Czarno na białym

BANNION

Klasyka kina policyjnego. „Brudny Harry” lat pięćdziesiątych.

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Ostrzeżenie przed spoilerami: w niniejszym tekście wspominam o kilku ważnych zwrotach akcji!

Oryginalny tytuł filmu brzmi The Big Heat, czyli wielki upał, przy czym nie chodzi o pogodę, ale o porywy emocji, będące skutkiem burzliwych zdarzeń. To jeden z najważniejszych amerykańskich filmów Fritza Langa, niegdyś czołowego reprezentanta ekspresjonizmu niemieckiego. Takie dzieła jak Kobieta w oknie (1944), Szkarłatna ulica (1945) i U progu tajemnicy (1947) uczyniły z niego mistrza mrocznego kryminału. Bannion znacząco się od nich różni. Chociaż jest zaliczany do filmów noir i obecne są w nim tajemnica, zbrodnia i suspens, bliżej mu do realistycznego dramatu policyjnego. Natomiast postać sierżanta Dave’a Banniona wygląda jak prototyp gliniarza w stylu Brudnego Harry’ego. Jest to wszak człowiek niesubordynowany, nękający osoby podejrzane, cyniczny i bezwzględny w swojej robocie. Scenariusz napisał reporter Sydney Boehm, inspirując się utworem Williama P. McGiverna The Big Heat, opublikowanym w 1952 w magazynie „Saturday Evening Post”, a w 1953 wydanym jako powieść.

Z policyjnej trzydziestki ósemki pada strzał. Wszystko wskazuje na samobójstwo. Widz też nie ma wątpliwości – ta scena została pokazana, aby można było łatwo wykluczyć udział osób trzecich. Kryje się jednak za tym coś głębszego. Gdy z detektywem Bannionem kontaktuje się tajemnicza dziewczyna i zaraz potem zostaje zamordowana, staje się jasne, że nie można zbyt szybko zamknąć sprawy. Chyba że samemu jest się w nią uwikłanym. Głównym podejrzanym jest niejaki Mike Lagana, człowiek żyjący w luksusie, urządzający wystawne imprezy, grający w karty z gliniarzami i gangsterami. Przychodzą na myśl słowa Honoriusza Balzaca: „Za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia”. Gdy taki człowiek płaci, nikt nie pyta, skąd ma pieniądze. Bannion należy jednak do ludzi, którzy by zapytali, a gdyby poznał prawdę, zakułby w kajdanki zamiast wchodzić w układy.

Omawiana produkcja to dzieło krótkie i klarowne, ale porywające i nieprzewidywalne. Całość trwa dziewięćdziesiąt minut i trudno przewidzieć rozwój wypadków. Tym bardziej że pojawia się dużo postaci. Niektórzy tylko na chwilę, ale te występy wnoszą bardzo wiele do fabuły. Ciekawy jest przekrój osobowościowy i to dotyczy zarówno mężczyzn, jak i kobiet, zarówno policjantów, jak i gangsterów. Każdy ma indywidualny charakter. Nawet ofiara samobójstwa, mimo iż nie zobaczymy jego twarzy, ma osobowość. I jej działania mają wpływ na rozwój intrygi. Wśród mężczyzn są: gangster-elegant, brutal bijący kobiety, bezmyślny młokos, zastraszony świadek, barman, który dużo gada, niczego konkretnego nie mówiąc. Jest także skorumpowany gliniarz i jedyny sprawiedliwy, który dąży do odkrycia prawdy za wszelką cenę. Wśród kobiet są dwie żony policjantów, ale każda obdarzona innym charakterem. Jedna jest szantażystką, druga wzorową panią domu. Są też dziewczyny obracające się wokół gangsterów – dla pieniędzy. Jedna z nich, Debby Marsh, wypowiada taką kwestię: „Najważniejsze to mieć pieniądze. Byłam bogata i byłam biedna. Uwierz mi, lepiej jest być bogatym”.

Autorem zdjęć był Charles Lang, jeden z najwybitniejszych operatorów w Hollywood. Aż osiemnaście (!) razy był nominowany do Oscara, zdobył tylko jedną statuetkę. Truizmem jest pisanie, jak świetnie wykreował klimat za pomocą właściwego oświetlenia, więc powiem tylko, która scena szczególnie zapadła mi w pamięć. Chodzi o fragment, w którym eksploduje samochód. Jak sobie wyobrażamy taką scenę? Zapewne tak: ktoś otwiera drzwi auta, wchodzi do środka i w zbliżeniu widzimy, jak przekręca kluczyk w stacyjce. Wtedy można łatwo się domyśleć, że za chwilę nastąpi wybuch. Ale Charles Lang i Fritz Lang (dopiero pisząc ten czwarty akapit, zorientowałem się, że mają to samo nazwisko) zrealizowali tę scenę inaczej. W momencie eksplozji operator zarejestrował wnętrze domu i odblask za oknem, a dźwiękowiec zadbał o potężny huk. Dzięki temu powstał efekt zaskoczenia. Twórcy serialu 24 godziny wykorzystali ten pomysł do uśmiercenia jednej z najważniejszych postaci (odcinek 5×01), tworząc tym samym jeden z najbardziej poruszających i przełomowych momentów w historii tej telewizyjnej produkcji.

Na pierwszym planie Glenn Ford – oaza spokoju powoli zalewana falą gniewu.

Zróżnicowanie bohaterów i umiejętne rozmieszczenie ich w spójnej fabule to zasługa scenarzysty Sydneya Boehma, który za swoją pracę otrzymał nagrodę imienia Edgara Allana Poego. To literackie wyróżnienie przyznaje corocznie (od 1946) nowojorska organizacja zrzeszająca amerykańskich autorów kryminałów (Mystery Writers of America). W tekście Boehma sporo jest też świetnych dialogów oraz scen przemocy. Na przykład jeden z gangsterów lubi dręczyć kobiety. Lucy Chapman, dziewczyna do towarzystwa, jest przed śmiercią torturowana – przypalana papierosami i gwałcona. O tym się wprawdzie tylko mówi, ale tę brutalność zawartą w scenariuszu reżyser potrafił przekuć na soczysty i bardzo sugestywny thriller. Jak na dzisiejsze standardy nie ma scen zbyt kontrowersyjnych, ale w tamtych czasach nieczęsto można było oglądać na ekranie oszpeconą twarz, chyba że w horrorach takich jak Gabinet figur woskowych (1953). Ale w nich jest pewna umowność i przesada, u Langa górę bierze realizm. Pokazując twarz, która została poparzona gorącą kawą, autorzy piętnują te kobiety, które trwają przy łajdakach, byle tylko wyżebrać pieniądze na futro i biżuterię.

Nie wspomniałem jeszcze o obsadzie, a ona również zasługuje na wyróżnienie. Na pierwszym planie Glenn Ford – oaza spokoju powoli zalewana falą gniewu. Gdy odwiedza tajemniczą spelunę (tzw. retreat) słychać w tle utwór Put the Blame on Mame, najbardziej kojarzący się z wielkim przebojem wytwórni Columbia pt. Gilda (1946), też z nim w roli głównej. W spelunie spotyka człowieka, który stanie się wkrótce symbolem filmowego macho. Lee Marvin – bo o nim mowa – nie ujawnia tu jeszcze nieprzeciętnego warsztatu aktorskiego. Zatrudniono go ze względu na jego twarz – bardzo wyrazistą, która działa skuteczniej niż znaki ostrzegawcze przy drodze. Kandydatką do roli Debby Marsh była Marilyn Monroe, ale wytwórnia Foxa zbyt wiele zażądała od Columbii za wypożyczenie swojej gwiazdy. Dzięki temu Gloria Grahame (Pustka) mogła zaliczyć kolejny świetny występ. Aktorka była już wówczas po rozwodzie z Nicholasem Rayem, a także po zdobyciu Oscara za niedużą rolę w Pięknym i złym (1952) Vincente Minnellego. Można jeszcze dodać, że w roli żony detektywa Banniona wystąpiła Jocelyn Brando, starsza siostra Marlona, dla której była to dopiero druga rola filmowa (pierwszy był występ u Dona Siegela w wojennym China Venture).

Sam reżyser określił swój film jako dramat policyjny mający uwidocznić słabości organów ścigania. Tacy ludzie jak Dave Bannion to gatunek na wymarciu. Wykonują swoją robotę jak należy, ale gdy policja jest od wewnątrz zżerana chciwością i korupcją, nie ma szans, by pozostać długo niezłomnym i żywym jednocześnie. Świetny jest epilog całej historii – niby nic szczególnego w nim się nie dzieje, a jednak warto się nad nim zastanowić. Policjant odbiera telefon i wychodzi z biura, nie mając nawet czasu, by wypić kawę. Czeka go kolejna misja, kolejne przesłuchania i protokoły. Może znowu uda się kogoś zapuszkować, a może będzie to ostatnie śledztwo w życiu. Jak mówi jeden z bohaterów: „Gliniarzom płacą za ryzykowanie życiem – mnie nie. Rozumiesz, ja też mam żonę i dzieci”. Świat dzieli się na tchórzy, bohaterów i przestępców. Osobną kategorią są kobiety – od nich oczekuje się konkretnych zachowań. Te, które wyłamują się ze schematu, znajdują się na celowniku. Bannion to film o człowieku przegranym, który próbuje się podnieść po każdej porażce. Gorzki w smaku, ale mocno frapujący spektakl w starym, dobrym stylu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane