Recenzje

LAST FLAG FLYING. Kino wojenne w niecodziennym wydaniu

Ta przejmująca historia o radzeniu sobie ze stratą wyzbyta jest nadmiernego sentymentalizmu i ma w sobie sporo lekkości.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu jest Olek Młyński. Zajrzyj na blog autora: EmptyMetalJacket

“Może jest to film wojenny. Ale jest to film wojenny na moich zasadach”.

Richard Linklater, po duchowym powrocie do początków swojej twórczości w Każdy by chciał!!, zaserwował fanom kino wojenne w niecodziennym wydaniu. Last Flag Flying to sequel Ostatniego zadania Hala Ashby’ego, opowiadającego o trzech amerykańskich marynarzach walczących na wojnie w Wietnamie. Linklater bierze na warsztat tych samych bohaterów, i przygląda im się kilka dekad później: walka z Wietkongiem się zakończyła, wieże World Trade Center w Nowym Jorku zostały zniszczone, a amerykańskie wojska uwikłane są w odległy i mało zrozumiały dla nich konflikt w Iraku. Twórca Boyhood spogląda na te przepełnione traumą i wątpliwościami czasy z perspektywy trzech stetryczałych i nękanych przez grzechy młodości facetów. Dzięki konwencji buddy movie ta mocno nacechowana politycznie historia nie nabiera jednak tak dosłownej i niezgrabnej formy jak choćby Fast Food Nation z 2006 roku.

Cięty żart goni jeszcze bardziej ciętą ripostę, zaś te przeplatają się z nieco dojrzalszymi rozmowami na temat wiary, dojrzewania czy rodzicielstwa.

Sala (Bryan Cranston) poznajemy w jego barze, który poza jednym stałym klientem świeci pustkami. Mężczyzna nie jest tym specjalnie przejęty, bo nie wygląda na gościa, który przejmowałby się czymkolwiek. Ten balans zostaje zachwiany, gdy do lokalu wchodzi wąsaty Larry “Doc” Shepherd (Steve Carrell). Mężczyźni byli razem na wojnie w Wietnamie i wyruszają, by spotkać trzeciego kompana, Muellera (Laurence Fishburne), który przeszedł kompletną transformację i został pastorem. Shepherda życie mocno kopnęło w ciągu jednego roku: stracił żonę i syna i zagubiony prosi dawnych kolegów z wojska o wyruszenie z nim w podróż na pogrzeb potomka.

Nacisk na relację pomiędzy mężczyznami podkreślany jest przez formułę filmu: to kino drogi, w którym większość czasu spędzamy z bohaterami w samochodach, barach i przedziałach pociągów. Cięty żart goni jeszcze bardziej ciętą ripostę, zaś te przeplatają się z nieco dojrzalszymi rozmowami na temat wiary, dojrzewania czy rodzicielstwa. Humor, choć rubaszny i prosty, pełni kluczową rolę w filmie. Umożliwia przełamanie początkowych barier pomiędzy mężczyznami, którzy nie widzieli się od trzydziestu lat. Mężczyźni cały czas rozmawiają, a ich kontrastujące poglądy są tylko paliwem dla kolejnych dowcipów i odnalezienia sensu w wydarzeniach, które położyły się cieniem na ich całym życiu kilkadziesiąt lat wcześniej.

Last Flag Flying to opowieść o stawianiu czoła przeszłości, której bagaż ciąży bohaterom przez całe życie.

Takie skakanie po tematach jest jednocześnie kluczem do docenienia filmu. Ich mnogość implikuje pobieżność, z jaką bohaterowie traktują poszczególne zagadnienia. Można odnieść wrażenie, że Linklater prezentuje na ekranie swego rodzaju rewię “męskich tematów”, które powinny obowiązkowo zostać poruszone. Ze względu na takie tempo momentami relacje pomiędzy postaciami wydają się mniej wiarygodne. Jednak przez większość czasu reżyser potrafi poprowadzić swoich bohaterów w przekonujący i szczery sposób przez ich podróż przez różne stany (te emocjonalne, jak i te geograficzne).

Wątek wojny i armii jest zdecydowanie dominujący (...).

Zarysowana przez Linklatera historia wpisuje się w lewicowy dyskurs na temat ingerencji Stanów Zjednoczonych w konflikty na świecie. Reżyser robi to jednak z pozbawioną pretensji ironią, czego najlepszym podsumowaniem jest scena, w której zaangażowanie w wojnę w Iraku jest komentowane przez jednego z bohaterów: “nasi chłopcy muszą umierać na pustyni, my przynajmniej walczyliśmy w dżungli.” Last Flag Flying można również odczytywać jako post scriptum do wcześniejszego Boyhood. O ile w tamtym filmie Linklater opowiadał o chłopcu wkraczającym w dorosły świat, tak w najnowszym obrazie skupia się on na dojrzałych mężczyznach (choć zapewne w oczach wielu widzów Sal będzie postacią daleką od dojrzałości), którzy powoli wkraczają w etap starości. Najdobitniej podkreśla to postać grana przez Bryana Cranstona, gdy ten na myśl o przyszłości odpowiada z przekąsem: “przyszłość jest już za mną”. Ciągnąc tą paralelę dalej – o ile Boyhood był zobrazowaniem chłopięcych lęków dotyczących niepewnej przyszłości, o tyle Last Flag Flying to opowieść o stawianiu czoła przeszłości, której bagaż ciąży bohaterom przez całe życie.

W zasadzie przezroczysty styl filmu może niespecjalnie imponować, niemniej pozwala on wyjść na pierwszy plan grze aktorskiej tego naprawdę ciekawie dobranego tria. Choć najjaśniej świeci Bryan Cranston (jego postać to w zasadzie strumień aktorskich szarż, które mogą zdecydowanie spolaryzować opinie wśród widzów), to Laurence Fishburne, a zwłaszcza Steve Carrell dotrzymują mu tempa zdecydowanie skromniejszymi i wycofanymi rolami. Szczególnie Carrell imponuje kompletną aktorską transformacją. Dość spojrzeć na jego rolę w Last Flag Flying i porównać ją z niezrównoważonym emocjonalnie Markiem Baumem w The Big Short, by zdać sobie sprawę z wszechstronności tego, wydawałoby się, stricte komediowego aktora.

Wątek wojny i armii jest zdecydowanie dominujący: ta przejmująca historia o radzeniu sobie ze stratą wyzbyta jest jednak nadmiernego sentymentalizmu i ma w sobie sporo lekkości. Gdy zasugerowano mu, że stworzył film wojenny, Linklater początkowo się nie zgodził, a potem przyznał, że: “może jest to film wojenny. Ale jest to film wojenny na moich zasadach”. A tak pozytywny facet jak reżyser Boyhood nie byłby w stanie nakręcić w pełni poważnego filmu. Udowadnia to już od dwudziestu paru lat.

Ostatnio dodane