Recenzje
SEKS, NARKOTYKI I PINK FLOYD. O „More” Barbeta Schroedera
SEKS, NARKOTYKI I PINK FLOYD to zwariowana podróż do lat 60. z Barbetem Schroederem w roli przewodnika. Odkryj jego debiut filmowy!
Nazwisko Barbeta Schroedera nigdy nie przynależało do czołówki najbardziej uznanych filmowców francuskiego kina, dziś zaś jest chyba niemal zapomniane. Prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalny jest on wśród melomanów obeznanych z dyskografią legendarnej grupy Pink Floyd, z którą Schroeder dwukrotnie współpracował. Pierwszym wspólnym projektem szwajcarskiego reżysera i brytyjskich rockmanów był jego debiutancki film More z 1969 roku.
Urodzony w Teheranie Schroeder od początku lat 60. związany był ze środowiskiem paryskich nowofalowców, współpracując przede wszystkim jako producent oraz aktor z Érikiem Rohmerem. Jako autor zadebiutował jednak już praktycznie po wytraceniu przez falę impetu, a także co warto zauważyć, po burzliwych wydarzeniach roku 1968. Jako reżyser odniósł umiarkowany sukces, zapisując się w szerszej świadomości przede wszystkim Ćmą barową z Mickeyem Rourkiem (1987), nominowaną do prestiżowych nagród Drugą prawdą (1990) oraz nieźle przyjętymi Matką boską morderców (2000) i Adwokatem terroru (2007).
W More pełen młodzieńczego zapału Schroeder spróbował zmierzyć się z niełatwym tematem hippisowskich marzeń i zagrożenia ze strony narkotyków, tworząc film dość ciekawie balansujący pomiędzy uwodzicielskimi obrazami lata, młodości i seksu a posępną przypowieścią antyuzależnieniową.
Głównym bohaterem filmu Schroedera jest młody Niemiec Stefan, absolwent uniwersytetu, który wybiera się autostopem do Paryża. Tam poznaje piękną Amerykankę Estelle, która wprowadza go w świat narkotyków i wolnej miłości, a następnie namawia do wspólnego wyjazdu na Ibizę. Wiedziony erotyczną fascynacją Stefan podąża za dziewczyną na południe, a także w głąb narkotykowego uzależnienia. Rozwojowi ich toksycznego związku, na którym cieniem kładą się przeszłość dziewczyny oraz demoniczna postać rządzącego śródziemnomorskim kurortem Wolfa, towarzyszy eskalacja uzależnienia obydwojga od narkotykowych odlotów.
Fabuła skonstruowana jest w sposób przywodzący na myśl tworzone przez Érica Rohmera konfiguracje psychologiczno-moralne, w których każda z postaci dramatu jest zarówno winna, jak i ma swoje racje. Podobnie też jak w ówczesnym kinie Rohmera – wyjściowo banalna historia wykorzystana jest do poruszenia szerszych problemów egzystencjalnych.
Nakręcone u schyłku hippisowskiego szaleństwa More to dzieło w pewnym sensie pokrewne późniejszemu o rok Zabriskie Point Michelangelo Antonioniego. Podobnie jak włoski reżyser, Schroeder dokonuje dość bolesnej wiwisekcji i rozliczenia kontrkulturowych ideałów pokolenia Woodstocku. Przemieniające pełnych zapału młodych marzycieli w znerwicowanych nałogowców, narkotyki w More to katalizator upadku dążeń do wolności i wyzwolenia z szarej rzeczywistości. Sedno historii Stefana tkwi w ukazaniu jego ucieczki – niemalże za wszelką cenę – od nudnego, ułożonego życia europejskiej klasy średniej ku uosabianej przez Estelle pogodnej swobodzie, która ostatecznie okazuje się drogą do jądra ciemności.
W filmie Schroedera piękna dziewczyna przedstawiona jest jako współczesna inkarnacja zwodniczej syreny, ucieleśniającej erotyczny urok hippisowskiej swobody, ale także katalizującej w mężczyznach zazdrość i wciągającej ich w zgubne odmęty nałogu. Postać Estelle, zagrana z klasą przez Mimsy Farmer, skupia tanatyczno-erotyczny klimat filmu, w którym wolny seks i szukanie kolejnych doznań pozbawione zostają kontrkulturowego romantyzmu i sprowadzone do brutalnie banalnego atawizmu.
Upadek bohaterów wynika przede wszystkim z ulegania pokusie coraz częstszych i mocniejszych odlotów oraz przecenienia własnej odporności, nie tylko na narkotyki, ale i społeczną presję. Silnie w filmie Schroedera obecne jest widmo materializmu, weryfikującego niejednokrotnie idealistyczne plany młodych hippisów. Paradoksalnie najmocniej w szpony konsumpcjonizmu popycha ich jeden ze głównych symboli wyzwolenia – dystrybuowane przez cynicznych kapitalistów, strażników starego porządku narkotyki. Tutaj może niezbyt subtelną, ale znamienną figurą jest pociągający za sznurki na rajskiej Ibizie Wolf, stary biznesmen otoczony nazistowskimi gadżetami, zaopatrujący łaknących więcej narkomanów.
Jeśli w mitycznej symbolice More Estelle odgrywa rolę syreny, zwodzącej naiwnego podróżnika Stefana obietnicą rozkoszy, to przywołującego negatywne skojarzenia historyczne Wolfa można porównać do złego króla, czerpiącego korzyść z nieszczęścia uzależnionych od jego zasobów upadłych poszukiwaczy wolności.
Choć Schroedera wiązać należałoby raczej z rohmerowską szkołą opowiadania, formalnie More jest filmem bliższym ekspresyjnej gorączkowości Jeana-Luca Godarda niż melancholijnej powściągliwości twórcy Sześciu opowieści moralnych. Schroeder w dużej mierze opowiada obrazem, przywiązując dużą wagę do kompozycji kadrów, wyrażających ciągłe ambiwalentne napięcie erotyki i zagrożenia, którym przesycony jest film. Dominująca na Ibizie słoneczna, wakacyjna sceneria podkreśla początkową idylliczność wyprawy oraz romansu Stefana i Estelle, ale równocześnie, dzięki naturalnemu zastosowaniu żółci, dodaje nieustannie do ich relacji element zazdrości. Większość sekwencji jest też sfilmowana w zaskakująco chłodny, beznamiętny sposób, co z kolei podkreśla iluzoryczność wyzwolenia bohaterów i antyromantyczną rzeczywistość hippisowskiego snu.
Bardzo ważnym aspektem More jest warstwa muzyczna, za której przygotowanie odpowiadał zespół Pink Floyd, wtedy jeszcze niemający statusu światowej gwiazdy, ale za to związany z brytyjską sceną psychodeliczną, co wzmacniało na swój sposób siłę oddziaływania filmowej refleksji nad używkami. Choć album ze ścieżką dźwiękową do More nie należy do najpopularniejszych wydawnictw grupy, jest to bardzo oryginalna, dopasowana w warstwie tekstowej i emocjonalnej ilustracja dźwiękowa do filmu. Floydzi tworzyli poszczególne utwory pod konkretne sceny, ale nie brzmią one jak typowa muzyka ilustracyjna.
Najciekawsze jest jednak to, w jaki sposób muzyka pojawia się w More, niemal nigdy nie dochodzi bowiem z offu, ale wtapia się w świat przedstawiony – to dobiegając z szafy grającej, to z nastawionego właśnie gramofonu. W ten sposób towarzyszące wydarzeniom piosenki są słyszane przez bohaterów i stanowią rodzaj błyskawicznego komentarza do rozgrywającej się akcji, co wzmacnia efekt ciążącego nad postaciami fatum, dostrzeganego przez otoczenie, ale nie przez nich.
Nie wszystko jednak w More jest tak pomysłowe i udane. Największą bolączką filmu są okropne dialogi, których momentami słucha się wręcz z fizycznym bólem. W tej sferze na jaw wychodzi ogólna słabość scenariusza, przygotowanego przez reżysera we współpracy z Paulem Gégauffem. O ile jeszcze fabularne klisze, gruba kreska, którą zarysowani są bohaterowie czy przesadne narracyjne skróty, bronią się wykorzystywaniem przez Schroedera kulturowych znanych tropów do dekonstrukcji hippisowskiego mitu, to wypowiadane przez bohaterów banały to po prostu wyraźny niedostatek obrazu, którego reżyser – trzeba otwarcie przyznać, że mniej uzdolniony od Rohmera czy Antonioniego – nie potrafił lub nie chciał bardziej zamaskować, przez co też uwypukla pozostałe mankamenty filmu, nieco zbyt ochoczo korzystającego z utartych schematów i cierpiącego przez kiepskie aktorstwo, poza dobrą kreacją Farmer. Trochę szkoda, że ktoś bardziej wprawny nie podpowiedział Szwajcarowi redukcji dialogów do niezbędnego minimum, bo przy przemyślanej warstwie wizualnej przyniosłoby to lepszy efekt.
Zapewne More mogłoby być lepszym filmem. Ale też jest chyba dziełem niesłusznie zapomnianym, koncepcyjnie i formalnie ciekawszym niż niektóre późniejsze dokonania mistrzów Nowej Fali, z której wywrotowego etosu wyrasta i którą równocześnie na swój sposób przekracza. Do historii film Schroedera przejdzie zapewne głównie jako ciekawostka towarzysząca dorobkowi Pink Floyd i interesujący eksperyment znany garstce fanów kina francuskiego lat 60. Warto jednak po ten film sięgnąć nie tylko dla muzyki, ale też ze względu na bardzo udaną warstwę wizualną i ciekawy, mocno krytyczny, a pozbawiony moralizatorstwa głos na temat rozwiewania się marzeń i iluzji dzieci kwiatów.
Najcenniejsze, co oferuje More, to frapująca, melancholijna aura rozczarowania romantyków, schwytanych w pułapkę iluzji wolności. Przy tym Schroederowi udało się przekazać gorzki smak zawodu życiowego w dobie obyczajowej swobody, poszukiwania własnego miejsca i buntu.
