął się lockdown i świat się zatrzymał. Wiedziałem, że jeżeli wrócimy do serialu, to dojdzie do tego dopiero za dziewięć miesięcy ze względu na okoliczności przyrody. Zdjęcia trwały od grudnia do marca, więc żeby mieć taką samą aurę, trzeba było czekać do listopada.

Jakie uczucia wiązały się z tak trudną sytuacją?

Gdy dostałem tę informację, byłem przerażony. Mówiłem sobie: „stary, ale jakim cudem wrócisz do tak ekstremalnych emocji, jak odnajdziesz tego Rafała Wejmana [imię i nazwisko bohatera – przyp. red.] w sobie?”. Od marca do maja miałem wymuszone, ale też trochę wyczekiwane i zasłużone wakacje. Później, gdy w czerwcu znowu ruszyły plany filmowe, rzuciłem się w wir pracy. W trakcie tej klangorowej przerwy zaangażowałem się w trzy nowe projekty i musiałem zresetowałać swój twardy dysk z Rafała Wejmana, jego historii, relacji, motywacji, etc. Aż w końcu przyszedł moment, w którym trzeba było znowu wrócić do Klangoru.

Było coś, co pomogło Panu wrócić do tej historii?

W pierwszym okresie udało nam się zrealizować trochę ponad połowę materiału, z którego reżyser Łukasz Kośmicki „na brudno” zmontował całą historię. Podzielił się ze mną linkiem do tego materiału, dzięki czemu wielokrotnie oglądałem materiał pokazujący rozwój mojej postaci, żebym mógł wrócić do emocji Rafała Wejmana, na nowo zbudować w sobie jego wrażliwość. Myślę, że dzięki tej roboczej układce montażowej udało mi się jakoś wrócić do mojego bohatera w trakcie drugiego okresu zdjęciowego. Bez tego linku z montażem nie dałbym sobie z pewnością rady.

Który element scenariusza Klangoru zadecydował o tym, że przyjął Pan propozycję zagrania w tej produkcji?

Wiele elementów miało na to wpływ. Scenariusz otrzymałem w wakacje 2019 roku, w trakcie przerwy w zdjęciach do serialu Król. Miałem wtedy chwilę odpoczynku, trochę wolnej głowy, tak więc mogłem się skupić na jakimś innym projekcie. I wtedy przeczytałem jeden z najlepszych scenariuszy serialu fabularnego w swoim życiu. Tekst dosłownie zwalił mnie z nóg. Byłem zszokowany, że debiutant Kacper Wysocki napisał coś tak znakomitego. Dodajmy, że Klangor to oryginalny polski pomysł, który był przez lata rozwijany przez Kacpra Wysockiego na podstawie pomysłu Tomka Kamińskiego razem z producentami kreatywnymi i redaktorami CANAL+. I tutaj ukłony, gratulacje i szacunek dla tych ostatnich, ponieważ ja po prostu trzymam kciuki za młodych twórców i cały czas apeluję do producentów czy PISF-u, że trzeba tworzyć mechanizmy pomagające młodym scenarzystom w pisaniu dobrych rzeczy. Chodzi o stypendia, granty i innego rodzaju wsparcie, bo nie można pisać czegoś zarobkowo na etacie w agencji reklamowej i przy okazji skupić się na tworzeniu dobrego scenariusza filmu fabularnego czy serialu. Trzeba mieć po prostu na to czas i możliwości, a przy okazji szansę na konsultacje z doświadczonymi twórcami. W każdym razie czymś szokującym było dla mnie, że pod scenariuszem Klangoru podpisał się debiutant. Nigdy nie czytałem tak gęstej i wiarygodnej historii pełnej napięcia i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Oprócz tego, odnalazłem w tym scenariuszu wiele pełnokrwistych i prawdziwych postaci na czele z Rafałem Wejmanem. Podobało mi się, jak ta osoba skrzy się różnymi barwami, jak jest nieoczywista i jak skomplikowaną ma przed sobą drogę do przejścia. Na początku Rafał jest przyzwoitym, normalnym gościem, ojcem dwóch przecudownych córek, który nagle zostaje zmuszony do złamania swoich zasad i pozbycia się kręgosłupa moralnego.

Do momentu naszej rozmowy obejrzałem tylko pierwszy odcinek, więc jestem na początku tej przygody, niemniej jednak mogę powiedzieć, również na podstawie Pana słów, że to rzeczywiście mogło być najtrudniejsze zadanie aktorskie dla Pana w ostatnich latach. Nie da się ukryć, że ostatnimi czasy został Pan w pewnym stopniu zaszufladkowany przez twórców i obsadzany w bardzo charakterystycznych rolach. Na dodatek, te postacie rzadko się zmieniały na przestrzeni całego filmu lub serialu. Tymczasem w Klangorze dostajemy innego Arkadiusza Jakubika. Jest czymś odświeżającym i nowym, że Pana postać tak po prostu rozmawia z córkami na temat prania, albo nosi żółtą kurtkę z powodu przegranego zakładu. Rzadko miał Pan okazję do gry w tego typu „obyczajówce”, a przy okazji pojawiła się niesamowita szansa na przeprowadzenie swojej postaci przez różne stany emocjonalne.

Cieszę się, że Pan tak mówi. (śmiech) Jestem bardzo ciekawy, jak by przebiegała nasza rozmowa, gdybyśmy byli razem po obejrzeniu ostatniego odcinka, bo dla mnie właśnie najciekawsza w postaci Rafała była możliwość przenoszenia się krok po kroku z jasnej strony mocy do krainy Lorda Vadera. Na marginesie, to mam takie szczęście, może wręcz dziwną umiejętność, przyciągania do siebie propozycji ról, które z jakichś względów są mi bardzo bliskie, które mogę przepuścić przez swoje doświadczenia i traumy. I tutaj doświadczyłem tego samego. Mam dwóch synów dokładnie w tym samym wieku, co serialowe córki. Zadałem więc sobie szczere pytanie dotyczące tego, do czego byłbym zdolny, gdyby to właśnie mojemu synowi zdarzyło się to samo, co młodszej córce w serialu.

Znalazł Pan na to pytanie odpowiedź?

Usłyszałem w głowie tę odpowiedź i byłem nią przerażony. Ale musiałem ją usłyszeć, jeżeli chciałem wejść w skórę granego przeze mnie bohatera. Pewnie część widzów, kiedy skończy oglądać Klangor, nie będzie już lubiła Rafała Wejmana w taki sam sposób, co na początku serialu.

Niestety, został nam czas już tylko na ostatnie pytanie. Wspominał Pan w pewnym wywiadzie, że musi się Pan zresetować po pracy nad wycieńczającym emocjonalnie serialem czy filmem. Jak wyglądał ten reset po Klangorze, kiedy już „kropka nad i” została postawiona?

Ostatnio moim resetem były podróże, ale w tych pandemicznych czasach nie jest to możliwe. Zawsze mam jednak fantastyczną możliwość uciekania w muzykę. To dla mnie doskonałe antidotum, zanurzania głowy w zupełnie innej przestrzeni. Kiedy zaczęła się pandemia i zamknęli nas w domach, razem z synem zaczęliśmy nagrywać demówki do mojej następnej solowej płyty Romeo i Julia żyją. Film. Potem musiałem przerwać tę pracę, bo wróciłem na plany zdjęciowe, ale gdy tylko skończyłem Klangor, to znowu zająłem się płytą. Jestem mistrzem planowania, więc założyłem sobie, że do wakacji powinna być gotowa, żeby mogła się ukazać na jesieni.  A jest jeszcze Dr Misio, mam już pomysł na następną płytę, ale póki co to czekamy na koncerty. Muzyka stała się dla mnie najlepszym sposobem na to, żeby zresetować mój twardy dysk i zapomnieć o ekstremalnych emocjach, jakich doświadczyłem w trakcie kręcenia Klangoru.

Ostatnio dodane