search
REKLAMA
Recenzje

NIEBIESKI ŻOŁNIERZ. Próba zmierzenia się z niechlubną historią

Jacek Lubiński

21 lutego 2021

REKLAMA

Ameryka lubuje się obecnie w rozliczaniu z „białą” przeszłością kraju i wytykaniu dawnych błędów formującego się onegdaj narodu. Jedną z takich ponurych kart w historii Stanów Zjednoczonych pozostaje masakra nad Sand Creek – wciąż budzące kontrowersje i nigdy w pełni niewyjaśnione starcie pomiędzy kawalerią a tak zwanymi Indianami, do którego doszło w 1864 roku. I tak się składa, że bezpośrednio odwołujący się do niego i obrazujący je film obchodzi właśnie swoje pięćdziesięciolecie powstania.

Trudno w kilku zdaniach nakreślić tu cały kontekst historyczny tego, co zaszło nad Sand Creek. W dużym skrócie był to efekt wieloletnich starć pomiędzy broniącymi swojego terytorium plemionami Czejenów i Arapahów a białym osadnikami oraz armią. Ostateczny, niezrozumiały cios zadała jednakże ta ostatnia, kiedy pod dowództwem pułkownika Johna Chivingtona wybiła niemal w pień całą wioskę „czerwonoskórych”, jak się potem okazało – danego dnia złożoną głównie z kobiet, dzieci oraz starców, acz niepozbawiona kluczowych wojowników, na których chrapkę mieli przypuszczalnie żołnierze. Pomimo wszczętego śledztwa nie udało się jednoznacznie ustalić wszystkich faktów dotyczących tego ataku, a relacje świadków różniły się w zależności od strony i prawda szybko zniknęła pod naporem politycznych przepychanek. Niemniej masakra nad Sand Creek pośrednio przyczyniła się do upadku Czejenów i choć nie zakończyła konfliktu, to jej efektem był podpisany w 1865 roku rozejm pomiędzy rządem a wszystkimi najważniejszymi plemionami indiańskimi. Niestety, jak niemal wszystkie pozostałe obietnice „bladych twarzy”, okazał się on krótkotrwały i bez znaczenia, a wyzysk resztek rdzennych mieszkańców Ameryki trwa po dziś dzień…

Soldier Blue z 1970 roku był reklamowany jako pierwsza próba rekonstrukcji tych krwawych wydarzeń, choć nie jest to prawdą. Wcześniej sięgały do nich: Tomahawk (1951) i Fort się broni (The Guns of Fort Petticoat, 1957) oraz pełnometrażowy odcinek telewizyjnej serii Playhouse 90 o wszystko mówiącym tytule Massacre at Sand Creek (1956). W tym samym sezonie powstał też Ostatni wojownik z Anthonym Quinnem i komediowym zacięciem. Film Ralpha Nelsona – twórcy oscarowych Polnych lilii i Pojedynku w El Diablo – miał jednak większe ambicje, które poniekąd oddają już same plakaty z nagą, związaną Indianką odwróconą plecami do widza. Gorzej, że kampania reklamowa od początku celowała we wzbudzanie kontrowersji, krzycząc, iż jest to „najokrutniejszy i najbardziej dziki film w historii”. Otrzymał on zresztą kategorię R, którą w kilka lat później przemontowano na bezpieczne PG, całkowicie zatracając sens całej produkcji.

Inna sprawa, że jest to dzieło, mimo wszystko, nieco przekłamane i mocno jednostronne. Poza brutalną inscenizacją rzeczonej „bitwy”, godnej odcinka Gry o tron, nie oferuje wiele widzowi, czy to w kontekście prawdy historycznej, czy też refleksji nad oglądanym materiałem. Ten bardziej niż na masakrze nad Sand Creek oparty jest na książce Arrow in the Sun Theodore’a V. Olsena (nie mylić z powieścią Geralda McDermotta o takim samym tytule, także sfilmowaną). Książce generalnie… przygodowej, utrzymanej w duchu naszego W pustyni i w puszczy. Jest to dość lekki survival z pozornie niedobraną dwójką młodych osób: kobietą porwaną niegdyś przez Indian, dobrze rozumiejącą ich zwyczaje (Candice Bergen – późniejsza Murphy Brown z popularnego sitcomu) oraz niedoświadczonym żołnierzem, który jako jedyny przeżył atak na swój oddział (Peter Strauss jeszcze przed sławą kultowej serii Pogoda dla bogaczy).

Mamy więc częściowe odwrócenie typowej dla gatunku sytuacji, w której to kobieta potrzebuje pomocy dzielnego gieroja w typie Gary’ego Coopera. Tutaj to dziewczyna lepiej radzi sobie w prymitywnym życiu na prerii i ratuje życie żołnierza. Choć tylko od współpracy i obopólnego zaufania będzie zależeć ich przeżycie. Innym ufać nie mogą, co udowadnia choćby kuriozalny i przerysowany epizod Donalda Pleasence’a jako obwoźnego sprzedawcy broni, ale też ich relacje ze środowiskiem obu stron konfliktu. Grupy, które powinny ich wspierać, jedynie rozczarowują swoimi decyzjami oraz korupcją. Młodzi skazani są więc na siebie, ścierając się już w samej warstwie ideologicznej – ona traktuje go z góry, przezywając niebieskim żołnierzem, a on jest zszokowany jej wyniesionymi od „dzikusów” zwyczajami. Ogląda się to przyjemnie, ale nie niesie ze sobą żadnych niespodzianek, nawet na polu czysto dramaturgicznym. I jakby kompletnie nie przystaje do clou historii.

Ta zaczyna się krwawą jatką i kończy jeszcze większą – właśnie tą nad Sand Creek (aczkolwiek nazwa ta nigdy nie pada wprost). To zdecydowanie dwa najmocniejsze i najbardziej pamiętne momenty filmu. Zwłaszcza finał potrafi zjeżyć włos na głowie, bo nawet jeśli przyjąć, że tylko połowa z pokazanych tam rzeczy wydarzyła się naprawdę, to aż smutno się robi. Szczególnie że logiki i wytłumaczenia próżno w tym szukać – pozostaje jedynie niekontrolowany chaos i chore bestialstwo, paradoksalnie uskuteczniane nie przez tubylców, którzy nie potrafią się nawet podpisać, a przez bardziej zaawansowaną, „postępową” cywilizację. To może boleć. I powinno zadawać pytania. Niestety chwilami wydaje się, jakby twórców interesowało jedynie jak najdokładniejsze zobrazowanie okrucieństwa (do którego dodają nieco od siebie), a nie jego implikacje czy nawet przyczyny.

Żeby było śmieszniej (albo jeszcze bardziej przygnębiająco), ta rzeź niewiniątek początkowo trwała jeszcze dłużej, bo w swej pierwotnej wersji film przekraczał dwie godziny seansu. Testowe pokazy zakończyły się jednak na tyle radykalną reakcją ze strony zszokowanej publiczności, że studio zdecydowało się przyciąć materiał o blisko dwadzieścia minut. Patrząc na to, co ostało się na ekranie, i czytając o tym, co faktycznie miało miejsce nad Sand Creek, aż trudno mi sobie wyobrazić, jakie ujęcia poszły do kosza. Sam ten fakt uwypukla jednak problem Niebieskiego żołnierza, którego zamiary nie do końca przekładają się na efekt końcowy, a przygoda dwójki młokosów na prerii niezbyt lepi się z gorzką lekcją historii.

Bo to trochę tak, jakby do wspomnianego W pustyni i w puszczy dodać sekwencje bitew z Lawrence’a z Arabii – oba elementy działają niezależnie od siebie, ale wspólnie nie tworzą spójnej całości, nie współpracują naturalnie. Sprawiają tym samym wrażenie dzieła zrobionego „pod tezę”, po którego obejrzeniu nie nachodzą nas żadne refleksje – rzecz jasna poza tymi dotyczącymi samej masakry. Choć i one są raczej błahe i oczywiste. Zresztą po premierze film odebrano dokładnie tak – jako alegorię do trwającej wtedy w najlepsze, równie bezsensownej i trudnej do wytłumaczenia wojny w Wietnamie. Wątpię jednak, aby twórcom przyświecały aż takie cele polityczne, kiedy wchodzili na plan.

Chociaż chwilami Niebieski żołnierz bywa irytujący w swoim podejściu do bohaterów czy też samego widza oraz wydaje się niezgrabną sklejką dwóch różnych opowieści, dwóch różnych światów, to ostatecznie potrafi się obronić jako solidnie zrealizowane, nawet jeśli trochę zmanierowane kino. Takie, z którym warto się zapoznać niezależnie od poglądów. Szkoda tylko rozmydlenia intencji, bo mógł to być prawdziwy dynamit.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA