search
REKLAMA
Recenzje

PO PROSTU CZARNY. Rasizm po francusku

Odys Korczyński

18 marca 2021

REKLAMA
Ale kim jest ten Jean-Pascal Zadi? On sam stawia w filmie takie pytanie. Przeszukałem Google’a, YouTube’a, Facebooka, szczątkowe info na Filmwebie. Niewiele informacji, a już w języku polskim zupełny ich brak. Zadi nie byłby z tego zadowolony, gdyż ten francuski aktor, reżyser, performer i raper niewątpliwie dąży do tego, żeby być drugim Boratem, tyle że pochodzącym znad Sekwany, któremu na sercu leży bardziej los czarnej społeczności we Francji niż Żydów w Ameryce. Trudno mu więc będzie trafić do Polaków ze swoim komunitarystycznym przekazem, bo nad Wisłą świadomość nierówności rasowej bazuje raczej na wyobrażeniach przyniesionych zza granicy niż realnych problemach dziejących się w naszym kraju.

Czy jednak podejście Jeana-Pascala Zadiego, a raczej jego filmowego alter ego, jest właściwe? Zadi jako reżyser cały czas się nad tym zastanawia, pokazując, jak głęboko w bezsens może wpaść zarówno walka o rasową równość, jak i rasizm, jeśli nie porzucimy historycznie umotywowanych animozji. Po prostu czarny jest komedią o desperackich próbach zorganizowania przez Zadiego marszu czarnej społeczności, aby uczcić proklamację zniesienia niewolnictwa we francuskich koloniach 27 kwietnia 1848 roku. Demonstracja ma odbyć się na Placu Republiki w Paryżu. Oczywiście wiadomo, jak część białej społeczności Francji odniosłaby się do pomysłu, tak przecież dumna z formalnego przyznania praw kolonialnym niewolnikom. Zadi skupia się jednak na reakcjach czarnoskórych.

Pierwszy problem pojawia się, gdy nie udaje mu się dostać bez zaproszenia do urzędu mera, żeby przyspieszyć wydanie zgody na marsz. Kolejny problem wybucha z powodu zaproszenia na marsz wyłącznie czarnych mężczyzn. A co z kobietami? Nawet BIAŁA partnerka Zadiego jest zdziwiona, nie mówiąc już o czarnych feministkach, które wręcz otwarcie twierdzą, że czarny mężczyzna osiąga sukces tylko wtedy, gdy u jego boku stoi biała kobieta. Następnym problemem okazuje się sama data (27 kwietnia 1848 roku). Jak twierdzi wielu czarnych działaczy, to nie data wyzwolenia, a hańby. Co więc mają świętować czarni? Rzucenie im ochłapu w postaci kilku praw, podczas gdy biała społeczność zostawiła sobie najlepsze kąski? Jean Paul zostaje więc uznany nie tylko za oportunistę, rasistę i bigota, ale i za nieuka, skoro nawet nie wie, kiedy niepodległość proklamowało po krwawych walkach Haiti, pierwsza niepodległa czarna społeczność, co stało się faktem 1 stycznia 1804 roku.

A już brak zaproszenia dla Arabów i Żydów to przejaw wyjątkowej dyskryminacji. Z tym że oni z kolei mieliby problem z pozwoleniem na wyjście ich sióstr z czarnym mężczyzną na miasto, bo podobno to nie kwestia rasizmu, a kultury – taka, powiedzmy, eugenika stojąca ponad kwestiami rasistowskimi. Brzmi wyjątkowo nazistowsko. A z kolei Żydzi mają problem ze zbyt głośnymi imamami, którzy swoim krzykiem mogliby zareklamować jedność czarnych i Arabów na trasie marszu przemieszczającego się od Placu Republiki do Placu Narodu. W czarnej społeczności występują z kolei animozje między Afrykanami a np. przedstawicielami społeczności z Martyniki. Hindusi też niezbyt się chwytają, bo niby są ciemnoskórzy, ale nie noszą na głowie warkoczyków i dredów, a co najważniejsze, formalnie należą do rasy białej. Nie sposób się połapać w tych kulturowych zależnościach i uprzedzeniach. Czy więc na marszu nie powinni być obecni również Słowianie? Tylko którzy?

Na dodatek problemy sprawia Zadiemu popularny w mediach Fary, przypadkowo poznany kolega celebryta, który nakręcił film o czarnych homoseksualistach pt. Black Love. Wystąpił także w kontrowersyjnej reklamie z bananem, przez co został wyklęty nawet wśród swoich za podtrzymywanie stereotypu, w myśl którego określa się czarnych jako istoty żyjące na drzewach i uwielbiające banany jak małpy. Zadi w końcu zaprasza na marsz kobiety, ale wyraźnie zaskakuje go, gdy jedna z czarnych feministek wsiada na motor z białym facetem. Gwoździem do trumny organizatora marszu okazuje się to, że nie jest wystarczająco czarny, jak to określają biali, nie reprezentuje Afryki, lecz jakiś Montreuil we Francji; jego afrykańskość ma zbyt wąskie nozdrza.

I tak idea marszu powoli ewoluuje. Najpierw miała to być demonstracja jednej płci w ramach jednej grupy rasowej, na dodatek z francuskim obywatelstwem. Ale o tę rewolucję reżyserowi chodzi. Jego filmowe alter ego musi zrozumieć coś ważnego – że walka o wolność nie ma koloru skóry ani żadnej innej przynależności społecznej, instytucjonalnej czy religijnej. Powinni to również zrozumieć wszyscy przedstawiciele ras i kultur, z którymi Zadi rozmawiał. Wygląda na to, że jedynym sposobem poradzenia sobie z rasizmem jest porzucenie części naszych etnicznych tradycji. Człowiek jest człowiekiem, a nie dodatkiem do kultury jakiejś społeczności, która nie pozwala mu być wolnym.

Wymiar nakręconego częściowo w formie dokumentalnej filmu Po prostu czarny jest uniwersalny. Trafi do białych, a nawet Polaków. Poważne problemy zostały w nim podane w lekki, dowcipny sposób, lecz nie karykaturalnie. Kulminacyjnym punktem jest pojawienie się aktorskiej perełki, na którą czeka się przez cały seans. Zadi żyje w jej cieniu. Zazdrości, czuje się mniejszy i nie wie, jak ma sobie z tymi emocjami poradzić. Omar Sy jest niemal jak hiszpańska inkwizycja.

Warto zaczekać do napisów końcowych i obejrzeć zdjęcia.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA