Recenzje

RYBKI Z FERAJNY. Nemo odnaleziony

"Rybki z ferajny" to kolejna bardzo udana produkcja z wytwórni Dreamworks, która powinna się spodobać tak dzieciakom jak i dorosłym.

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Rybie kino gangsterskie

Wytwórnia Dreamworks już od kilku lat może być z powodzeniem nazywana królem filmów animowanych. Shrek wyznaczył nową ścieżkę w tworzeniu filmów animowanych. To, czym Shrek zwabił miliony maluchów (i dorosłych) na całym świecie, jest genialne połączenie humoru oraz iście ‘bajkowych‘ postaci z przepiękną animacją komputerową. Ale Shrek nie odniósłby tak wielkiego sukcesu, gdyby twórcy nie poszli ciut dalej, wrzucając do opowieści mnóstwo cytatów i zapożyczeń filmowych, czym zjednali sobie przychylność tych trochę większych dzieci.

Po tak wybuchowym początku przyszły kolejne hity, może nie lepsze od Shreka, ale dalej jednak zarabiające kasę na całym świecie i sprawiające, że najmłodsi zamiast nowej zabawki zaczęli namawiać rodziców na wypad do kina. Były to kolejno: Epoka lodowcowa (FOX Animation), Potwory i spółka (Disney/Pixar), Gdzie jest Nemo (Disney/Pixar), Shrek 2 (Dreamworks) i właśnie Rybki z ferajny – kolejny przebój ze stajni Dreamworksa. Każdą z tych animacji zwykło się porównywać do Shreka, ale w przypadku Rybek z ferajny lepsze wydaje się porównanie do hiciora Gdzie jest Nemo, którego akcja w większości także działa się pod wodą. Moim skromnym zdaniem Rybki… przebijają Nemo w swojej przebojowości i atrakcyjności, a składają się na to trzy główne zalety filmu. Ale o tym potem, teraz może po tym przydługim wstępie napiszę wreszcie, o czym film jest.

W zasadzie to w filmie mamy trójkę głównych bohaterów (bynajmniej nie trójkąt miłosny, to nie południowoamerykańska telenowela) o wdzięcznych imionach Oscar, Angie i Lenny, którzy… nie, wróć – Oscar to rybka (rybek?) wychowany na ulicy (ewentualnie morskim dnie, jak kto woli), a więc taki mały cwaniaczek i ryzykant, a zarazem marzyciel, który buja w obłokach, wyobrażając sobie, jakby to było fajnie być znanym i powszechnie lubianym rybkiem-piosenkarzem. Na jego nieszczęście są to tylko marzenia, które pomimo wielkich ambicji wydają się nigdy nie spełnić. Oscar zarabia na swoje utrzymanie w myjni wielorybów (nie, to nie jest dowcip) należącej do niejakiego Sykesa, mającego powiązania z mafią. I tu poznajemy Angie, rybkę-sekretarkę, najlepszą przyjaciółkę Oscara, która drobnym zbiegiem okoliczności jest w nim po uszy zakochana, czego sam zainteresowany zdaje się nie dostrzegać.

Do tego dodajmy jeszcze rekinią rodzinę z Don Lino na czele i jego dwoma potomkami Lennym i Frankiem po prawicy i lewicy. Don Lino jako ojciec chrzestny rekiniej mafii marzy o tym, żeby jego synowie przejęli wkrótce działalność rodzinną. Problem polega na tym, że Lenny to wrażliwa dusza i za bardzo nie chce być częścią spuścizny tatusia, a na dodatek jest wegetarianinem. Na skutek nieszczęśliwego zrządzenia losu Frankie ginie przygnieciony przez kotwicę. Załamany Lenny płynie donieść ojcu o tragicznym zdarzeniu, podczas gdy na miejscu tragedii pojawia się przypadkiem Oscar. Przerażony spotkaniem z rekinami biedak zostaje przypadkowo uznany za tego, który poskromił rekina, co w rezultacie daje mu przydomek ‚pogromcy rekinów’, sławę i rozgłos, którego tak bardzo pragnął, oraz daje początek różnym ciekawym wydarzeniom…

Rybki z ferajny jest moim zdaniem lepszy od Gdzie jest Nemo pod kilkoma względami.

Jak wcześniej pisałem, film Rybki z ferajny jest moim zdaniem lepszy od Gdzie jest Nemo pod kilkoma względami. Pierwszy z nich to fabuła. Nemo był jak na mój gust zbyt familijny, tzn. wszystko się tam obracało wokół tego, jak to rodzina jest najważniejsza. Nie jest to oczywiście złe przesłanie, broń Boże, to bardzo dobry przykład dla dzieciaków, ale momentami Nemo był aż nudny w swej nachalności i moralizatorstwie, co mi przynajmniej (jak i podejrzewam wielu osobom, które lata dziecięce mają już dawno za sobą) trochę popsuło przyjemność oglądania. W Rybkach… jest zupełnie inaczej – jedyna rodzina, jaką obserwujemy na ekranie, to rodzina mafijna (czyli jak by na to nie patrzeć, przykład do naśladowania nie za dobry), a i tak jest to tylko wątek poboczny. Animacja ta stawia sobie bowiem za zadanie rozśmieszyć młodego widza, pokazując mu fascynujący podwodny świat pełen kolorów i barw oraz bardzo ciekawej galerii postaci. Oczywiście morał jest, bo w takich produkcjach jest to mus – „TRZEBA ZAWSZE BYĆ SOBĄ I NIE WSTYDZIĆ SIĘ TEGO, KIM SIĘ JEST” głosi. Przesłanie jak najbardziej na miarę XXI wieku, ale jest ono wyeksponowane dopiero pod koniec i pokazane w przystępny, a co najważniejsze, śmieszny sposób.

Ostatnio dodane