search
REKLAMA
Recenzje

ALAMO. Klasyk z Johnem Wayne’em

Alamo pamięta się jako jeden z Wayne’owskich klasyków i w zasadzie jest on tylko trochę bardziej napompowany patriotycznym helem niż inne westerny tego okresu.

Tomasz Raczkowski

5 maja 2021

REKLAMA

Bitwa o Alamo, która trwała od 23 lutego do 6 marca 1836 roku, to jeden z najbardziej dramatycznych i krwawych, a zarazem najsłynniejszych epizodów rewolucji teksańskiej, prowadzącej do odłączenia zbuntowanej meksykańskiej prowincji i jej późniejszego wcielenia do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Walka o Alamo była punktem zwrotnym wojny, pomimo zwycięstwa wojsk Meksyku prowadzącego bezpośrednio do zwycięstwa rewolucjonistów pod wodzą generała Houstona, któremu heroiczna obrona kilkusetosobowej załogi umożliwiła ruch wyprzedzający przeciwnika. Wraz z wezwaniem „Pamiętajcie o Alamo!” starcie to przeszło szybko do historii i popkultury Ameryki. Jednym z filarów obecności bitwy o Alamo w zbiorowej świadomości jest film z 1960 roku, sygnowany przez legendę westernu, Johna Wayne’a.

Owo sygnowanie polega w tym wypadku nie tylko na firmowaniu projektu swoją twarzą i nazwiskiem – na przełomie lat 50. i 60. absolutnie ikonicznym – ale również na odpowiedzialności za całokształt filmu jako reżyser. Alamo było de facto debiutem Wayne’a na kierowniczym stołku. Wcześniej słynny aktor współreżyserował wraz z Williamem A. Wellmanem Chiński szlak, jednak w 1960 roku stawał przed nieporównywalnie większym wyzwaniem – budżet produkcji opiewał na 12 milionów dolarów i był przedsięwzięciem dosyć ambitnym, podejmującym ważny epizod w dziejach USA. Wayne był jednak wtedy już chyba zbyt zżyty z konwencją amerykańskiego kina historyczno-awanturniczego, by spodziewać się można było po nim większych potknięć. I rzeczywiście, Alamo to debiut ze wszech miar udany, wpisujący się gładko w górną półkę filmografii aktorskiej Wayne’a i na długie lata definiując wyobrażenie publiczności o pamiętnej bitwie.

Co ciekawe, to nie Wayne jest główną aktorską gwiazdą Alamo, choć wciela się naturalnie w kluczową postać pułkownika Davy’ego Crocketta. Prym wśród obsady wiedzie zdecydowanie Richard Widmark jako pułkownik Jim Bowie – zdecydowanie najciekawsza postać spośród napisanych na potrzeby tego filmu przez Jamesa Edwarda Granta. Obdarzony nonszalancką charyzmą Widmarka, Bowie wyrasta tu na postać najbardziej skonfliktowaną, napędzaną przez emocje i ludzką. Znaczną część dramaturgii Alamo napędza zresztą jego personalny konflikt z dowódcą obrony tytułowej misji, pułkownikiem Williamem Travisem (Laurence Harvey), a grany przez Wayne’a, czyli nominalnie wiodące nazwisko produkcji, Crockett w efekcie zadomawia się zasadniczo na drugim planie, jako rodzaj mediatora między stroszącymi się po koguciemu Bowiem i Travisem. Ten zgrabny zabieg sprawia, że Alamo nie zostaje przytłoczone przez osobę reżysera-aktora (lekcja, której nie odrobił trzy dekady później Kevin Costner, produkując Wyatta Earpa), a równocześnie jest z całą pewnością „filmem z Johnem Wayne’em”.

Wspomniałem, że duża część fabuły obraca się wokół konfliktu na linii Bowie–Travis. Wiąże się to ze z dzisiejszej perspektywy nieco nietypowym rozłożeniem akcentów. Choć film opowiada o militarnym starciu, sama walka zajmuje zdecydowaną mniejszość spośród ponad 150 minut jego metrażu. Większość narracji skupia się na relacjach łączących obrońców, ze szczególnym wskazaniem na trójkę wspomnianych pułkowników. Wayne pokazuje więc skrupulatnie morale teksańskich żołnierzy, rysuje ich motywacje, rozterki, co ostatecznie podprowadza finalny dramat skazanych na krwawy koniec w starciu z przeważającymi siłami meksykańskiego prezydenta Santa Anny. Bitwa zyskuje dzięki temu wymiar osobisty, niemal intymny – każda rana zadana obrońcom ma swoją wagę, bo znamy ranionego, jego drogę do tego miejsca, a także zdążyliśmy go poznać jako „równego gościa”. Klasycznie dla gatunku ekspozycja ma sporo przestrzeni, dzięki czemu puenty zyskują odpowiednią wagę.

Ma to też jednak i nieco mniej chwalebną stronę. Trwający grubo ponad dwie godziny film momentami może nużyć, sprawiając wrażenie wręcz do przesady rozciągniętego. Osobiście czuję pewną ulgę, gdy fabuła dociera w końcu do finalnego starcia, katalizującego wszystkie interpersonalne interakcje i napięcia, zarysowywane aż nazbyt szczegółowo przez wcześniejsze 120 minut. To oczywiście specyficzny klimat złotej ery westernu i konwencja opowiadania – jednak wydaje się, że akurat w przypadku Alamo nie zaszkodziłby nieco bardziej surowy montażysta lub montażystka. Fakt, że gdy akcja w końcu przyspiesza, trudno coś jej zarzucić. Wszystko odbywa się według najlepszych wzorców i dostarcza sporej gatunkowej frajdy. Jednak zważywszy, że Harvey nie dotrzymuje zazwyczaj kroku Widmarkowi i Wayne’owi, budującym świetnie skrojone pod opowieść kreacje, nie wszystkie sekwencje prowadzące do kulminacyjnego dramatu angażują w równym stopniu.

Obosieczną bronią jest też wykorzystywany ochoczo przez Wayne’a patriotyczny patos, nadający Alamo wyraziście heroicznego tonu. Z jednej strony to bezpośrednio z tego aspektu filmu wyrastają najbardziej poruszające sceny, ukazujące dramat rodzin i ocalałych z masakry, dodające do awanturniczej opowieści gorzki posmak zadumy. Z drugiej strony jednak są momenty, gdy patos przybiera postać kojarzonego z południowymi rejonami USA zadęcia i wylewa się z ekranu wręcz nieznośnie, jakby Wayne chciał wysmarować twarz widzów w patriotycznym ferworze i niemalże udusić owijaniem w teksańską flagę rewolucjonistów. Może się czepiam, ale sądzę, że Alamo obyłoby się bez co najmniej kilku scen sławiących nieprzejednany heroizm i słuszność Teksańczyków przeciwstawionych hordom anonimowych Latynosów. Zasadniczy dramat jest tu wystarczająco klarowny i sugestywny.

W końcu jednak pamięta się Alamo jako jeden z Wayne’owskich klasyków i w zasadzie jest on tylko trochę bardziej napompowany patriotycznym helem niż inne westerny tego okresu. Fan gatunku wyciągnie z filmu pozytywy – klasycznego, niedającego sobie w kaszę dmuchać Johna Wayne’a, jedną z najlepszych ról w karierze Richarda Widmarka i ładnie zarysowany ludzki kontekst jednej z najsłynniejszych bitew w historii kontynentu. Może nie jest to najbardziej intrygujący western ani najciekawsze spojrzenie na rewolucję teksańską czy jakąkolwiek inną wojnę Dzikiego Zachodu. Może nie jest to też najbardziej efektowny ani najlepiej skonstruowany western swojej ery. Ale mimo wszystko to klasyk, wciąż zachowujący stosunkowo dużo ze swej dawnej świeżości.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA