Czarno na białym

ANIOŁ ZAGŁADY. W pułapce konwenansów

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Pamiętacie tę scenę z O północy w Paryżu Woody’ego Allena, w której grany przez Owena Wilsona protagonista rozmawia w kawiarni z grupką surrealistów i opowiada im pomysł, w którym grupa ludzi nie może opuścić przyjęcia? Głównym gagiem jest w niej komentarz Salvadora Dali: „widzę… nosorożca!”, jednak zanim grający malarza Adrien Brody wypowiada te słowa, towarzysz Daliego, niejaki Luis, stwierdza: „widzę film”. Tym właśnie filmem jest Anioł zagłady, jedno z arcydzieł niegdysiejszego członka grupy paryskich surrealistów, Luisa Buñuela.

Zaprezentowany premierowo w 1962 roku w Cannes (i tam wyróżniony nagrodą FIPRESCI) Anioł zagłady jest przedostatnim filmem zrealizowanym przez Buñuela w Meksyku – w kraju, w którym znalazł zawodową przystań w latach 50. i gdzie nakręcił dwa pierwsze wybitne dzieła, które przyniosły mu międzynarodową estymę w świecie filmu, Zapomnianych (1950) i Nazarina (1959). Był to jednocześnie film powstały bezpośrednio po spektakularnie nieudanym powrocie hiszpańskiego reżysera do ojczyzny, którego owocem jest kontrowersyjna (i genialna) Viridiana. W tym kontekście można, pewnie nie bez słuszności, doszukiwać się w Aniele zagłady zjadliwego komentarza na temat ówczesnej Hiszpanii. Ten wymiar – do którego jeszcze wrócę – jeśli obecny, jest jednak zawoalowany w typowe dla Buñuela surrealistyczne obnażanie absurdów rzeczywistości społecznej jako takiej.

Punkt wyjścia jest tu dokładnie taki, jak powiedział niecałe pięć dekad później (lub cztery wcześniej, jak kto woli) bohater Allena – grupa bogaczy spotyka się w wystawnej posiadłości na gustownym przyjęciu. Jest droga zastawa, jest okazjonalne przygrywanie na fortepianie, są też wytworne salonowe rozmowy i towarzyska gimnastyka przedstawicieli lokalnej elity miasta. Cieniem na błogości sytuacji kładzie się tylko jeden, dość zagadkowy szczegół – z posiadłości nagle, ukradkiem odchodzi cała służba z wyjątkiem surowego majordomusa Julio. Dlaczego odeszli? Widz zastanawia się wraz ze zblazowanymi bohaterami. Prawdziwa zagwozdka ma jednak dopiero nadejść – spędziwszy na bankiecie całą noc, jego uczestnicy w niepojęty sposób zostają uwięzieni w salonie. Ale nikt ich nie uwięził, nie stało się nic, co fizycznie uniemożliwiałoby gościom wyjście. Wszystko jest tak, jak być powinno, z jednym wyjątkiem – nikt nie opuszcza pokoju. Impas trwa, a uwięzieni w tajemniczy sposób w domu goście muszą zmierzyć się z kryzysową sytuacją.

Złowrogi banał

Anioł zagłady zrealizowany jest zgodnie z wypracowaną przez Buñuela metodą, zderzającą chłodną obserwację rzeczywistości z wywodzącą się z szaleństw wczesnego surrealizmu dziwnością. Paradoksy i pojawiające się jak gdyby nigdy nic elementy innych porządków rozsadzają realistyczną formułę, generując drażniące poczucie absurdalności życia. Poszczególne sceny wymykają się gorsetowi prawdopodobieństwa, tworząc frapującą rzeczywistość na pograniczu jawy i snu, podporządkowującą się na przemian to traktowanym ze śmiertelną powagą regułom racjonalnej logiki, to płynnej dynamice marzenia sennego. Statyczne, beznamiętne kadry przechodzą tu więc w atmosferyczne, rozmyte zdjęcia, Buñuel przeplata właściwe i jakby zapodziane przez gości z innego planu rekwizyty czy zachowania, zderzając dystyngowaną elegancję z obsceniczną, momentami turpistyczną organicznością istnienia. Dokonując drobnych, ale wyraźnych przełamań tkanki zwyczajności, twórca nie pozwala ani na moment, by widz zaczął czuć, że fabuła staje się dla niego przejrzysta. Najeżona absurdami opowieść i przełamująca raz po raz sztywną formułę suchej obserwacji inscenizacja idą tu w parze, tworząc głęboko surrealistyczne doznanie.

Ostatnio dodane