search
REKLAMA
Recenzje

ZOMBIELAND: KULKI W ŁEB. Bardzo udany powrót na stare śmieci

Mikołaj Lewalski

19 października 2019

REKLAMA

10 lat to bardzo dużo czasu, nie tylko dla rozkładających się zwłok. W świecie filmu wiele może się zmienić podczas dekady: narracyjne trendy, popularne wątki i typy bohaterów, zabiegi estetyczne oraz gusta widzów. Częstym problemem towarzyszącym kontynuowaniu produkcji sprzed dekady jest zatracenie klimatu pierwowzoru lub pozbawiony tożsamości miks oryginalnej stylistyki ze współczesnymi środkami. Zombieland: Kulki w łeb to film, który być może powinien powstać dużo wcześniej, jednak to właśnie z racji tak długiej przerwy powrót do jego świata i bohaterów był tak ekscytujący. Z radością mogę więc was zapewnić, że wbrew wszelkim obawom i w przeciwieństwie do wielu sequeli nakręconych po latach ten jest godnym następcą swojego pierwowzoru.

Przez wspomniane 10 lat świat mocno się zmienił, ale nie jest to coś, co odczujemy w Kulkach w łeb. Świat Zombieland powstał na zgliszczach cywilizacji z 2009 roku i jest to mocno odczuwalne. W czasach fal twitterowego oburzenia, wywodów ideologicznych uchodzących za poważne recenzje filmowe i twórców nieustannie wzywanych na dywanik dyrektora (w tej roli Internet i media społecznościowe) taki film jest prawdziwym powiewem świeżości i nostalgii. Scenarzyści znani z pierwszej części oraz obu Deadpoolów ewidentnie obrali sobie za cel utrzymanie atmosfery, którą pokochaliśmy kiedyś, niezależnie od tego, czy „The Guardian” czy inny „Polygon” spędzi najbliższy miesiąc na udowadnianiu szkodliwości ich pracy. Nie żeby Kulki w łeb były filmem szczególnie kontrowersyjnym – po prostu miło jest posłuchać wściekłych tyrad i obelg Tallahassee’ego, który nie został ugrzeczniony w najmniejszym stopniu.

Kolejnym sympatycznym zaskoczeniem jest obsada i starania wziętych na pokład aktorów. Podczas premiery pierwszej części tylko Woody Harrelson był znanym i uznanym aktorem z najwyższej półki; każdego z pozostałej trójki można było określić mianem obiecującego/obiecującej. Dziś – o czym, parodiując zwiastun filmu arthouse’owego, informuje nas rewelacyjne otwarcie zwiastuna – wszyscy są gwiazdami wielkiego formatu i wcale nie było pewne, czy do pracy nad sequelem uda się zaangażować całą czwórkę. Między innymi to właśnie ich angaż podwoił budżet w stosunku do oryginału, ale zdecydowanie warto było. Zombieland to tak naprawdę czarna komedia o rodzinie i relacjach międzyludzkich, gdzie zombieapokalipsa jest w gruncie rzeczy barwnym tłem. Bez rodziny, którą poznaliśmy 10 lat temu, byłby to film pozbawiony duszy i większego sensu. Jednego i drugiego szczęśliwie nie zabrakło, a stara obsada wypada przyzwoicie (Abigail Breslin), bardzo dobrze (Emma Stone i Jesse Eisenberg) albo wybitnie (Woody Harrelson). Harrelson zasługuje na szczególne oklaski i po raz kolejny pokazuje tu swój ogromny komediowy talent. Jego wybuchowy charakter, dziecinne kaprysy i nierzadko wybitnie zdziadziały sentyment czynią go najzabawniejszym elementem filmu i będą wyciskać z was głośny śmiech. Cały wątek poboczny związany z minivanem i Tallahassee’em, w zamyśle dość banalny, na ekranie staje się przekomiczny właśnie dzięki staraniom aktora.

Starą grupę dość skutecznie uzupełniają nowe postaci, takie jak stereotypowo głupkowata Madison oraz zahartowana twardzielka Nevada. Wprowadzenie do fabuły ogranego na każdy możliwy sposób motywu głupiutkiej blondynki było potencjalnie katastrofalnym w skutkach pomysłem, ale dzięki wyjątkowemu urokowi i doskonałej roli Zoey Deutch udało się uniknąć wtopy. Niektóre żarty związane z Madison wypadają dość sucho i powtarzalnie, ale większa część bawi i urzeka dzięki wysiłkom wspomnianej aktorki i reakcjom reszty na niedorzeczność jej postaci. Nie mniej niedorzeczny od Madison pozostaje humor wykorzystujący zarówno slapstick, jak i nawiązania popkulturowe, różnice charakterów między postaciami i narrację z offu burzącą czwartą ścianę. Także tym razem nie zabrakło rozmaitych wstawek (np. Zabójstwo Zombie Roku), a kilka żartów w mniej lub bardziej zgrabny sposób odwołuje się do naszej obecnej rzeczywistości. Porządny humor uzupełnia świetnie nakręcona akcja, która zawstydza dość skromny pod tym względem pierwowzór; sekwencja otwierająca film to prawdziwy majstersztyk z odpowiednim wykorzystaniem zwolnionego tempa i soczystego brzmienia Metalliki, podczas gdy finał robi wrażenie nie tylko rozmachem, ale i pomysłowością. Finał historii aż się prosi o kontynuację i mam ogromną nadzieję, że tym razem nie będziemy musieli czekać na nią 10 lat.

Kulki w łeb okazały się wszystkim, czego oczekiwałem po sequelu Zombieland. Historia naturalnie rozwija starych bohaterów (i w dość przekonujący sposób poddaje próbie ich słabości) i skutecznie poszerza uniwersum, nie zapominając o dobrej komedii oraz doskonałej akcji (długie ujęcie podczas jednej z walk robi wrażenie nawet w roku, w którym dostaliśmy Johna Wicka 3 Koniec gry). Fani pierwowzoru nie powinni zastanawiać się nawet chwili nad seansem, a wszystkim niezaznajomionym z tamtym filmem polecam nadrobienie zaległości na Netfliksie i późniejszą wycieczkę do kina. Nieczęsto spotyka się tak porządne sequele.

REKLAMA