Recenzje
UWIĘZIENI. Na planie filmu grozy
UWIĘZIENI to niezwykle przewrotny film, który prowokuje do refleksji nad pięknem i brzydotą w kinie, zadając niełatwe pytania.
„Aktorzy i aktorki są zwykle atrakcyjniejsi od zwykłych ludzi. Dlaczego by nie? Dlaczego mielibyśmy nie podziwiać ich urody? Uroda jest ważnym atutem aktorów i aktorek. Daje im większe możliwości wyrażania się. Im są atrakcyjniejsi, tym więcej ról mogą zagrać. Atrakcyjni aktorzy i aktorki mają ogromną przewagę, bo uwielbiamy na nich patrzeć.” Powyższy cytat z Pauline Kael, słynnej amerykańskiej krytyk filmowej, wykorzystany na początku filmu Uwięzieni, każe nam się zastanowić, czy kino rzeczywiście zarezerwowane jest dla pięknych aktorów oraz jak duży wpływ mamy na to jako widzowie.
Czy w ogóle zgadzamy się z wyżej postawioną tezą, która brzmi nieco prowokacyjnie? No bo co z tymi, o których Kael nie wspomina – gdzie w tym wszystkim miejsce dla mniej urodziwych? Czy chcemy ich oglądać? A jeśli tak, to czy przypadkiem nie dlatego, że tak bardzo odbiegają wyglądem od przyjętego ideału piękna? Skoro lubimy patrzeć na ładnych ludzi, bo są ładni, to czy tego samego nie powiemy o brzydocie? Trudno nie odnieść wrażenia, że te pytania o estetykę zahaczają o kwestie moralne – warto zastanowić się nad naszym zainteresowaniem tym, co nienaturalne, być może nawet odpychające.

Dużo tu znaków zapytania – na szczęście film Aarona Schimberga w sposób bynajmniej nie dydaktyczny, za to niezwykle przewrotny dotyka tematu piękna i brzydoty w kinie oraz tego, jak zostaliśmy przez filmy „nauczeni” reagować na odejścia od przyjętych wzorców.
Fabuła obraca się wokół realizacji filmu, który od początku sprawia wrażenie pretensjonalnego gniota. Głośny niemiecki reżyser (gra go Charlie Korsmo, czyli syn Robina Williamsa z Hooka) kręci swój anglojęzyczny debiut, horror o szalonym naukowcu eksperymentującym na zniekształconych podopiecznych. Z ekranu aż wylewa się eurotrashowa jakość i eksploatacyjna wrażliwość, a raczej jej brak – wysmakowane plastycznie dziadostwo, gdzie straszy się autentycznymi deformacjami, w środku tego cyrku umieszczając niewidomą piękność.

Grają amerykańscy aktorzy, zachęceni nazwiskiem reżysera. Zdjęcia kręcone są w prawdziwym szpitalu, w role pacjentów zaś wcielają się ludzie naprawdę upośledzeni fizycznie, wśród nich karły i olbrzym, siostry syjamskie, osoba o dwóch twarzach – z jednej strony ma męskie, z drugiej kobiece oblicze. Jednym z bohaterów jest Rosenthal, mężczyzna z poważnie zniekształconą głową, który partneruje grającej główną rolę Mabel (Jess Weixler, ta sama, która w Zębach odkryła, że posiada vaginę dentatę), z początku wystraszonej samym spotkaniem, ale szybko zaczynającej doceniać towarzystwo Rosenthala. Atmosfera na planie jest spokojna, a miejscami wręcz surrealistyczna. Wkrótce filmowa tkanka zaczyna przenikać rzeczywistość.
Rosenthala gra Adam Pearson, którego widzowie mogą pamiętać z Pod skórą, dramatu science fiction Jonathana Glazera. Nienaturalny wygląd aktora cierpiącego na nerwiakowłókniakowatość mocno kontrastował tam z fizyczną doskonałością Scarlett Johansson, której kosmiczny chłód, obcość i nawyk zabijania nieznajomych mężczyzn sprawiły jednak, że jego bohater stał się nam zaskakująco bliski.

Również w Uwięzionych nie bez powodu łączy się postać Pearsona z piękną kobietą, ale Schimberg jest tu mniej manipulacyjny od Glazera, nie czyniąc z Rosenthala ofiary. Co więcej, o eksploatacyjnej naturze kina reżyser opowiada bez jakichkolwiek prób szokowania widzów (co nie znaczy, że i bez prowokacji), za to co rusz stawiając nas pod ścianą naszych oczekiwań. Jego film trudno zakwalifikować do konkretnego gatunku, gdyż również i na tym polu igra z ekranowymi konwencjami.
Nie bez powodu jesteśmy na planie filmu grozy, w którym reżysera interesuje wyłącznie efekt szoku; mamy nawet typowo horrorowe ujęcie, kiedy Rosenthal wychodzi z cienia, aby wystraszyć publiczność. Moment ten jest jednak wyjątkowo śmieszny, gdyż bohater Pearsona nie reaguje tak, jak chciałby tego Herr Director, a później zadaje mu pytania o sens kręconej sceny. Niemiec argumentuje ją płaską metaforą i wzmianką o Orsonie Wellesie w Muppetach, tak jakby nie chciał urazić aktora stwierdzeniem, że skoro ten wygląda jak potwór, to i w realizowanym filmie musi być potworem.

Czy i my tak odbieramy Rosenthala oraz jemu podobnych aktorów? Chciałbym napisać, że nie. Że od premiery niesławnych Dziwolągów Toda Browninga minęło prawie 90 lat i twórcy oraz widownia są dzisiaj bardziej postępowi. Że Człowiek słoń Davida Lyncha poraził nas swym humanistycznym przekazem w sposób zmieniający naszą percepcję.
Że kino oswoiło nas z brzydotą, deformacjami ciała oraz myśleniem schematami jak z horroru. Mistrzostwo Schimberga polega na tym, że wykorzystując nawet tak ograny motyw jak poszukiwania seryjnego mordercy (z bliznami na twarzy!) w okolicy szpitala, gdzie kręcony jest film, podważa naszą rzekomą postępowość. Budzi w widzach podejrzenia, że być może psychopatą jest jeden z… Ale nie możemy tak myśleć! Nie wolno nam! To są zwyczajni ludzie, nawet jeśli wyglądają, jakby coś ukrywali przed światem. Najpewniej coś strasznego.

A co z tymi, którzy są piękni? Którzy z pewnością siebie i podniesioną głową żyją w przeświadczeniu, że chcą być oglądani? Jest choćby chcący uchodzić za intelektualistę i przyjaciela wszystkich Max, ale łatwo przejrzeć jego nadętość oraz niewiedzę. Mabel jest sympatyczna i otwarta, choć podczas wywiadu z nią ujawnia się naiwność kobiety, która szybko popada w śmieszność. Nie twierdzę, że cały jej wywód pozbawiony jest sensu – zwłaszcza gdy tłumaczy ona, że granie niewidomej jest częścią jej pracy (to tak na marginesie głośnego ostatnio zarzutu o niewłaściwą reprezentację mniejszości w kinie) – ale jej słowa, że talent Orsona Wellesa polegał na umiejętności zagrania zarówno czarnego Otella, jak i białego Jago, rażą co najmniej nieprzemyśleniem.
Inna rzecz, że ponownie wywołany jest Welles, który w młodości był atrakcyjnym i niesamowicie charyzmatycznym aktorem, aby w późniejszych latach roztyć i brzydko się zestarzeć. Nie wiem tylko, czy o takie skojarzenie chodziło Schimbergowi.
Ostatecznie profesjonalnych, normalnie wyglądających aktorów reżyser przedstawia jako ludzi, którzy ukrywają więcej niż ich zdeformowani partnerzy. Ktoś szafuje cytatami na lewo i prawo, ale nie zna źródła; ktoś inny chce zawsze mieć coś do powiedzenia, nawet jeśli plecie głupoty; również niepozorna scena, gdy członek ekipy robi sobie po kryjomu zastrzyk z insuliny, potwierdza, że niełatwo jest dzielić się z innymi naszymi niedoskonałościami. Lepiej je schować, przykryć czymś innym. W przypadku Rosenthala nie ma na to szans, a wręcz przeciwnie. Jego wygląd powoduje, że ludzie widzą w nim wyłącznie człowieka fizycznie upośledzonego, a wszystko inne schodzi na drugi plan. Środkiem zaradczym na to staje się „wypożyczona” kamera, rejestrująca ciekawsze rzeczy niż kręcony przez niemieckiego reżysera horror.
Uwięzieni są z jednej strony liryczną, ale nigdy ckliwą opowieścią o empatii, z drugiej zaś filmem w filmie, miejscami absurdalnym i zabawnym, pokazującym kino od kuchni poprzez łączenie realizmu z nieprzewidywalną narracją. Obraz igra z horrorowymi tropami, przywodząc na myśl Berberian Sound Studio Petera Stricklanda, ale jest zdecydowanie bardziej pogodny, nawet gdy oglądamy na ekranie niepokojące rzeczy. Nad całością zaś unoszą się słowa Kael z początku obrazu. Filmy przyzwyczaiły nas do tego, co chyba rzeczywiście w nich lubimy: schematów, ładnych rzeczy, ładnych ludzi, prostoty.
Tymczasem dzieło Schimberga walczy ze skojarzeniami, według których deformacja oznacza potwora, piękno zawsze łączy się z dobrem lub mądrością, a informacje o zbiegłym szaleńcu prowadzą do thrillerowego rozwiązania. Tym samym i polski tytuł można odczytać jako metaforę tych przyzwyczajeń.
Tekst z archiwum Film.org.pl
