search
REKLAMA
Recenzje

POJEDYNEK PO LATACH (The Last Hard Men, 1976)

Mariusz Czernic

16 czerwca 2018

REKLAMA

Dla kobiet się nie umiera, dla nich się zabija.

Andrew V. McLaglen był synem świetnego brytyjskiego aktora Victora McLaglena, laureata Oscara za główną rolę w Potępieńcu (1935) Johna Forda. Od dziecka spędzał czas na planach filmowych, obserwując hollywoodzkich reżyserów i aktorów. Został asystentem takich filmowców jak Budd Boetticher i William A. Wellman, zapragnął kręcić szczególnie westerny. Ostatecznie nie stworzył dzieła, które z pełnym przekonaniem można by nazwać mistrzowskim i niejednokrotnie porywał się na projekty, które nie miały prawa się udać (sequele Żelaznego krzyża, Parszywej dwunastki i Mostu na rzece Kwai). Mimo wszystko warto przyjrzeć się jego filmografii, bo znajduje się w niej kilka solidnych produkcji rozrywkowych, dobrze sprawdzających się w niedzielnym paśmie popołudniowym. Niezłe role w jego filmach zagrali James Stewart (Shenandoah, 1965), John Wayne i George Kennedy (Synowie szeryfa, 1973). Jednym z najlepszych filmów McLaglena jest znakomicie obsadzone widowisko przygodowo-sensacyjne Dzikie gęsi (1978).

Pojedynek po latach (The Last Hard Men, 1976) to piętnasty i ostatni kinowy western Andrew V. McLaglena. Jest to godne pożegnanie reżysera z gatunkiem, któremu poświęcił dwadzieścia lat życia. Czy to jego najlepszy film w karierze, pozostanie kwestią sporną, ale na pewno jest najbrutalniejszy, bliższy temu, co prezentował Sam Peckinpah niż John Ford. Zresztą nie tylko z powodu ukazywania przemocy bliżej mu do dzieł „krwawego Sama”, ale także ze względu na klimat zmierzchu Dzikiego Zachodu. Główny bohater z trudem wsiada na konia, a do czytania potrzebuje okularów, natomiast jego antagonista na dźwięk telefonu strzela do urządzenia. Czas galopuje jak rączy koń, a gdy przybywa lat trudniej się myśli, więc i łatwiej przegrać.

Brian Garfield, autor słynnego Życzenia śmierci (1974), dostarczył materiał literacki, który stał się kanwą scenariusza Guerdona Trueblooda. Fabuła niczym szczególnym nie zaskakuje – ucieczka z więzienia i zemsta na człowieku, który doprowadził do skazania, to jeden z najprostszych schematów fabularnych. Najczęściej jednak, aby zemsta była bardziej satysfakcjonująca, uciekającym skazańcem jest osoba niewinna, a ofiarą odwetu – podstępni złoczyńcy. Nie tym razem jednak – uciekinier Zach Provo, półkrwi Indianin, to brutalny bandyta, wykorzystujący ludzi bez litości, a poszukiwanym przez niego osobnikiem jest emerytowany stróż prawa Sam Burgade. Od dawna mają ze sobą na pieńku, ale jedno dramatyczne wydarzenie wpłynęło na ten konflikt szczególnie – Burgade przyczynił się do śmierci żony przestępcy, czego Provo nie może mu darować. Bandyta gotów jest skrzywdzić córkę stróża prawa, a potem zabić znienawidzonego wroga indiańskim sposobem, czyli bardzo powoli.

Jednak Sam Burgade ma przeciwko sobie nie tylko jednego człowieka, lecz siedmiu. W przeciwieństwie do słynnego filmu Johna Sturgesa tej siódemki nie można określić przymiotnikiem “wspaniała”. To gromada wyrzutków, uciekinierów z Yumy, których nie osadzono w więzieniu za niewinność. O jednym z nich mówi się, że odciął głowę dziewczynie, by odebrać jej kolczyki. Inny z kolei ślini się na widok młodej kobiety – jest jak pies, który niepilnowany zrobi coś złego. W tej ekipie nie ma miejsca dla słabeuszy – nawet najmłodszy z bandytów, który na pozór wydaje się słaby, potrafi odstrzelić ucho napastnikowi, jeśli zostanie zaatakowany. Istotną rzeczą jest także zróżnicowanie rasowe bandytów – w ekipie oprócz pełnokrwistych białych Amerykanów są Meksykanin i Murzyn, a prowodyrem jest Indianin z plemienia Navajo.

Ogląda się ten spektakl wyśmienicie dzięki świetnie dobranej ekipie aktorskiej. Charlton Heston ma dużo kapitalnych ról w dorobku, ale ja najbardziej go lubię właśnie za westerny. Postacie, które stworzył w Majorze Dundee (1965) i Willu Pennym (1967), mocno zapadły mi w pamięć. I z rolą Sama Burgade’a jest tak samo. James Coburn w tym gatunku również świetnie sobie radził, ale jego najsłynniejsze role (na przykład tytułowa w filmie Pat Garrett i Billy Kid) to postacie pozytywne, natomiast u McLaglena idealnie wpasował się w mroczną osobowość Zacha Provo – arcyłotra, kidnapera i zabójcy w jednej osobie. Wśród aktorów drugoplanowych wyróżnia się John Quade, głównie ze względu na wygląd, idealny do ról obleśnych typów, gwałcicieli i zboczeńców. W omawianym filmie jest zresztą scena gwałtu z Barbarą Hershey w roli ofiary.

Zdjęcia realizowano w Arizonie, a operator Duke Callaghan (Łowcy skalpów, 1968; Jeremiah Johnson, 1972) zadbał o to, by obraz był szorstki, a przez to lepiej integrujący się z pełną goryczy historią pojedynku dwóch podstarzałych twardzieli. Muzykę skomponował Leonard Rosenman, ale jego praca została odrzucona, chyba w ostatniej chwili, bo zamiast zatrudniać nowego kompozytora zdecydowano się wykorzystać muzykę nieoryginalną. Wybór padł na partyturę Jerry’ego Goldsmitha z filmu 100 karabinów (1969). Z tym akompaniatorem McLaglen pracował przy filmie Bandolero! (1968), skąd zresztą pochodzi jedna z najbardziej pamiętnych melodii Goldsmitha.

Pierwowzór literacki Briana Garfielda powstał w 1971 i został zatytułowany Gun Down, ale reżyser postanowił go zmienić, gdyż jego debiutancki western miał podobny tytuł – Gun the Man Down (1956). Zdecydowano się na The Last Hard Men (czyli ostatni twardziele), co trafnie podkreśla elegijny nastrój opowieści, a także świetnie wygląda na plakacie jako część sugestywnego sloganu: „the last hard men… one of them is going to die hard”. Ten slogan z kolei zainspirował powstanie serii Die Hard, znanej w Polsce jako Szklana pułapka.

W mojej opinii Pojedynek po latach należy do ciekawszych reprezentantów gatunku z okresu jego zmierzchu. Między premierą ostatniego westernu Sama Peckinpaha (Pat Garrett i Billy Kid, 1973) a spektakularną klapą Michaela Cimino (Wrota niebios, 1980) gatunek znajdował się w głębokim kryzysie i bardziej opłacało się kręcić takie filmy dla telewizji niż kina. Zresztą w samym roku 1976 McLaglen zrealizował trzy westerny, w tym dwa telewizyjne. Potem dla kina tworzył już tylko obrazy o tematyce sensacyjnej i wojennej, w dodatku poza kontynentem amerykańskim (zapuścił się nawet do RPA i Indii), tak jakby został wyrzutkiem.

Produkcja z Hestonem i Coburnem to dla miłośników westernu nie lada atrakcja. Słowa jednego z bohaterów – „Dla kobiet się nie umiera, dla nich się zabija” – bardzo dobrze charakteryzują świat przedstawiony. Jest on pełen szorstkich i cynicznych postaci, dla których zabijanie jest czymś naturalnym jak miłość. Pojedynek po latach to emocjonujące starcie między dwoma prawdziwymi twardzielami. Szorstki i momentami krwawy spektakl w stylu Sama Peckinpaha. Nie zestarzał się aż tak bardzo jak inne filmy McLaglena.

Mariusz Czernic

Mariusz Czernic

Z wykształcenia inżynier po Politechnice Lubelskiej. Założyciel bloga Panorama Kina (panorama-kina.blogspot.com), gdzie stara się popularyzować stare, zapomniane kino. Miłośnik czarnych kryminałów, westernów, dramatów historycznych i samurajskich, gotyckich horrorów oraz włoskiego i francuskiego kina gatunkowego. Od 2016 „poławiacz filmowych pereł” dla film.org.pl, współpracuje z autorami bloga TBTS (theblogthatscreamed.pl), dawniej pisał dla magazynów internetowych Magivanga (magivanga.com) i Kinomisja (pulpzine.pl). Współtworzył fundamenty pod Westernową Bazę Danych (westerny.herokuapp.com),

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA