Connect with us

Recenzje

KOCHAJ I TAŃCZ

W „KOCHAJ I TAŃCZ” marzenia o tanecznym epokowym widowisku zderzają się z rzeczywistością, tworząc filmowy zawód pełen obietnic.

Published

on

KOCHAJ I TAŃCZ

W momencie, gdy piszę niniejszą recenzję, mija jakieś 48 godzin od premiery „pierwszego polskiego filmu tanecznego”, a w internecie furorę robi hasło KIT – skrót od pierwszych liter tytułu. Skrót ten z powodzeniem można uznać za najkrótszą recenzję tej filmowej, niespełnionej obietnicy. Jeśli więc szkoda Wam czasu, nie czytajcie mojej recenzji, bo KIT niemal w pełni ilustruje to, co wcisnęli nam twórcy Kochaj i tańcz.

Advertisement

Patrz i płacz…

Pierwszy polski film taneczny! Najbardziej oczekiwana premiera roku! Polskie Dirty Dancing! Gdzie nie spojrzeć tam hasła reklamowe, trailery (chyba z 20 wersji!), plakaty z lewitującymi Miko i Damięckim, zapowiedzi obiecujące hit, wywiady zwiastujące objawienie, fragmenty filmu zapowiadające epokowe widowisko, materiały zza kulis, sprzed kulis, obok kulis, a w Dzień Dobry TVN co dzień kolejna gwiazda Kochaj i tańcz na kanapie, siedzi i na temat filmu sapie.

Sądząc po szeroko zakrojonej kampanii reklamowej, której Barack Obama by się nie powstydził, można było spodziewać się co najmniej arcydzieła. I co? I jak zwykle w Polsce bywa, z wielkiej chmury spadł mały deszcz.

Advertisement

Zacznę od negatywów, żeby pod koniec napisać kilka cieplejszych słów. Negatywem największym i ciążącym na całym przedsięwzięciu, jest fakt niewykorzystania przez twórców niewątpliwego talentu tanecznego, jaki posiada Mateusz Damięcki, który przecież w „Tańcu z gwiazdami” całkiem zgrabnie śmigał po parkiecie. Tego, że Wojtek (Damięcki właśnie) świetnie tańczy, dowiadujemy się niestety tylko z dialogów, bo na ekranie tego po prostu nie widać. Jego solówka na castingu woła o pomstę do nieba. W ogóle nie ma tańca, tylko jakieś ćwierćsekundowe migawki miotającego się po scenie Damięckiego, który niby emanując zmysłowością i tryskając testosteronem pręży muskuły, podskakuje i chodzi po stołach.

Sieczka, nie taniec, mówię Wam. Musimy wierzyć na słowo, że Damięcki jest genialnym tancerzem. Niestety, dalej jest jeszcze gorzej. Montażysta Marcin Bastkowski tnie wszystkie sceny tańca, jak Musashi przeciwników. Ciacha je na drobne kawałeczki, przez co nie widać ani ciągłości ruchu, ani choreografii, tylko jakieś nerwowe i niedokończone figury. Pan Marcin, który prawdopodobnie odbywał staż na planie Quantum of Solace, pomylił chyba trailer z filmem fabularnym. Migawki, które sprawdzają się w zajawkach, zaostrzając apetyt na film, w samym filmie są po prostu niestrawne.

Advertisement

Czasami jednak Pan Marcin zwalnia i pozwala nam doświadczyć kilku dłuższych ujęć. Wtedy sprawę zawala albo oświetleniowiec (chwilami jest tak ciemno, że nie widać czy ktoś tańczy, czy stoi w miejscu), albo operator kamery Bartosz Prokopowicz, który filmuje nogi od stóp do kolan, a postaci od ramion w górę. I w jednym, i w drugim przypadku zamiast tańca obserwujemy coś w rodzaju przepychanki i modlimy się, żeby jak najszybciej się skończyła. Żaden, powtarzam, ż-a-d-e-n taniec w Kochaj i tańcz nie ma w sobie krztyny emocji, żaru, poweru, ani rytmu. Wszystkie są tak nędzne, że aż licznik obraca.

Winą za taki stan rzeczy obarczyć można (a wręcz trzeba!), odpowiedzialnego za całe przedsięwzięcie, reżysera – Bruce’a Parramore’a, wcześniej zajmującego się realizacją videoklipów i reklam, który manierę szybkiego sposobu opowiadania – jak się okazało, z fatalnym skutkiem – przeniósł wprost do swojego pełnometrażowego debiutu.

Advertisement

O całkowitą pomstę do nieba woła fakt, że wielki taniec finałowy na wielkim turnieju o zasięgu europejskim – który oczywiście Wojtek ma wygrać, bo tak wszyscy znawcy uważają – to zlepek scen bodajże pięciu tańczących par, montowanych szybciutko na przemian. Gdzieś tam wśród tego bajzlu widać też migawki z Damięckim, na których… i tak nie widać, co i jak. Z całego kolażu najbardziej wybija się Żora Korolyov, któremu wystarcza 20 sekund na ekranie, by przyćmić całokształt nieudolnych i tuszowanych szybkim montażem wygibasów Damięckiego. Ach, gdzie te czasy, gdy tłum się rozstępował, a na środek parkietu wpadał John Travolta i wszyscy sikali po nogach, widząc, jak się porusza bez pomocy operatorów i montażystów. To była prawdziwa gwiazda tanecznego filmu, a nie ledwie dostrzegalny wśród innych tańczących, niewyróżniający się niczym (poza klatą słusznych rozmiarów i niewątpliwą urodą) Damięcki.

Taniec, który miał być największą atrakcją i kręgosłupem filmu, został położony na całej linii. A wystarczyło nieruchomo postawić kamerę, zatrudnić Glebę i Roofiego i pozwolić im powtórzyć duet do kawałka „Let’s dance„, który w arcygenialny sposób zaprezentowali w pierwszej edycji „You can dance. Byłaby wówczas w Kochaj i tańcz przynajmniej jedna rewelacyjna i warta zapamiętania scena. A tak, nie ma żadnej. Nie ma nawet jej namiastki! Ktoś powie, chcąc bronić potraktowanych po macoszemu scen dancingowych, że tak naprawdę to nie o taniec w tym filmie chodzi (bo i z tego, co mówi Kettler jasno wynika, że są na świecie rzeczy ważniejsze) a o historię miłosną. Spytam wtedy – dlaczego w takim razie film promowany jest nachalnie jako pierwszy taneczny, a nie kolejny miłosny?

Advertisement

Leży też psychologia postaci, relacje między nimi i realizm wydarzeń: małomówna postać grana przez Annę Bosak jest niedookreślona i charakterologicznie płaska jak jej brzuch i biust – podobnież jej relacje z Wojtkiem. Oderwana od rzeczywistości scena, w której współlokatorzy Wojtka, oraz sam Wojtek i Hania zaczynają, ni gruszki ni z pietruszki, grać na przedmiotach użytku codziennego sprawia, że mamy wrażenie obserwowania imprezy, której uczestnicy są upaleni i nie bardzo panują nad tym, co robią. Hania (Izabella Miko) na kilka dni przed własnym ślubem, zamiast biegać ze swoim ukochanym po sklepach i przymiarkach, spędza wszystkie popołudnia ze świeżo poznanym tancerzem.

Oczywiście ukochany (na marginesie mówiąc, najlepiej zagrana postać w filmie – brawa dla Wojciecha Mecwaldowskiego), który jest pedantem i ostatnią ciamajdą, zdaje się nie zauważać, że przyszła żona wraca do domu nad ranem. A Hania, która zdaje się być absolutnie znudzona związkiem z irytującym narcyzem, brnie w ów związek coraz głębiej i z dnia na dzień coraz bardziej zbliża się do sakramentalnego „Tak”, choć wszystko w jej ciele mówi „Nie. Bo Hania woli nudziarza, z którym nie łączy jej nic, od Wojtka, z którym łączy ją wszystko. Dopiero po wielu, wielu wydarzeniach i wysłuchaniu wielu rad, dociera do niej, że kocha tego, a nie tamtego.

Advertisement

Wygląda na to, że albo Hania jest odrobinę upośledzona emocjonalnie, albo jakaś siła wyższa zmusza ją do ślubu z niekochanym partnerem! Ani jedno, ani drugie nie zostało jednak pokazane na ekranie, więc krótko mówiąc, sprawę pokopali scenarzyści, rozpisując na kartach scenariusza niczym nie umotywowane zachowania bohaterów. Psychologia postaci leży i kwiczy, podobnie jak nadekspresyjne aktorstwo Katarzyny Figury w roli matki Hani. Jedynie relacje ojciec-córka jako tako trzymają psychologiczno-dramaturgiczny poziom.

Idziemy dalej. Elitarne zajęcia prowadzone przez Jana Kettlera (Jacek Koman) są bardziej rygorystyczne, niż przepisy bezpieczeństwa podczas startu promu kosmicznego NASA. Jest jasno powiedziane, że jeżeli osoba z twojej pary odpadnie, ty odpadasz razem z nią. Widać wyraźnie, że z Kettlerem nie ma żartów – harujesz ciężko albo wynocha za drzwi. Nie ma żadnych taryf ulgowych. I co robi Wojtek? Przestaje chodzić na zajęcia, bo musi wracać na budowę. I co się dzieje z jego partnerką – Bosak? Nic, nie zostaje wyrzucona, tylko tańczy dalej sama. Co robi Wojtek, gdy nie chodzi na zajęcia taneczne? Ćwiczy razem z Hanią, która dopiero od niego uczy się tańczyć! Nie przeszkadza to jednak w tym, by to właśnie przy jej boku Wojtek osiągnął szczyty tanecznego fachu.

Advertisement

Ten sam Wojtek po kilku dniach, ot tak sobie, wraca na rygorystyczne, elitarne warsztaty, które powinny być dla niego zamknięte na cztery spusty, i nie dość, że Kettler nie ma do niego żadnej pretensji o kilkudniową absencję, to w dodatku Wojtek doskonale zna układy, które pod jego nieobecność do utraty sił wkuwała reszta grupy. Co więcej – zna je lepiej od całej grupy… bo Hania nagrywała wszystkie układy na kamerę i pokazywała mu je na laptopie! Litości!

Teraz czas na pozytywy. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby wywalić z Kochaj i tańcz wszystkie „tańcz” i zostawić same „kochaj”, wyszłoby z tego całkiem zgrabne romansidło, z ciekawą historią miłosną i fajnie pomyślanym wątkiem odnajdywania się ojca z córką. Między Mateuszem Damięckim i Izabellą Miko nieźle iskrzy, a na drugim planie, obok wspomnianego powyżej Wojciecha Mecwaldowskiego, dokazuje Rafał Królikowski – scena dialogowa na bieżni przy basenie wymiata. Jest sporo całkiem zabawnych dialogów, jest też kilka nieźle zagranych scen, trochę wzruszenia, kilka niegłupich prawd życiowych i naprawdę dużo dobrych piosenek.

Advertisement

Moim faworytem jest „Apologize” – swoisty hymn pierwszej edycji „You can dance”, tu z wyczuciem ilustrujący rozpacz Wojtka po utracie Hani. Niestety, wracamy do negatywów, bo początkowo wzruszająca scena po chwili zostaje całkowicie zepsuta. Ujęcie załamanego Wojtka przemontowano ze smutną twarzą mima (z namalowaną łezką pod okiem) i wszystko jak na razie jest jasne i klarowne: oto rozpacz, smutek i nostalgia, podkreślone świetnym kawałkiem muzyki oddającym stan duszy głównego bohatera. I nagle mim zaczyna odstawiać bliżej niesprecyzowany taniec na dworcu kolejowym, owijając się wokół słupa, podskakując i miotając się. I – jak to mawiał Siara: „I w pizdu i wylądował!” – klimat sceny pada trupem.

Właśnie ruszyła kolejna edycja „You can dance” i „Tańca z gwiazdami”. Wystartowała też produkcja serialu Tancerze. Moda na taniec wśród Polaków trwa. Szkoły tańca pękają w szwach. Popyt na wszystko związane z „dance” wciąż rośnie. TVN, Egurola, Piróg i Cichopki nie nadążają ze zbieraniem złotych jaj, znoszonych przez tańczącą kurę. Kinowy hit Kochaj i tańcz miał być wisienką na tym torcie. Zamiast tego okazał się niewypałem, choć pewnie swoje w kinach zarobi, a twórcy odtrąbią wielki sukces. To w końcu najbardziej oczekiwana premiera roku. Tak przynajmniej głoszą spoty reklamowe i tak mówili w TVN, a przecież telewizja nie kłamie. ..

Advertisement

W krótkich epizodach zagrali: Czarna Mamba, Roofi i kilku mniej znanych tancerzy z „You can dance”. Hurraoptymistyczna machina promocyjna filmu była tak rozpędzona, że dziennikarze, przeprowadzając wywiad z jakimkolwiek tancerzem, który nawinął się im pod mikrofon, pytali o jego występ w Kochaj i tańcz. Artur Cieciórski (zwycięzca drugiej edycji „YCD”), zapytany przez rozentuzjazmowaną Jolantę Pieńkowską o jego rolę w pierwszym polskim tanecznym filmie, odparł bez ogródek: „Ale ja nie gram w tym filmie.”

Tekst z archiwum film.org.pl (08.03.2008).

Advertisement

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *