Szybka piątka
Najlepsze role aktorów, których NIE LUBIMY
NIE LUBIMY to filmowa podróż przez najlepsze występy aktorów, których nie darzymy sympatią, ale ich talent nas zadziwia.
Szybka Piątka #155
Pisaliśmy już o najlepszych rolach naszych ulubionych aktorów. Tym razem skupiamy się na tych gwiazdach kina, za którymi z różnych powodów nie przepadamy, lecz mimo to jesteśmy w stanie docenić ich występ w danej produkcji. Czekamy na wasze komentarze!
Odys Korczyński
- Jim Carrey jako Truman Burbank (Truman Show) – czasem przytrafi mu się rola bez tej jego wnerwiającej maniery, którą pokazuje zarówno w głosie, jak i w mimice.
Truman Burbank jest właśnie normalny. Nie jest żadnym komediowym freakiem, a przez to dużo lepiej można wczuć się w jego emocje. Szkoda, że tak mało podobnych ról ma Carrey w swojej karierze.
- John Travolta jako Anthony Manero (Gorączka sobotniej nocy) – zawsze będę go uważał za aktora, który zmarnował się przez drugoligowe kino sensacyjne, a miał szansę grać wielkie role.
Gdzieś po drodze rozmienił się na grosze. Kreacja Anthony’ego Manero jest jednak jeszcze z tych, gdzie młody Travolta walczył o siebie jako aktor, podobnie jak walczył w tańcu o wygraną.
- Julia Roberts jako Darby Shaw (Raport Pelikana) – przedziwne doświadczenie mam z Julią Roberts. Wydaje mi się ładna, wręcz piękna, a jednocześnie zupełnie aseksualna, jakby nie była kobietą, stąd może nie kupuję jej ról w komediach i produkcjach obyczajowych. Za to w Raporcie Pelikana idealnie wykorzystała ową cechę nieerotyczności – ubrana jak szara mysz, zakopana w książkach, raportach i aktach, skupiona na celu, a nie swoim zewnętrznym wyglądzie.
- Edward Norton jako Narrator (Podziemny krąg) – nie żebym go jakoś wyjątkowo nie lubił. Po prostu jest mi obojętny, nie porusza swoimi rolami, nie wywołuje emocji. Podziemny krąg jest wyjątkiem, może ze względu na partnerującego mu Brada Pitta?
- Jonah Hill jako Donnie Azoff (Wilk z Wall Street) – jeden z tych aktorów, który odstrasza mnie swoją powierzchownością, natomiast w roli Donniego jest idealny – dwulicowy, nieatrakcyjny, krzykliwy, męczący, z małymi, wszędobylskimi oczkami.
Tomasz Raczkowski
- Adam Sandler w Nieoszlifowanych diamentach – o tym, że umiejętności aktorskie Adama Sandlera wykraczają daleko poza standardowe głupawe komedyjki, z jakich przede wszystkim jest znany, było wiadomo od lat (patrz: znakomite role u Paula Thomasa Andersona czy Noah Baumbacha).
Chyba jednak w żadnym innym filmie wyłamującym się z głównego nurtu jego twórczości nie zagrał tak popisowo jak w ostatnim filmie braci Safdie. Jako pechowy jubiler Howard Sandler jest równocześnie żałosny, zabawny i poruszający, raz po raz wymyka się szufladkom cwaniaka, nieszczęśliwego idealisty i zwyczajnego idioty, idealnie synchronizując swój temperament z chaotycznym tempem filmu.
- Ben Stiller w Opowieściach o rodzinie Meyerowitz – gdybym akapit wyżej nie wskazał jako najlepszej roli Sandlera Nieoszlifowanych diamentów, napisałbym o Opowieściach o rodzinie Meyrowitz, gdzie komik zagrał kolejną świetną rolę.
Ponieważ jednak film Safdich i rola Sandlera w nim istnieje, z filmu Baumbacha wezmę drugą najlepszą kreację, która również należy do aktora na co dzień raczej dla mnie niestrawnego. Podobnie jak Sandler, Ben Stiller również miewa w swojej karierze występy ambitniejsze (np. swoiste tour de force w Sekretnym życiu Waltera Mitty), jednak jak dotąd najwięcej wydobył z niego aktorsko właśnie Baumbach w Tej naszej młodości, Greenbergu i właśnie Opowieściach… Ta ostatnia pozycja to zaś ta, w której Stiller najmocniej odciął się w moich oczach od swoich (nie)uroczych manieryzmów i stworzył ciekawą, nietuzinkową postać, którą polubiłem, zupełnie zapominając o zwyczajowym wizerunku aktora.
- Borys Szyc w Wojnie polsko-ruskiej – podobnie jak poprzednicy, Borys Szyc to zdolny aktor, który cierpi na skutek wątpliwych wyborów (Kac Wawa, Job) lub nieumiejętnego prowadzenia reżyserskiego (Bitwa Warszawska, Piłsudski). Manifestowane wielokrotnie – nawet w rolach lepszych niż gorszych – manieryzmy i szarże sprawiają zaś, że ogólnie rzecz biorąc nie przepadam za Szycem jako aktorem.
Inaczej jednak jest w przypadku Wojny polsko-ruskiej Xawerego Żuławskiego, gdzie Szyc stworzył autentycznie charyzmatyczną, groteskową, ale ludzką postać Silnego, ucieleśnienia naszej codziennej absurdalności. To świetna rola w intrygującym filmie i dla mnie jak dotąd szczytowe dokonanie Szyca.
- Ben Affleck w Dogmie – Affleck może być rozgarniętym producentem, niezłym reżyserem czy sprawnym scenarzystą, ale nie jest dobrym aktorem. Kiedy powściąga swoje gwiazdorskie zapędy, jest nawet znośny (zwłaszcza gdy reżyseruje go ktoś pokroju Davida Finchera), ale filmografia Amerykanina pełna jest pozycji, w których Affleck nic nie powściąga – była to norma zwłaszcza na przełomie wieków, z którego to okresu pochodzi większość moich pierwszych zetknięć z tym aktorem, stąd też moja głęboka niechęć do jego wyczynów przed kamerą.
Ale i w filmografii Afflecka są, role które zwyczajnie lubię – obydwie w filmach Kevina Smitha u szczytu formy. W pogoni za Amy i Dogma to świetne, oryginalne komedie, w których Affleck w zaskakująco bezpretensjonalny sposób odchodzi od „Bena Afflecka – gwiazdy” na rzecz wcielenia w rolę. Pod tym względem lubię zwłaszcza drugą pozycję, szczególnie że Affleck musiał sprostać wyjątkowo mocnej obsadzie towarzyszącej.
- Kylie Minogue & Eva Menses w Holy Motors – zarówno za Kylie Minogue, jak i Evą Mendes nie przepadam ze względu na raczej niewielki wachlarz umiejętności aktorskich, konsekwentnie (i momentami bezczelnie) maskowany urodą i opinią seksbomby.
Tak się złożyło, że obydwie przełamały ten obraz w jednym filmie – przeciwnym i wybitnym Holy Motors Leosa Caraxa. Mendes ogrywa tu swój wizerunek pięknej ozdoby, Minogue zaś w musicalowej (chyba najlepszej z całego filmu) sekwencji ironicznie igra z kojarzonym z nią kiczem. Nie ma nic lepszego dla gwiazd(ek) brylujących w konwencji pop niż współpraca z mistrzem surrealizmu.
Filip Pęziński
- Jai Courtney w Legionie samobójców – Szklana pułapka 5, Niezgodna, Terminator: Genisys. Te tytuły sprawiły, że grubą kreską przekreśliłem szansę Jaia Courtneya na jakąkolwiek udaną rolę. A jednak, wystarczyło dać mu więcej luzu i mniej nadętą postać, aby aktor odnalazł się na planie. Cieszy mnie jego powrót w filmie Jamesa Gunna, bo obok Margot Robbie australijski gwiazdor stanowi mój ulubiony element potworka Davida Ayera.
- Channing Tatum w Jupiterze: Intronizacji – bardzo nie lubię tego pozbawionego moim zdaniem warsztatu i charyzmy aktora. Do tego stopnia, że do dziś uważam jego rolę w Nienawistnej ósemce za jedyną nieudaną kreację w filmach Quentina Tarantino. Tatum wzbudził jednak moją sympatię w ostatnim filmie sióstr Wachowskich, do którego – mam wrażenie – udało się napisać rolę tak oszczędną, że idealną do jego warunków.
- Emilia Clarke w Hanie Solo: Gwiezdnych wojnach – historiach – doskonale pamiętam, jak bardzo byłem niezadowolony z angażu Emilii Clarke do filmu z mojego ukochanego świata Gwiezdnych wojen.
A wszystko to przez jej nieznośnie nieciekawą kreację w Grze o tron. A jednak rola Clarke, jak i cały Han Solo, okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem, a Qi’Ra jedną z moich ulubionych postaci kobiecych tego świata.
- Julia Wieniawa w W lesie dziś nie zaśnie nikt – cenię i lubię Julię Wieniawę, mimo kilku wizerunków wpadek. Głównie za jej upór i walkę o swoje miejsce w show-biznesie. Nie zmienia to faktu, że przed kamerą wypada raczej kiepsko – jako mniej lub bardziej karykaturalna wersja samej siebie.
Pozytywnie zaskoczyła mnie w slasherze W lesie dziś nie zaśnie nikt, gdzie udało się jej stworzyć pełnowartościową i ciekawą kreację.
- Tom Hanks w Atlasie Chmur – nie zrozumcie mnie źle. Uważam oczywiście, że Tom Hanks to świetny aktor. Ale męczy mnie jego ciągłe odgrywanie kolejnych poczciwych panów, a na tytuły z jego udziałem zacząłem już wzruszać ramionami. Ogromnym zastrzykiem świeżości i aktorskim popisem okazała się rola w Atlasie Chmur sióstr Wachowskich, gdzie udało mu się zagrać kilka postaci – w tym odrzucającego łajdaka!
Gracja Grzegorczyk
- John Malkovich w Red – dalej podtrzymuję moją niepopularną opinię, że John Malkovich jest jedynie świetnym aktorem teatralnym. To, że widziałam go w wielu moich ulubionych filmach, wcale nie znaczy, że na jakiejkolwiek płaszczyźnie poza teatralną go szanuję. Jednak to, co wyprawia w adaptacji komiksu zatytułowanej Red, totalnie mnie kupiło.
Karykaturalny występ na granicy autoparodii niezwykle mi się spodobał i był to pierwszy raz, gdy faktycznie jego filmowa rola wywołała u mnie uśmiech na twarzy.
- Benedict Cumberbatch w Grze tajemnic – był czas, gdy Cumberbatch był mi totalnie obojętny. A potem przyszedł Sherlock i tego aktora było wszędzie tyle, iż miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z lodówki. Jezu, jak ja go nie znosiłam! A moja wściekłość była tym większa, że miał zagrać mojego ukochanego Alana Turinga w biografii tego wybitnego matematyka i kryptologa.
Wydawało mi się to prostu profanacją. Ale jakże mocno się myliłam! Dalej jestem zdania, że rola ta była dużo bardziej warta Oscara aniżeli Stephen Hawking w wykonaniu Eddiego Redmayne’a, który wówczas zgarnął Nagrodę Akademii.
- Jessica Chastain w To 2 – niby wszędzie jej pełno, a w CV nowojorski Juilliard, jednak jak dla mnie każda kolejna rola była podobna do siebie, zaś brak wyrazu i charakterności to jeden z grzechów głównych tej aktorki. Kiedy jednak zobaczyłam jej występ w drugiej części horroru To, odniosłam wrażenie, że podoba mi się ten występ, mimo iż był niepozbawiony wad.
Jednak dorosła wersja Beverly Marsh skradła moje serce i uważam, że widownia, domagając się jej zatrudnienia, wiedziała, co robi.
- Jared Leto w Requiem dla snu – nie znoszę go jako aktora i muzyka. Jednak rola w Requiem dla snu to chyba absolutne wyżyny, na jakie kiedykolwiek udało się wspiąć temu aktorowi. Tyle w temacie.
- Nicole Kidman w Godzinach – czy Nicole Kidman jest utalentowaną aktorką? Z tym bym polemizowała.
Jednak niezwykłe wrażenie na mnie wywarła jej rola w Godzinach, gdzie wcieliła się w Virginię Woolf, która swego czasu była moją obsesją. Czy to rola warta każdej nagrody? Jak najbardziej. Dziwi więc, że później nie doświadczyliśmy niczego podobnego. I uprzedzając komentarze: nie porwała mnie w Wielkich kłamstewkach, gdzie pozostałe aktorki ją skutecznie przyćmiły.

