nowości kinowe

ZEGAR CZARNOKSIĘŻNIKA. Dla dzieci, które chcą się bać

Eli Roth odchodzi od estetyki gore na rzecz grozy dla najmłodszych. Nie bez powodzenia, choć mogło być lepiej.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Hostel do lat 12

Seans Zegara czarnoksiężnika wśród małoletniej widowni dostarczył mi czegoś, co zaginęłoby, gdybym widział ten film wyłącznie wśród dorosłych bądź sam. Najciekawsze bowiem były właśnie reakcje dzieci na to, co dzieje się na ekranie – śmiech, zakrywanie oczu, pytania, na które rodzice nie znali odpowiedzi. Np. dlaczego w jednej ze scen widzimy małpią łapę. Na co komu ona? Co ma oznaczać? Ten całkiem inny odbiór niż mój własny przyniósł potwierdzenie, że debiutujący w roli reżysera filmów dla dzieci Eli Roth (do tej pory znany z Hosteli i niedawnego Życzenia śmierci) wie, co robi. Czy to znaczy, że moja własna ocena obrazu była niewystarczająca? Być może nie w tym przypadku, gdyż w sporej części zgadzam się z siedzącymi w tej samej sali, co ja, maluchami – jest strasznie i zabawnie, ale w stonowanych proporcjach.

Akcja filmu rozgrywa się 1955 roku. Młody sierota Lewis wprowadza się do wielkiego domostwa swojego wuja, którego nigdy wcześniej nie poznał, Jonathana. Ten okazuje się potężnym czarnoksiężnikiem, codziennie droczącym się ze swoją, również parającą się magią, sąsiadką, Florence Zimmerman, a nocami szukającym w ścianach nieprzerwanie tykającego zegara. Ponoć zostawił go po sobie poprzedni właściciel domu, okrutny mag, a sam zegar ma odliczać czas do okropnego, nieznanego jednak wydarzenia. Wkrótce Lewis rozpoczyna magiczny trening pod okiem wuja, nie zdając sobie sprawy z roli, jaką odegra w przyszłych, przerażających wydarzeniach.

Twórca, znany wcześniej z krwawych shockerów, miał ambitny zamiar – dać dzieciom film grozy zrealizowany specjalnie dla nich. Szkoda, że swoją obietnicę dotrzymuje tylko częściowo.

Przerażających, rzecz jasna, dla dzieci, ale nie dla dorosłych. Roth udanie buduje gotycką atmosferę, wykorzystując tykanie zegarów, skrzypiące podłogi, wystawną stylizację retro oraz poczucie zagrożenia u małego bohatera. Zwłaszcza pierwsze 25 minut filmu są nader efektywne, kiedy niewtajemniczony jeszcze Lewis śledzi poczynania krewnego z rosnącym niepokojem, a dom jedynie w tle zdradza swoje czarodziejskie właściwości. Jest wtedy i tajemnica, i subtelna groza, a Roth wydaje się grać na lękach dzieci z wrodzonym wyczuciem. Inspiracjami dla niego miały być przygodowo-fantastyczne, często straszne filmy dla młodej widowni (by wymienić tylko Gremliny, Piramidę strachu czy E.T.); nieprzypadkowo zresztą Zegar czarnoksiężnika wyprodukowało studio Stevena Spielberga, Amblin, kojarzone z tamtymi tytułami. Twórca, znany wcześniej z krwawych shockerów, miał ambitny zamiar – dać dzieciom film grozy zrealizowany specjalnie dla nich. Szkoda, że swoją obietnicę dotrzymuje tylko częściowo.

Jak tylko bowiem Lewis odkrywa tajemnicę wuja, film zadowala się serią potyczek z wygenerowanymi komputerowo, ożywionymi przedmiotami bądź zwiedzaniem ciemnych korytarzy domu z tajemnicami. Brak tu jednak przygody, ekscytacji nieznanym, oddechu typowego dla kina lat osiemdziesiątych, do którego Roth nawiązuje. Duża w tym wina scenariusza autorstwa Erica Kripke (twórca Nie z tego świata) na podstawie książki Johna Bellairsa, rozpoczynającej cykl przygód Lewisa Barnavelta. Powieść ma już prawie pół wieku i niestety da się wyczuć pewną zachowawczość postaci i sytuacji, a Kripke nie bardzo wie, jak ożywić całość pod współczesnego widza, który przyzwyczajony jest do morza atrakcji. Tu tego nie uświadczymy, choć reżyserowi ewidentnie pasuje nieśpieszne tempo i skupienie się na detalach zamiast akcji.

Ma zresztą do dyspozycji dwójkę świetnych aktorów, którzy w duecie tworzą zaskakującą filmową magię. Jack Black jako wuj Jonathan i Cate Blanchett w roli pani Florence niosą Zegar czarnoksiężnika, stając się główną atrakcję widowiska, choć niekoniecznie pewnie dla dzieci. Nieustanne obrażanie siebie nawzajem tylko podkreśla zażyłą relację ich postaci, a im więcej się o nich dowiadujemy, tym bardziej nieoczekiwanego ciężaru nabiera sam film, dotykając tematu wojny, straty i bólu, który nosimy w sobie bez względu na to, jak wesoło i ekscentrycznie wyglądamy. Idąc na film, bałem się, że sporo utracę przez dubbing właśnie tych aktorów, ale ten jest naprawdę udany. Bartek Kasprzykowski nie stara się znaleźć typowej dla głosu Blacka energii i muzykalności, zamiast tego wiernie oddaje charakter jego postaci. Również Katarzyna Herman wychodzi obronną ręką, choć w przypadku stonowanej Florence zadanie wydawało się nieco łatwiejsze. Udaje jej się jednak podkreślić twardy charakter jej bohaterki.

Ostatecznie Zegar czarnoksiężnika idealnie nadaje się dla dzieci chcących (choć może niewiedzących o tym) po raz pierwszy poczuć w kinie ciarki i przyjemny chłód grozy. Roth wywiązuje się ze swojego zadania przyzwoicie, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że mógł być to lepszy film. Black i Blanchett czarują, mały Owen Vaccaro w roli Lewisa jest odpowiednio niewinny i bohaterski, a ukryty pod toną charakteryzacji Kyle MacLachlan wciela się w postać czarnego charakteru, choć do grania ma niewiele. Jest to kino zbyt statyczne, aby mogło budzić prawdziwe emocje, ale mądrości mu nie odmówię. Chyba po raz pierwszy w karierze Rotha.

PS. Czekoladowe ciastka w tym filmie wyglądają przeapetycznie. Warto zatem przekąsić coś słodkiego przed seansem.

Ostatnio dodane