search
REKLAMA
Recenzje

LAST CHRISTMAS. Przyjemny pocałunek pod jemiołą

Jakub Koisz

1 grudnia 2019

REKLAMA

Są dwa pytania, które chcemy zadać, ale brakuje nam odwagi – co z karierą Emilii Clarke po Grze o tron oraz jak się mają kolejne projekty Paula Feiga po średnio udanych Pogromcach duchów. Wprawdzie Feig zrobił interesującą Zwyczajną przysługę, ale jego kolejne filmy to zupełne terrae incognitae. Dobrze wiedzieć, że ta dwójka jakoś ciągnie ten karierowy kramik i potrafi uderzyć w szczere, świąteczne nuty, nie siląc się przy tym na wolty w swojej karierze. Z klasykiem do czynienia tym razem nie mamy, potencjału na kult również, ale Last Christmas to przyjemniaczek, który nie powinien zirytować rzadko sięgających do portfela po pieniądze na kinowe bilety. Feig, powracający do opowieści prostszych i cieplejszych, znowu jest na torze, w którym ścigają się najciekawsi twórcy amerykańskiej komedii. 

Tym razem pochyla się nad motywem niby to rozmemłanym przez gatunek, ale zagranym na subtelnych nutach. Kate, córka emigrantów z Jugosławii, jest londyńskim Kopciuszkiem – marzy o lepszym życiu, na które zapracuje swoim talentem, innej opcji nie ma. Błąka się więc od przesłuchania do przesłuchania, od nadziei do nadziei, od niepowodzenia do niepowodzenia. Pracuje w sklepie ze świątecznymi gadżetami, więc kontrastująca z jej życiem atmosfera świątecznego przepychu może jeszcze bardziej ją uderzać, gdy w grę wchodzą niespełnione ambicje. Na szczęście w pracy poznaje Toma, który nie tylko próbuje przywrócić jej wiarę w Boże Narodzenie, ale również w miasto oraz radość życia.

Wytoczono więc działa świąt, które, jak wiemy, są najlepszym sposobem, aby wyostrzyć samotność głównych bohaterów, nawet w kinie akcji; a co dopiero mówić o takim, które koncentruje się na poszukiwaniu uczucia. W Last Christmas miłość jest oczywiście jedynie elementem poszerzającym perspektywę głównej bohaterki, ale zbudowany na banale świat wydaje się ewoluować w “film chodzony” w stylu Linklatera, w którym najważniejszy jest dialog i ludzcy bohaterowie. I w takiej intymnej konwencji kryje się siła tej produkcji – reżyser pozwala aktorom na całkiem sporo, prowadząc ich niczym dobry ojciec, ale pozwalając również wnieść w tę opowieść własny urok osobisty. To bardzo miłe oglądać Emilię Clarke jako postać, która nie próbuje być twardzielską Sarą Connor, ale rozegrana jest na nutach delikatniejszych, które przecież ujawniały się w przeszłości i były trzonem ewolucji bohaterki znanej chociażby z Gry o tron. Nie sądziłem, że taką przyjemnością będzie nieodstępowanie jej na krok wraz z kamerą, oglądanie naturalnego aktorstwa opartego na uroku osobistym, a nie cynicznym castingu. Komediowe elementy przeplatają się tutaj z dramatem – a jak wiadomo z wywiadów, Clarke potrafi być zabawna oraz śmiać się z samej siebie, więc Feig postanowił to wykorzystać.

Na dokładkę Emma Thompson (będąca również współautorką scenariusza) i Henry Golding, który trochę się gubi w zaproponowanej przez tekst roli, ale wprowadza element świątecznego ciepła niczym z bloku reklamowego, który, równoważony przez szczersze elementy filmu, nie irytuje. Łatwo jednak wyobrazić sobie w tej roli kogoś z potrójnym “ch”: bardziej charakterystycznego, bardziej charyzmatycznego, bardziej charakternego. Według opowieści Tom jest reprezentantem świata wolności, szczęścia i odwagi, który powinien się aktywizować szczególnie w obliczu komercyjnego wymiaru świąt, ale przydałaby się w tej roli nieco bardziej szorstka twarz.

Cała reszta robi robotę – wzrusza i bawi. A właśnie, że dobrze, iż takie zachowawcze filmy powstają, jeśli obdarowane są iskrą bożą. Czasami stylówka reżysera oraz obdarzenie aktorów pełnym zaufaniem procentują wrażeniem, że sprzedaje nam się produkt znany, ale przynajmniej na gwarancji. Potrzebne to było zarówno reżyserowi, jak i głównej aktorce: powrócić na falę dzięki czemuś szczeremu, co przynajmniej chciało się komuś robić. Jeśli życzeniami ekipy producenckiej były pełne, ciepłe i bezpretensjonalne święta Bożego Narodzenia, to jako widz mogę powiedzieć wyłącznie: dziękuję, biorę ten pakiet. I kupić bilet kinowy dla siebie i bliskich. 

REKLAMA