Recenzje
OPERACJA OVERLORD. W pysk Tysiącletniej Rzeszy
W filmie OPERACJA OVERLORD widok zombie nazistów i nieprzewidywalne zwroty akcji tworzą mrożącą krew w żyłach mieszankę emocji.
Nie zsikałem się w kinowy fotel ze strachu. Pod tym względem czuję się cholernie zawiedziony. A wydaje mi się, że były na to spore szanse, bo kilka scen z filmu Juliusa Avery’ego faktycznie odbiło się na mojej podświadomości. Co z tego, gdy nieco slasherowy klimat umknął gdzieś po finałowym starciu (chociaż było soczyste i krwawe). Wybaczyłbym jednak to małe potknięcie, bo przecież doskonale wiem, że Operacja Overlord korzysta jedynie z pewnych rozwiązań gatunkowych slasherów, natomiast wcale nim do końca nie chce być. Nie zdzierżę natomiast pretensjonalnego wykorzystywania gatunku horroru do wciskania odbiorcom kitu w postaci czarnoskórego głównego bohatera (Jovan Adepo), który walczy z zombie nazistami niczym blond Kapitan Ameryka. Patrząc na Operację Overlord z tej perspektywy, naprawdę wolę dobrze się bawić przy nieco pastiszowych dreszczowcach kręconych przez mistrza horroru klasy B, Wesa Cravena.
Czy zadośćuczynienie Afroamerykanom za wszystkie krzywdy faktycznie musi polegać na umieszczaniu ich w rolach, które nie są uzasadnione z punktu widzenia realiów historycznych? Tak się wydaje filmowym marketingowcom, a raczej poprawnym politycznie trzęsidupom z zachodniej machiny filmowej. To chyba jakaś zbiorowa histeria w dzisiejszej kinematografii, zresztą nie tylko – w mainstreamowych mediach, prasie, życiu społecznym. W literaturze z kolei Julia Bucci napisała na nowo Małego Księcia, który nagle cudownie zmienił płeć, stając się Małą Księżniczką.
Bo jak twierdzą feministki, dopiero teraz osoby z tzw. grup dyskryminowanych będą mogły zobaczyć swoją rzeczywistość nienacechowaną seksistowskimi, homofobicznymi i patriarchalnymi wtrętami. Skoro trzeba dla nich przerabiać literaturę, to chyba w ogóle nie są one zdolne do życia w zewnętrznym świecie i konfrontacji z nim. Najwidoczniej powinny egzystować w zamkniętej, laboratoryjnej komunie.
Wracając do filmu, czy naprawdę mam więc uwierzyć, że specjalna operacja uszkodzenia nadajnika zakłócającego alianckie lądowanie we Francji została powierzona wymieszanej rasowo ekipie, którą dumnie dowodzi czarny jak smoła sierżant, zwłaszcza w czasach, gdy w armii USA obowiązywała segregacja rasowa, zakończona dopiero w 1948 roku? Horror Juliusa Avery’ego przecież nie jest nawet w jednej tysięcznej filmem przedstawiającym jakiekolwiek szyderstwo z zombie potworów oraz gatunkowych zabiegów, żeby nastraszyć widza. Gdyby zawierał w sobie chociaż trochę ironii, Murzyn w głównej roli szeregowego Boyce’a sprawdziłby się doskonale, a tak razi sztuczność motywacji jego angażu, chociaż on sam jako aktor wypadł całkiem nieźle.
Producenci zrobili mu zatem ogromną krzywdę jako zdolnemu artyście. Pamiętam np. jego świetną rolę Cory’ego z Płotów Denzela Washingtona. Tam problematyka segregacji rasowej i poniżania Afroamerykanów nie raziła pretensjonalnością, a wręcz zachęcała do mądrej, humanistycznej refleksji. Pomysł umieszczenia jej w horrorze Operacja Overlord wydaje się więc podwójnie idiotyczny.
Gdy chodzi o samą historię, to scenarzyści Operacji Overlord podeszli do niej szablonowo. Dialogi nie są trudne. Nie wymagają zbyt szczegółowej wiedzy z jakichkolwiek dziedzin. Nawet uzasadnienie zombie serum wydaje się jakieś takie miałkie chemicznie. Z jednej strony może to razić lepiej wykształconych odbiorców. Z drugiej dla spragnionych mocnych wrażeń fanów horroru nie wydaje się to ważne, o ile produkcja spełnia pewne (wysokie) normy w reprodukcji strachu, czego namacalnym efektem jest przyspieszenie tętna. Tutaj Operacja Overlord staje na wysokości zadania.
Niektóre jump scare’y dosłownie podnoszą na kinowym fotelu, chociaż jako widz doskonale wiem po sposobie prowadzenia kamery, że zaraz coś się stanie. Za te właśnie sceny wyskakujących zza winkla potworów daję filmowi jeden punkt więcej. Inaczej byłoby marnie, zważywszy dodatkowo na nieco tandeciarsko rzewne wstawki muzyczne autorstwa Jeda Kurzela w co bardziej humanistyczno-dramatycznych momentach. Ścieżka dźwiękowa do Obcego: Przymierza wyszła mu jednak o wiele lepiej, a pamiętam, że na nią też narzekałem.
Kolejny plus należy się za zdjęcia (Fabian Wagner, Laurie Rose), postprodukcję i brudną, realistyczną scenografię. 38 milionów dolarów wystarczyło, żeby stworzyć niepowtarzalny, wojenny klimat, pod którego podszewką czai się czyste, nazistowskie zło. Mimo całego tego ideologicznego zadęcia w związku z czarnoskórymi żołnierzami w amerykańskiej armii na szczęście reżyser nie zrezygnował z jednoznacznie pokazywanej przemocy. Są wylewające się flaki, płyny fizjologiczne, próba gwałtu, urwane członki, a nawet gadająca głowa trupa. Przyczepiłbym się jedynie do wstawki z dzieckiem.
Jako przeciwnik uśmiercania dzieci na ekranie, wolałbym w ogóle usunąć ten motyw. Nic do fabuły nie wniósł, a zbyt mocno przeniósł uwagę widza ze specjalnej operacji w czasie D-Day na nieco melodramatyczny wyścig z czasem, żeby zdążyć uratować ludzki symbol niewinności – tę z ofiar wojny, którą opłakuje się najbardziej i jednocześnie najmocniej nie da się uzasadnić konieczności jej masowego unicestwiania.
Zastanawia mnie jeszcze jednak kwestia. Jak ten sam film wyglądałby, gdyby zagrali w nim nieco bardziej znani aktorzy, zwłaszcza że każdy z tych obecnych, a więc mniej znanych, przypomina jakąś twarz swojego lepiej zarabiającego w świecie filmu odpowiednika. Tak więc w główną postać szeregowego Boyce’a mógłby wcielić się John Boyega. Chloe (Mathilde Ollivier) mogłaby z powodzeniem zagrać podobna do niej Léa Seydoux. Czarny charakter Wafnera (Pilou Asbæk) dobrze odtworzyłby Michael Shannon, nazistowskiego lekarza, dra Schmidta (Erich Redman), Stellan Skarsgård, a mroczą postać kaprala Forda (Wyatt Russell) Jason Clarke.
Owe propozycje wcale jednak nie sugerują, że ci mniej znani kiepsko sobie poradzili. No może Pilou Asbæk zdawał się czasami nieco przerysowany, a Mathilde Ollivier po prostu nijaka. Poza tym zdziwiłem się pozytywnie zaangażowaniem reszty aktorów.
Z kina wyszedłem w ambiwalentnym nastroju. Wydanych pieniędzy na bilet nie żałuję, jak np. było w przypadku Jurassic World: Upadłego królestwa. Mimo odnotowania licznych wad i ogranych tysiące razy horrorowych motywów uważam, że obejrzałem ciekawe widowisko. Był w nim Murzyn w roli pogromcy hitlerowców, mrożące krew w żyłach rzężenie chorej ciotki, tajne eksperymenty SS i nazistowskie zombie. Przestraszyłem się tego znaczeniowego miszmaszu, niekiedy całkiem na poważnie, a nie tylko formalnie krytycznie. Tym bardziej żałuję, że kolejny niezły materiał na rozluźniający zwieracze klaustrofobiczny horror został tak boleśnie zmarnowany. Nie wiem tylko w imię czego. Wydaje mi się jednak, że w tamtej, drugowojennej sytuacji politycznej zatwardziali naziści bardziej obawiali się Żydów i Słowian niż czarnoskórych.
A co, gdyby tak Czarną Panterę zagrał biały i na dodatek wysoki blondyn?
