search
REKLAMA
Recenzje

KLEOPATRA (1963). Egipska kastracja Cezara w wersji amerykańskiej

Odys Korczyński

30 marca 2018

REKLAMA

Pod tym względem film Mankiewicza nie wnika w motywy zabójców. Śmierć Cezara jest wykorzystana głównie po to, żeby wprowadzić kolejnego ważnego aktora na scenie, Marka Antoniusza (Richard Burton). Od tego momentu film ostatecznie traci już wszelkie pretensje do bycia twardym kinem historycznym, a przemienia się w hollywoodzki melon. Co ciekawe, jak na złość scenarzyści wciąż nie rezygnują z przedstawiania skomplikowanych i spiskogennych relacji między Antoniuszem, Senatem a następcą Cezara, Oktawianem Augustem. Może przez to film staje się dłużyć, a czasami jest wręcz nudny.

Na czym jako widz mam się skupić – na tragicznym romansie Kleopatry czy obserwacji walki o schedę po Cezarze? Aktorzy snują swoje emocjonalne monologi wewnętrzne, wzdychają, rzucają teatralnie przeciągłe spojrzenia, żeby kamera zdążyła wykonać zbliżenie, i pieczętują ten filmowy dramat nienaturalną symulacją pocałunków. Żeby to było bogobojne średniowiecze, lecz to przecież rozpasana starożytność. Tak, tak, wiem, że w tamtych czasach tak się grało bez języka w czyjejś jamie ustnej, ale oceniam film z punktu widzenia moich teraźniejszych przyzwyczajeń i realistycznych oczekiwań. Wcale nie muszę w mojej subiektywnej opinii uwzględniać zależnej od purytańskich czasów szkoły aktorskiej gry. Sposób recenzowania zależy od kontekstu historiograficznego, w którym pływa umysł recenzenta, a nie tego, jak utarło się mówić o filmie w toku mijających lat.

Na tle mojej ulubionej wersji, czyli tej z 1999 roku, Kleopatra z datą urodzenia 1963 pod względem technicznym wypada więcej niż dobrze. Produkcja Hallmarka, mimo że tańsza, co widać zarówno w kostiumach, jak i dekoracjach, ma jednak znacząca przewagę w klimacie oddania epoki. To dowód na to, że sam przepych nie wystarczy, by stworzyć zrównoważone, harmoniczne dzieło o tamtych czasach. Twórcom Kleopatry wydawało się, że bijące po oczach bogactwo i wypowiadane na przydechu kwestie stworzą atmosferę tego, co wiekowe i klasyczne, bo skoro jest takie, to musi być też patetyczne. Może zbytnio dosłownie odebrali Żywoty Cezarów Gajusza Swetoniusza. Podobno znali tę książkę, jak i pisma innych klasyków z epoki. Czytając ją jeszcze na studiach plus wybrane dzieła Liwiusza, Tacyta i Kasjusza Diona, sam przez chwilę uwierzyłem, że Republika Rzymska, Ateny i Egipt trochę przypominały teatr. Z czasem przekonałem się (dzięki tekstom Umberto Eco), że w interpretacji starych tekstów przydaje się jednak nieco hermeneutycznego dystansu i świadomość nieuniknioności porównywania – w tych przypadkach nie tylko do innych utworów klasycznych, ale i do współczesnej interpretatorowi kultury.

Nie da się wszelako zaprzeczyć, że kwestie podejmowane w Kleopatrze są ze swojej natury nacechowane podniosłością. W latach 60. znaleźli się więc pewnie specjaliści od filmowych środków wyrazu, którzy stwierdzili, że tak ważkie problemy natury władzy, sukcesji, tragicznej miłości i wyborów między uczuciem a obowiązkiem, należy przedstawić w patetycznej formie. Z taką opinią ciągle się spotykam, i to nie tylko w popkulturze. Tak uważają również krytycy. Nic bardziej mylnego. O rzeczach sugerujących posiadanie w sobie źródła naturalnego patosu nie można mówić z jeszcze większym nadęciem, bo tworzy się nieznośną farsę, najzwyczajniej męczącą zmysły. Powinno się raczej inteligentnie wykorzystać wzniosłą naturę owych problemów i zaprezentować ją przeciętnemu odbiorcy najprościej jak się da. To nie udowadnianie, że ja, inteligent jestem na szczycie i dysponuję władzą nad superjęzykiem, a wy, motłoch, jesteście w stanie zachwycać się tylko skomplikowaną formą mojej wypowiedzi. Tak objawia się buta pseudointelektualistów, która dzieli ludzi.

W wersji Kleopatry z 1999 roku zarówno Timothy Dalton (Cezar), jak i Billy Zane (Antoniusz) nie popełnili tego błędu. Zagrali swoje role na tyle dramatycznie, aby pozwolić uwierzyć widzowi, że są prawdziwi, a jednocześnie bez teatralnego zadęcia, które mogłoby zmęczyć, zwłaszcza w filmie trwającym ponad trzy godziny. Dalton w roli Cezara nie przypomina dziadka-filozofa na emeryturze. Jest spragnionym podbojów żołnierzem, a jednocześnie potrafi w inteligentnych słowach opisać naturę życia i władzy. Żałuję, że tej równowagi nie ma w dziele Mankiewicza, bo znakomicie dopracowana wizualnie forma jest.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA