search
REKLAMA
Recenzje

MONTE WALSH. 50-lecie kowboja Lee Marvina

Jacek Lubiński

18 października 2020

REKLAMA

„Nie można być wiecznie kowbojem” – pada w jednej ze scen pochodzącej z 1970 roku produkcji. Słowa te brzmią trochę jak skierowane do dziecka, które nie może (lub nie chce) dorosnąć w obliczu zmieniającej się rzeczywistości. A ta jest brutalna. Krów do poganiania i dzikich koni do ujarzmiania z roku na rok jakby coraz mniej, godziwej pracy również. Kolej masowo skupuje ziemię, a ranczerzy szczelnie ogradzają ją z każdej strony drutem kolczastym – stawiane są więc granice pośród wolnej dotychczas przestrzeni. W dodatku kumple zaczynają się żenić, a kobiety uciekają do wyłożonych chodnikami miast. Czy w takim świecie jest jeszcze miejsce dla ludzi starej daty?

Aż chciałoby się napisać, że „dla chcącego nic trudnego”. Lecz debiut reżyserski Williama Frakera, operatora między innymi Dziecka Rosemary, Bullitta i 1941, nie daje jednoznacznych odpowiedzi, zgrabnie lawirując pomiędzy beztroską życia pozbawionego zobowiązań i dotkliwością poczucia upływającego, a być może także nawet w jakiś sposób straconego czasu, przemijania życia. I chociaż daleko tu do ponurych rozliczeń z przeszłością, antywesternowego obalania mitów oraz grzebania Pogranicza niemal żywcem, jak na przykład w Tomie Hornie, to utrzymana w klimatach Na południe od Brazos opowieść raczej nie napawa optymizmem, który sama zdaje się negować.

Świadczy o tym już powracająca parę razy w ciągu seansu piosenka przewodnia The Good Times Are Coming w wykonaniu Cass Elliot, której głos wespół z chwytliwą melodią i słowami zapewniającymi o czyhającym tuż za zakrętem szczęściu nastrajają teoretycznie pozytywnie. Ale są to złudne nadzieje i takie trochę oszukiwanie siebie. Podobnie powtarzana przez głównego bohatera historyjka o ujarzmianiu wilków wydaje się sztucznym poszukiwaniem otuchy tam, gdzie jej nie ma – poklepywaniem się po własnych plecach w starciu z coraz bardziej doskwierającą samotnością i w zderzeniu z nieuniknionym. A tym jest „nowy, wspaniały i cywilizowany” świat wchodzący coraz mocniej z butami w ten wyzwolony, kowbojski – co nie w smak wszystkim, ale najbardziej chyba Monte’emu Walshowi, który po prostu nie potrafi się przystosować. To stuprocentowy człowiek siodła. Mężczyzna z zasadami, który nie sprzeda godności w zamian za kilka dolarów i robienie czegoś, co stoi w sprzeczności z nim samym, z jego sercem i duszą.

W tej skórze idealnie odnalazł się Lee Marvin, dla którego jest to być może najlepsza główna rola. Bynajmniej nie wybitna, bo aktor w zasadzie nie odchodzi tu specjalnie od swojego typowo twardego, acz poczciwego wizerunku. Ale to ewidentnie jeden z tych występów, w których zaciera się granica pomiędzy aktorem a postacią. Oglądamy więc niezbyt wymyślne, mocno przyziemne i jakże życiowe perypetie Walsha z krwi i kości. Gościa, z którym od początku łatwo jest nam sympatyzować, bo to po prostu „swój chłop”, który robi swoje, nie oglądając się na innych. Nie musi mieć przy tym pogłębionego rysu psychologicznego oraz złożonych rozterek moralnych. Wystarczy, że jest i dzielnie brnie przez życie.

W tej tułaczce wydatnie wspomagają go inne znajome nam twarze: jak rzadko kiedy pozytywny Jack Palance, dla którego był to czwarty wspólny film z Marvinem (wcześniej pojawili się w Zawodowcach), jak zawsze piękna Jeanne „Viva Maria!” Moreau oraz targany sumieniem, młodziutki Mitchell Ryan, czyli przyszły generał z Zabójczej broni – tutaj otrzymujący specjalną wzmiankę w napisach, choć nie był to jego debiut, gdyż dwanaście lat wcześniej zagrał u boku Roberta Mitchuma w kryminalnym Thunder Road. Monte Walsh to także ostatni film westernowego weterana drugiego planu, Roya Barcrofta, który wystąpił w blisko czterystu produkcjach, w większości z nich kreując złych ludzi. Wszyscy oni solidnie ubarwiają tło i tym samym, mimo wszystko, nie wychodzą poza nie, nie kradną show Marvinowi – w końcu to na jego barkach spoczywa ta fabuła.

Szczególnie iż trudno tu wszak pisać o jakiejś większej, epickiej opowieści w stylu Tańczącego z Wilkami – choć da się momentami wyczuć podobny doń, podszyty smutkiem klimat majestatu w równie imponującej, miejscami bliźniaczo brzmiącej muzyce od tego samego kompozytora, Johna Barry’ego. Scenariusz Davida Zelaga Goodmana (odpowiedzialnego wcześniej za kultową Parszywą dwunastkę z Marvinem) i Lukasa Hellera (Nędzne psy) – w domyśle adaptacja powieści Jacka Schaefera, lecz niemająca z nią wiele wspólnego – to raczej zbiór scenek rodzajowych z życia Walsha i jego towarzyszy „niedoli”. Jest tu więc miejsce i na komedię, i na rozróbę, i na odrobinę zadumy, i na chwile niezobowiązującej miłości. Dopiero z czasem akcja nabiera rumieńców, a nasz bohater otrzymuje w końcu jakiś konkretny cel. Lecz nawet po jego osiągnięciu sytuacja Monte’ego wydaje się wracać do punktu wyjścia – beznadziejnego, aczkolwiek pięknego w swej prostocie i wyzwoleniu. Pytanie, jaką przyszło mu za to zapłacić cenę.

Jest w tym filmie scena, w której Monte i jego kumpel spotykają starszego jegomościa zajmującego się w pojedynkę mocowaniem drutu kolczastego gdzieś na pustkowiu. Jego oczy mówią wszystko, a on sam parokrotnie wspomina bez przyczyny, że „miał dobry żywot”. Teraz nie ma w nim już nadziei i chęci do życia, a jedynie służalcza wegetacja. Czy tak samo skończy odchodzący samotnie w dal Monte – jako egzystujący na granicy obłędu i nicości dziwak, którego można wykorzystać? A może wszystkich nas to kiedyś czeka? Zanim to jednak nastąpi, niepozbawiony wigoru i wciąż szukający wyzwań Walsh z nostalgią patrzy za jakże bliską mu przeszłością i z rezerwą na zmieniający się wokół świat. I kroczy przed siebie dalej – ze skrywanym głęboko w sercu żalem, ale bez sentymentów. I bez kompromisów, jak na prawdziwego kowboja przystało.

Po Montem Walshu – notabene zarejestrowanym na taśmie przez… Davida M. Walsha, dla którego również był to pierwszy pełnometrażowy film – William Fraker nakręcił jeszcze tylko dwa inne dzieła, w tym niesławną Legendę o samotnym jeźdźcu, która przyniosła studiu Disneya same straty i na dobre zabiła jego reżyserską karierę, zmuszając do powrotu na operatorski stołek (to on stanął za obiektywem Tombstone). Jego nakręcony w Arizonie za solidne pięć milionów dolarów debiut odebrany został jednak bardzo pozytywnie i wciąż darzy się go estymą. W 2003 roku powstał telewizyjny remake z Tomem Selleckiem i Isabellą Rossellini w obsadzie, w Polsce znany pod dość jednoznacznym tytułem Samotny kowboj – nieco dłuższy, acz utrzymujący słodko-gorzki klimat oryginału, także doczekał się pozytywnych recenzji. Taka historia.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA