search
REKLAMA
Cannes2018

ZIMNA WOJNA. Najnowszy film autora IDY

Maciej Niedźwiedzki

11 maja 2018

REKLAMA

Polska. 1949 rok. Dyrygent Wiktor (Tomasz Kot) razem z kuratorką Ireną (Agata Kulesza) przemierzają zniszczony przez wojnę kraj w poszukiwaniu lokalnych zespołów muzycznych i uzdolnionej młodzieży, z której niebawem uformują kultywujący folklor skład Mazurka. Nagrywanie materiałów, przesłuchania i próby są nadzorowane przez Lecha (Borys Szyc). Wysłannik partii ma pilnować, by przyszłe występy powstawały w zgodzie i ku chwale nowej socjalistycznej linii programowej. Tak, by apolityczny i aideologiczny repertuar z prowincji przekuć w kolejną propagandową tubę.

Do zespołu dołącza Zuzanna “Zula” (Joanna Kulig). Dziewczyna, mimo sporych braków w warsztacie, wpada w oko Wiktorowi. Mazurek następnie wyrusza w Polskę, później do Wschodniego Berlina. Dwójkę artystów łączy uczucie i marzenia o wspólnej przyszłości. Czasy są jednak niełatwe a realizacja planów będzie od ich obu wymagała wyrzeczeń i poświęceń. Na przeszkodzie stoi też fakt, że oboje mają silne charaktery. To bohaterowie uparci, konkretnie wyrażający swoje potrzeby czy wątpliwości, niewolni od nałogów i słabości.

Na pierwszym planie Zimna wojna traktuje o burzliwych perypetiach kochanków na przestrzeni piętnastu lat. Pawła Pawlikowskiego interesuje jednak bardziej telegraficzny skrót niż wielowymiarowy opis. Reżyser co chwila zmienia domyślne okoliczności, w jakich spotykają się Wiktor z Zulą. Będzie więc i emigracja na zachodzie i życie w ponurej polskiej rzeczywistości, i artystyczny sukces i chałtura w podrzędnym klubie. Nie sprawia to wrażenia nieprawdopodobnego, ale na pewno już usilnie sklejonego. Narracyjna struktura filmu – rozpisana na półtorej dekady i kilka lokalizacji – i bardzo krótki metraż filmu (84min) nie współgrają ze sobą. Pawlikowskiego nie zajmuje stopniowa ewolucja jego bohaterów, ale gwałtowne zmienianie warunków, w jakich się znajdują. Zimna wojna to melodramat, w którym nad emocjonalną podróżą góruje kostium i scenografia.

Po pewnym czasie bardzo łatwo przewidzieć fabularne mechanizmy. Można nawet odnieść wrażenie, że twórcy zebrali kilkanaście alternatywnych losów w powojennej rzeczywistości i punkt po punkcie odhaczali kolejne możliwości. Tym samym Zimna wojna jawi się jako kino powierzchowne i wykalkulowane. Pawlikowskiego można bronić zamierzonym lakonicznym opisem, ale dla mnie to twórcze lenistwo.

W Zimnej wojnie Pawlikowski dotyka tematów upolityczniania kulturalnego dorobku, sumienia artysty i jego powinności wobec własnego talentu. Stara się konfrontować utylitarną sztukę narodową z powstającym na poboczu folklorem. Jeśli tym razem Paweł Pawlikowski z nieco większą gracją niż w topornej Idzie opowiada o ludziach, tak refleksję nad sztuką zamyka dosadnym komentarzem reprezentanta ministerstwa kultury. Chór ma bowiem śpiewać o wodzu Stalinie, a jego wizerunek ma zawisnąć nad głowami występujących.

Światowe kino już niejednokrotnie konfrontowało ze sobą stanowisko twórcy/artysty z polityką. Jednak w Człowieku z marmuru, Wodzireju czy Mefisto pozostawało znacznie więcej odcieni szarości i pytań do widza. Pawlikowski nie chce się z widzem mocować. Jasno wykłada swoje argumenty i zmierza do tezy. W tym celu najchętniej korzysta ze śliskiego, zdradliwego Lecha w interpretacji Szyca. Czy naprawdę potrzebujemy kolejnych wizerunków skorumpowanych i pozbawionych etycznego kręgosłupa komunistów?

Refrenem filmu Pawlikowskiego jest piosenka “Dwa serduszka, cztery oczy…”, przypominająca o rozłączonych kochankach i ich ciężkich losach. Wierzę, że z premedytacją ma to naiwnie brzmieć, ale niestety z Zimnej wojny nie można wiele więcej wydobyć. Wyszukana operatorska robota Łukasza Żala znowu zdaje się być alibi dla ilustracyjnego, podręcznikowego scenariusza. Pawlikowski z uporem korzysta ze scen-klisz, scen-szablonów, postaci-stereotypów i sytuacji-schematów. Zimna wojna sięga po wielkie tematy, ale robi to w szkolny sposób. W efekcie film Pawlikowskiego jest dla mnie tekturową produkcją. I nie ma znaczenia iloma nagrodami zostanie w przyszłości ozłocona.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydzieło, czyli Tajemnicę Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą serię Toy Story. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA