search
REKLAMA
Recenzje

KAPITAN RON. Snake Plissken na Karaibach

Jacek Lubiński

18 stycznia 2019

REKLAMA

Rok 1992. W Polsce wprowadzono jednolity podatek dochodowy od osób fizycznych i powołano do życia klub piłkarski Amica Wronki. W Salwadorze zakończono wojnę domową. W Bośni ją rozpoczęto. W Rosji powstała Federalna Agencja Kosmiczna, a we Francji otwarto Disneyland. ONZ przyjęło w swe podwoje Gruzję, a wykluczyło Jugosławię. Na świat przyszła Miley Cyrus, a zeszli z niego Tadeusz Łomnicki, Benny Hill i Marlena Dietrich. Wtedy też Martin Harvey dowiedział się, że odziedziczył wartościowy jacht, należący niegdyś do Clarke’a Gable’a…

O tym, jaki to jest film, świadczy już fakt zatrudnienia do głównej (?) roli imiennika bohatera – będącego wówczas jednym z topowych komików amerykańskich Martina Shorta. Choć sama rola została napisana ponoć z myślą o kimś dosłownie większym – Chevym Chasie. Być może byłby to faktycznie nieco lepszy wybór, gdyż Martin niejako dorównuje tu swojemu nazwisku, wypadając dość blado. I to nie tylko przy tytułowym kapitanie, którego zatrudnia do sterowania łajbą, ale też na tle własnej rodziny, której poszczególni członkowie są po prostu bardziej charakternymi, barwniejszymi i sympatyczniejszymi osobowościami. Ostatecznie ma to być jednak typowy everyman, poniekąd nieudacznik, którego zdają się przerastać nowe okoliczności karaibskiej przyrody, a który chce po prostu czym prędzej sprzedać łódkę, aby wrócić do domu, spłacić rachunki i choć przez moment poczuć smak amerykańskiego snu. Lecz łatwo zgadnąć, że nie będzie mu to dane.

Ale zanim dojdzie do wiadomej przemiany, dzięki której Martin w końcu zasłuży na tytuł głowy rodu i jednocześnie odzyska radość z życia, oddychając pełną piersią z dala od wielkomiejskiego smogu, musi przetrwać istną podróż do jądra ciemności z najbardziej niesfornym żeglarzem, jakiego można było znaleźć – kapitanem Ronem w fenomenalnie niedocenionej interpretacji Kurta Russella. Ulubiony aktor Johna Carpentera – który notabene był bliski objęcia sterów i nad tym projektem – radośnie paraduje tu sobie z warkoczami i w oczojebnych slipach, których nie powstydziłby się Borat. Dla kontrastu nosi też przepaskę na oku. Dokładnie na tym samym, co w Ucieczce z Nowego Jorku, do której tym samym nawiązuje. Nie jest to przy tym parodia kultowego Węża Plisskena ani tym bardziej jego alter ego. Po prostu sympatyczne puszczenie… cóż, oczka do widza, pokazujące zarazem uwielbienie gwiazdora do tamtego wcielenia. Na samej przepasce zresztą podobieństwa się kończą, a samemu Ronowi bliżej do błazenady Jacka Sparrowa aniżeli do ponurego kryminalisty i żołnierza Snake’a.

Niech to jednakże nie będzie stwierdzenie odstraszające od tej typowej komedii w duchu lat 80. Kurt bowiem z łatwością kradnie dla siebie ten film, bynajmniej nie wprawiając w uczucie zażenowania swoimi kolejnymi wyczynami godnymi inspektora Clouseau. To lekkoduch i imprezowicz, bez którego cały ten rejs byłby po prostu kolejnym miłym filmidłem na niedzielne popołudnie. A tak jest… kolejnym miłym filmidłem na niedzielne popołudnie zakrapiane alkoholem. A to już coś. Co prawda po hicie ery VHS – zatopionym w dodatku w box offisie i ostrzelanym ze wszystkich stron przez krytykę – trudno spodziewać się jakiejś niesamowitej jakości bądź głębi. To w końcu letnie kino rozrywkowe z typowo prorodzinnym przesłaniem. Niemniej wśród wielu innych tytułów, jakie zalegały na półkach z tym gatunkiem, jakiś wyróżnik jest zawsze w cenie – i Ron takowym wyróżnikiem właśnie jest. Jeśli zatem chcecie wiedzieć, jaki mógłby być Snake Plissken, gdyby wycięty z prologu Ucieczki… włam mu się udał, a on sam dałby nogę w tropiki, gdzie mógłby zostawić za sobą wszelkie smutki tego świata, rozleniwić się i okazjonalnie dorabiałby na naiwnych turystach – oto odpowiedź. Co jednak zrobić, gdy nie ma go akurat w kadrze?

Nie ulega wątpliwości, że vis comica Kapitana Rona pozostaje głównie Kurt. Szczęśliwie i bez niego serwowany humor jest odpowiednio przyjemny, aby móc się na seansie zwyczajnie, tak po ludzku, rozluźnić. Chyba ani jeden dowcip nie przekracza granic dobrego smaku i tym bardziej nie ociera się o kawały czysto fekalne. I choć jak na przyznaną filmowi kategorię PG-13 bywa całkiem odważny względem obecnych standardów (zaskakująco naturalna nagość, która nie jest traktowana ani jako wabik, ani coś zdrożnego), to pozostaje przyjazny całej rodzinie. Wszak to film Disneya o rodzinie w końcu opowiadający (dla większego bezpieczeństwa oddany do dystrybucji jednej z odnóg studia – Touchstone Pictures). Ciepło jest więc wraz z widoczkami Puerto Rico i okolic jego kolejnym atutem.

Sprawdza się także reszta obsady z Mary Kay Place w roli żony na czele, niewielkim cameo Paula Anki oraz ze świetnie dobranymi dzieciakami – słodka Meadow Sisto i zadziorny Benjamin Salisbury byli przy tym jedynymi szerzej chwalonymi aspektami tej produkcji, nominowano ich nawet do Young Artist Award. Szkoda zatem, że ostatecznie nic ciekawego z nich nie wyrosło i karier nie zrobili. To samo można napisać o reżyserze i zarazem autorze scenariusza, Thomie Eberhardcie. Twórca wcześniejszego, kultowego hitu SF Noc komety oraz paru innych uroczych produkcji z pogranicza komedii i przygody (o których dziś już jednak mało kto pamięta) po finansowej porażce Kapitana Rona przeszedł na przymusową emeryturę i następny film nakręcił dopiero po piętnastu latach, obecnie zaś nic już o nim nie słychać. Całe to fiasko z pewnością przystopowało też w jakiś sposób pozycję Shorta, który odtąd zaczął beznamiętnie błąkać się po drugim planie. I tylko Kurt pozostał nie(wz)ruszony.

To wszystko zdawałoby się wskazywać, iż rzeczone, stuminutowe dziełko stanowi pozycję dla mało wybrednych widzów. Tymczasem idealnie wpisuje się ono w poczet tych morskich filmów, które pomimo finansowego niepowodzenia bez problemu dopływają do celu i można wspominać je w pozytywnym tonie, z odpowiednią łezką nostalgii w oku. Ta ostatnia bynajmniej nie ratuje wszelkich mielizn fabularnych, lecz wciąż pozwala się na Kapitanie Ronie dobrze bawić. Niczym rzeczony jacht jawi się on dziś jako taka ramotka. Ale ma odpowiedni urok i zdrową dawkę luzu, dzięki którym bez żadnych wyrzutów sumienia można dodać ten tytuł do ulubionych.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA