nowości kinowe

CZWARTA WŁADZA. Skromne widowisko Stevena Spielberga

Kino w starym stylu – z klasą, urokiem, bezbłędne aktorsko i dramaturgicznie oraz społecznie zaangażowane.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Pierwsza strona

The Post – bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu Stevena Spielberga – jest, rzecz jasna, skrótem od nazwy dziennika „The Washington Post”, czyli zbiorowego bohatera najnowszego dzieła reżysera. Gazety, która wespół z „The New York Times” ujawniła w latach 70. raport o trwającej wtedy wojnie w Wietnamie. Publikacja tak zwanych Pentagon Papers odbiła się szerokim echem w amerykańskim społeczeństwie, a jednym z wielu jej następstw była między innymi afera Watergate, którą również dokładnie opisali dziennikarze “The Post”.

Całość jest naprawdę lotna i atrakcyjniejsza, niż sugerowałaby to tematyka.

W tym kontekście nie dziwi więc umieszczona w napisach dedykacja dla Nory Ephron – zmarłej przed pięcioma laty uznanej reżyserki, kiedyś żony znanego waszyngtońskiego pismaka, Carla Bernsteina, który zyskał twarz Dustina Hoffmana we Wszystkich ludziach prezydenta Alana J. Pakuli. Czwarta władza nie osiąga co prawda tego samego poziomu, co wielki poprzednik; nie posiada tak samo dusznej, klaustrofobicznej atmosfery (i to nie tylko przez wzgląd na to, że powstała 40 lat później). Zdecydowanie bliżej jej do zwykłego rzemiosła w stylu niedawnego Spotlight. Ale też proponuje emocjonujące spojrzenie za kulisy owej publikacji / na dziennikarski fach, a dzięki wprawnej ręce twórcy Szczęk równie mocno angażuje.

Duża w tym zasługa bezbłędnego połączenia wszelkich aspektów technicznych, za które odpowiada sprawdzona już wielokrotnie ekipa. „Niewidzialny” montaż Michaela Kahna (któremu, jak prawie nigdy, pomogła tym razem Sarah Broshar), wespół z dostojnie sączącą się z głośników, klasową i oszczędnie dawkowaną muzyką Johna Williamsa sprawiają, że całość jest naprawdę lotna i atrakcyjniejsza, niż sugerowałaby to tematyka. Podobną robotę wykonują ciepłe, „miękkie” zdjęcia niezawodnego Janusza Kamińskiego, który nadał filmowi nostalgicznie stylowej otoczki na wzór czasów, w których toczy się akcja. W tym towarzystwie radzi sobie też debiutująca Liz Hannah, której wyciągnięty ze słynnej Czarnej Listy skrypt dopieścił jeszcze odpowiednio autor wspomnianego Spotlight – Josh Singer.

Oczywiście cały ten warsztat byłby na nic, gdyby nie bohaterowie. Co ciekawe, tym razem cała uwaga skupia się nie tyle na reporterach – choć tych na ekranie nie brakuje – co ich przełożonych, czyli ludziach, którzy u Pakuli przewijali się na drugim i trzecim planie. Ben Bradlee i Katharine „Kay” Graham, czyli, odpowiednio, redaktor naczelny i wydawca „Posta”, to całkiem zgrany, pozornie stojący w opozycji do siebie duet, który łatwo zaskarbia sobie sympatię widza – szczególnie że poszczególne kadry wypełniono taktownym, odpowiednio rozładowującym napięcie i niekiedy podszytym ironią humorem. A całe show perfekcyjnie skrojono pod jego dwie największe gwiazdy – dodajmy, że po raz pierwszy spotykające się na dużym ekranie.

Wchodzący w buty Jasona Robardsa – który za rolę u Pakuli zgarnął zasłużonego Oscara – Tom Hanks jest klasą samą dla siebie. Pojawiający się u Spielberga już po raz piąty aktor nie ma zbyt wielkiego pola do popisu, ale swoje zadanie, jak to się ładnie po amerykańsku mówi, „nail it” doskonale. Mimo swoistego manieryzmu postaci, Hanks nie odbiega tu zbytnio od wypracowanego przez lata, bezpiecznego wizerunku dobrego wujka Ameryki (acz to jemu przypadł w udziale jedyny dopuszczalny w kategorii wiekowej PG-13 „fuck” filmu) i można się kłócić, czy jest to godna statuetki kreacja. Co nie zmienia faktu, że nie przejadł się jeszcze i po prostu dobrze się gościa ogląda.

O wiele ciekawiej wypada w tym starciu Meryl Streep, która otrzymała wszystkie najlepsze sceny dramatyczne. Jako podstarzała, lekko niezdarna i trochę zagubiona w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie polityki – obowiązku niejako narzuconym jej po samobójstwie męża – Meryl daje swój kolejny mały popis aktorskich możliwości. W dodatku w całym tym występie – a zwłaszcza w jednej z kluczowych sekwencji filmu – łatwo dostrzec niewygodne drugie dno. Alegoria do targających obecnie hollywoodzkim światkiem skandali i jednoczesne przyklaśnięcie obecnym trendom wolnościowo-feministycznym (tak dobrze widzianym zwłaszcza w końcowym „pochodzie” Kay) narzucają się same. A biorąc pod uwagę fakt, że jest to rola jak najbardziej warta kolejnego Złotego Rycerza, to bardzo możliwe, że wkrótce „The Washington Post” znowu będzie miał o czym pisać…

Tę dwójkę dobrze uzupełnia też pozostały, solidny i dobrze dobrany zespół znanych twarzy, wśród których znajdziemy jeszcze między innymi: Sarę Paulson, Bruce’a Greenwooda (jako Roberta McNamarę), Alison Brie, Carrie Coon (przewijającej się w tle na podobnej zasadzie, co Rachel McAdams w Spotlight, czyli „niby jestem, ale jak by mnie nie było, to nikt by nie zauważył”), Jesse’ego Plemonsa, Bradleya Whitforda, Davida Crossa, Michaela Stuhlbarga oraz córkę reżysera – Sashę – i, zasługującego na oddzielne wyróżnienie, Boba Odenkirka, który w mistrzowsko niepozorny sposób kradnie dla siebie pięć minut z tego blisko dwugodzinnego widowiska.

Bez tego pazura, bezwzględności i chłodu cechującego brudne kino lat 70., do którego wszak się odnosi.

Bo tym właśnie w pierwszej kolejności film Spielberga jest – skromnym, bo skromnym (zaledwie pięćdziesiąt milionów budżetu), ale jednak widowiskiem. Pozbawionym fajerwerków, wybuchów i lądowania kosmitów, wizualnych eksperymentów i wymyślnych efektów specjalnych, na które zwyczajnie nie ma tu miejsca. Opartym o dialogi wypowiadane w ciasnych wnętrzach biurowców i, okazjonalnie, nieco rozleglejszych prywatnych rezydencjach. Oraz, co gorsza, bez tego pazura, bezwzględności i chłodu cechującego „brudne” kino lat 70., do którego wszak się odnosi. W zestawieniu z Wszystkimi ludźmi prezydenta Czwarta władza, choć dobrze wygląda i się ogląda, wydaje się zbyt zachowawcza, za lekka i za bardzo dosłowna. I nie tak samo czysta u swoich podstaw.

Spielberg wykorzystuje tu wyjętą z archiwum sensacyjną aferę, aby wyraźnie odnieść się do tych obecnych, nadmiernie i z lubością rozdmuchiwanych przez media. Wolność prasy i pokłony dla płci pięknej są co prawda wyjątkowo nienachalne, wręcz niezwykle subtelnie wplecione w fabułę – przynajmniej w porównaniu z wieloma innymi współczesnymi produkcjami tego typu. A i nadmierny patos nie wylewa się z ekranu w takich dawkach, jak miało to miejsce chociażby w Moście szpiegów – w czym z pewnością pomaga fakt, że tym razem słynny reżyser nie wydłuża w nieskończoność swojego dzieła, do finału dodając jedynie niewielki (acz formalnie zbędny) aneks. Co nie zmienia faktu, że, mimo wszystko, chwilami zbliżamy się tu niebezpiecznie blisko kolejnej politycznej agitki naszych czasów.

Lecz nawet nie patrząc na te wszystkie konotacje, układy, nagrody i wyróżnienia oraz dobrą prasę, nie dziwi pozytywny odbiór filmu (i to przy założeniu, że sześć nominacji do Złotych Globów nie przełożyło się ostatecznie na statuetki). Jak na Spielberga wielce kameralnego, a jednak miejscami porywającego niczym Kino Nowej Przygody za najlepszych lat wielkiego reżysera. Papa Stefan zamienia tu banalną w sumie historyjkę „drukować czy nie drukować” w prawdziwą batalię o dobro całego świata i za pomocą prostych środków łatwo sprawia, że nie raz śledzi się ją na krawędzi fotela. Jest tu trochę magii, serca i pasji oraz parę momentów czystego opowiadania obrazem, płynności którego pozazdrościć mógłby niejeden blockbuster. A całość łatwo podnosi na duchu. Gdyby wszystkie agitki takie były…

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane