nowości kinowe

ZAKON ŚWIĘTEJ AGATY. Nigdy nie ufaj zakonnicy

Opresyjnej i wyzbytej umowności estetyki „Piły” ciąg dalszy - „Zakon Świętej Agaty” jest niespecjalnie krwawy, ale męczący i do bólu schematyczny już tak.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Nie wiem, czy czekałem na nowe dzieło Darrena Lynna Bousmana, ale skoro Eli Roth nakręcił w zeszłym roku całkiem udany film dla dzieci (Zegar czarnoksiężnika), Leigh Whannell jeden z lepszych b-klasowych filmów science fiction ostatnich lat (Upgrade), a James Wan imponujących rozmiarów komiksowe widowisko (Aquaman), to może i reżysera Piły II, III i IV stać na coś więcej. Wszyscy ci twórcy wywodzą się z krwawej odmiany horroru, która w poprzedniej dekadzie święciła triumfy, ale większość z nich pożegnała się z formułą torture porn. Najwyraźniej jednak nie Bousman.

Już pierwsza scena, a wręcz pierwsze ujęcie Zakonu Świętej Agaty, odsyła bezpośrednio do taniej, nihilistycznej i, prawdę mówiąc, męczącej stylistyki tamtego kina – zbliżenie na twarz młodej kobiety, która wrzeszczy, uwięziona w trumnie. Światło, jakie na nią pada, jest czerwone, a trumna znajduje się w ciemnym pomieszczeniu, najprawdopodobniej piwnicy. Czerwień i czerń to nawet nie dominujące kolory, ale chyba jedyne w tym prologu. I choć nowy film Bousmana ma zaskakująco mało krwawych momentów, uczucie powrotu do estetyki jego Pił, opresyjnej i wyzbytej umowności, towarzyszy od samego początku.

Akcja filmu dzieje się w latach 50. poprzedniego wieku i dotyczy ciężarnej dziewczyny, Mary, która na skutek tragicznych wydarzeń decyduje się szukać pomocy w zakonie. Siostry mieszkają w domostwie (ten bardziej przypomina hotelik) głęboko ukrytym w lesie, z dala od pokus cywilizacyjnych i innych ludzi, ale już na pierwszy rzut oka widać, że miejsce to jest podejrzane. Młode pensjonariuszki są na ogół ciche i pokorne, choć niekoniecznie dlatego, że złożyły śluby milczenia – zwyczajnie nie chcą podpaść matce przełożonej. Ta mówi o sobie, że jest surowa, ale sprawiedliwa, lecz trudno w to uwierzyć, kiedy z niekłamaną przyjemnością każe jednej z młodych kobiet jeść jej wymiociny. Innym razem sugeruje podopiecznej, że aby ta mogła zostać w zakonie, musi odciąć sobie język, co też dziewczyna czyni.

Zabieg odejścia od tego, co Bousman robił wcześniej, jest tylko pozorny, gdyż tak w warstwie wizualnej, jak i scenariuszowej, ponownie dostajemy brud, sadyzm i wyolbrzymienie.

Jest to jedna z dwóch mocniejszych scen w całym filmie, który bardziej koncentruje się na ukazaniu działań psychicznego terroru niż krwawej przemocy. Ale ten zabieg odejścia od tego, co Bousman robił wcześniej, jest tylko pozorny, gdyż tak w warstwie wizualnej, jak i scenariuszowej, ponownie dostajemy brud, sadyzm i wyolbrzymienie. Obraz zakonnic jest tu przesadzony i kompletnie nierealny, ale nie to jest problemem, wszakże perwersyjne filmy z ich udziałem doczekały się własnej nazwy (nunsploitation) oraz rzeszy fanów, którzy chcą oglądać niegrzeczne, niepoprawne i zwyczajnie złe siostrzyczki. Sęk w tym, że reżyser traktuje scenariusz bardzo poważnie, nie tylko nie potrafiąc wyzyskać śmieszności tam, gdzie jest to wskazane, lecz chyba jej nawet nie dostrzegając. Jest w Zakonie Świętej Agaty scena, gdy jedna z zakonnic celuje do kogoś ze strzelby, a że niewielka i starszawa to kobiecina, jej widok z bronią bawi. Szkoda, że nie Bousmana, który horror utożsamia jedynie z bólem, wrzaskami i śmiercią. Na zabawę nie ma tu miejsca, podobnie jak na wszelkie wynaturzenia natury seksualnej. Te zakonnice mają mordercze apetyty, są chciwe, okrutne, ale najwyraźniej boją się złamać szóste przykazanie (dla niewtajemniczonych – „Nie cudzołóż”). Pruderyjne baby.

Grająca matkę przełożoną Carolyn Hennesy od samego początku traktuje swoją postać jako zło wcielone, nie pozostawiając widzom (i innym postaciom) wątpliwości odnośnie do jej mało chrześcijańskiej natury. Tyle że ta przesadnie demoniczna rola po pewnym czasie staje się nudna, podobnie jak sam film. Eskalacja przemocy, zamiast wzmagać napięcie, prowadzi do wyczerpania, głównie dlatego, że fabuła opiera się na prostym schemacie – za każdym razem, gdy Mary postawi się zakonnicom, cierpi; za każdym razem, gdy spróbuje uciec, zostaje ukarana. Nie ma tu dużo więcej do oglądania, choć dzięki dobrej, acz niewdzięcznej głównej roli Sabriny Kern mamy przynajmniej za kogo trzymać kciuki. Również umiejscowienie akcji na południu Stanów Zjednoczonych i cofnięcie się w czasie do lat 50. działa całkiem nieźle na atmosferę filmu, która najmocniej przypomina ostatni film Johna Carpentera – Oddział.

Zakon Świętej Agaty w rękach każdego innego reżysera byłby filmem bardziej świadomym własnych czasów, tego, w jaki sposób religia może niszczyć człowieka, co się dzieje, gdy zostaje nam odebrana tożsamość, a nawet o sile kobiecości. W gruncie rzeczy o tym wszystkim, o czym jest Opowieść podręcznej. Jednak scenarzystów Zakonu… (a jest ich czworo!) nie interesuje to, podobnie jak reżysera nie obchodzi fakt, że w 2019 roku horror wygląda inaczej niż 15 lat temu. Jego koledzy po fachu poszli do przodu, Bousman jest jednak niereformowalny. A może to zwyczajnie brak talentu?

Ostatnio dodane