Connect with us

Recenzje

JOHNNY GUITAR. 65 lat od premiery

JOHNNY GUITAR to niezwykły film, który łączy w sobie western, melodramat i komentarz polityczny, zachwycając stylową wizją i głębią.

Published

on

JOHNNY GUITAR. 65 lat od premiery

Wielki miłośnik tego filmu, François Truffaut, nazwał go „fałszywym westernem”. Roger Ebert twierdził z kolei, że to tani, ale jednocześnie jeden z najbardziej śmiałych i wystylizowanych tworów swojej epoki. Powstała w 1954 roku produkcja jest uważana za świadome dzieło feministyczne, oczywisty komentarz polityczny, kolorowe kino noir i jawny melodramat przypadkowo osadzony na prerii. Niektórzy widzą w nim także szekspirowskie konotacje oraz przewrotny obraz wydarzeń zachodzących na planie. W istocie, Johnny Guitar jest tytułem niepodobnym do żadnego innego w danym gatunku, w którym to niezwykle trudno jest go jakoś sklasyfikować.

Advertisement

Nie jest to w końcu film rewizjonistyczny (popularnie, acz nie do końca trafnie nazywany antywesternem), lecz też i trudno dopatrzeć się w nim śladów klasycznych historii Dzikiego Zachodu, do których widzowie zostali przyzwyczajeni w pierwszej połowie XX wieku. Dość napisać, że tytułowy bohater… nie nosi broni. Zamiast niej używa gitary, od której wszak wziął sobie „nazwisko”. Tenże Jaś Gitarowiec (Sterling Hayden, który, żeby było zabawniej, przed tą rolą nie umiał jeździć konno, grać na gitarze i strzelać) przybywa do przybytku uciech położonego niedaleko małego, kopalnianego miasteczka.

I nie, nie chodzi o burdel, lecz o stojące samotnie pomiędzy kanionami kasyno połączone z saloonem. Jego właścicielka – niejaka Vienna (Joan Crawford) – to naprzykrzająca się lokalnej społeczności twarda baba, która z niecierpliwością wyczekuje na mającą tu wkrótce dotrzeć kolej, a wraz z nią okres prawdziwego prosperity nowo otwartego biznesu. W tym na razie nie pomagają jej ani wyraźnie wrodzy jej mieszkańcy, ani też prywatne zażyłości z grupą bandytów, którym przewodzi rewolwerowiec Dancin’ Kid (Scott Brady). Johnny, którego głównym zadaniem jest po prostu grać ku uciesze klientów, wplątuje się w sam środek tego ciągle zaognianego konfliktu, jaki po prostu musi eksplodować. Początkowo nie jest nim specjalnie zainteresowany, ale szybko okaże się, że jego obecność tu nie jest przypadkowa…

Advertisement

Dancin’ Kid, Vienna, Johnny Guitar oraz jeszcze niejaki Turkey – te wszystkie ksywki brzmią jak rzecz niebezpiecznie bliska parodii gatunku. A jednak film Nicholasa Raya jest nie tylko spójną, ciekawą, inteligentną historią kowbojską „na serio”, lecz także dość oryginalnym dziełem samym w sobie. Co prawda elementy, z których reżyser składa swoje dzieło, są generalnie wtórne – zresztą jest to ekranizacja książki Roya Chanslora, autora m.in. zdecydowanie bardziej komediowej Kasi Ballou – ale efekt finalny pozostaje świeży i elektryzujący nawet dziś, ponad sześć dekad po premierze.

I nie jest to tylko zasługa zgrabnego tempa, kolejno odsłanianych kart blisko dwugodzinnej, tylko pozornie banalnej fabuły, jak zawsze bezbłędnej oprawy muzycznej Victora Younga (Jeździec znikąd) czy solidnej obsady (w tej znajdują się jeszcze tacy wyjadacze, jak Ward Bond, Ernest Borgnine i John Carradine), ze znakomitą Mercedes McCambridge na czele – aktorka wcieliła się w nemezis Vienny, przepełnioną obłędem zemsty Emmę Small.

Advertisement

Johnny Guitar to przede wszystkim niesamowicie stylowe, wizualnie przemyślane widowisko, do którego jak ulał pasuje nazwa „ruchomy obraz”. Nakręcone co prawda w formacie 1.66:1, czyli niewypełniające całego ekranu, z czarnymi pasami po jego bokach, prezentuje się jednak wybornie w obiektywie Harry’ego Stradlinga, znanego przede wszystkim z późniejszego uchwycenia na taśmie wielu zacnych, kolorowych musicali (My Fair Lady, Hello, Dolly!, Faceci i laleczki), a wcześniej chociażby z Podejrzenia Alfreda Hitchcocka. Zresztą to właśnie barwy, a nie okazjonalne plenery wiecznie skąpanej w kurzu Arizony czynią z tego filmu wyborne patrzydło.

Dziecko wytwórni Republic Pictures – stojącej także za produkcją Rio Grande krótkotrwałej firmy o charakterystycznym logo wkurzonego orła bielika – swą soczystość, głęboką czerń oraz iście krwiste wyszczególnienie kilku podstawowych kolorów zawdzięcza tyleż wprawnej ręce reżysera i ludziom stojącym za kamerą, co procesowi trucolor. Istniejący krótko, bo zaledwie przez dekadę (od premiery Out California Way w 1946 r. do Spoilers of the Forest z 1957), był wykorzystywany głównie właśnie przy kręceniu westernów, z których Johnny Guitar pozostaje najsłynniejszym i zarazem najlepszym przykładem jego siły wyrazu.

Advertisement

Technika ta, stworzona na potrzeby danego studia, bardzo szybko musiała ustąpić tańszym i efektowniejszym rozwiązaniom, wobec czego upadła wraz z końcem Republic Pictures. Niemniej bez niej część magii całego widowiska z pewnością by uleciała. Co ciekawe, film był nakręcony także z myślą o popularnym już wtedy, acz w nieco innej formie, formacie 3D.

Lecz Ray umiejętnie gra tutaj również światłocieniem, doskonale wykorzystując go zwłaszcza w tych najbardziej dramatycznych, zaskakujących scenach, co wespół z obsadzeniem w głównych rolach Haydena i Crawford oraz iście kryminalną intrygą, wypełnioną przede wszystkim doskonałymi pojedynkami słownymi autorstwa Philipa Yordana [Bravados, historyczny Cyd (El Cid)], samo narzuca skojarzenia z czarnym kinem lat 40. Johnny Guitar także toczy się głównie w odpowiednio klimatycznych, „ciasnych” wnętrzach i studyjnych dekoracjach – o co zadbała już sama gwiazda, twardą ręką utrzymując za wszelką cenę swój wizerunek, zależny w końcu od odpowiedniego oświetlenia, które można było kontrolować tylko w zamkniętym środowisku. Oraz od szykownych strojów, które Crawford zmienia tutaj w co drugiej scenie, za każdym razem prezentując się w nich coraz bardziej oszałamiająco.

Advertisement

Legendarna aktorka, dla której bynajmniej nie był to pierwszy western (zagrała też w Montana Moon oraz serialu The Virginian), w ogóle niezwykle gładko zawłaszcza tu dla siebie ekran, stając się de facto główną bohaterką opowieści, jak i w ogóle całego przedsięwzięcia. To wszak jej nazwisko sygnuje film, to dla niej publika zostawiła w kinowych kasach dwa i pół miliona dolarów wpływów, i to o niej było najgłośniej na planie – nie bez kozery. Przed kamerą nieraz udowadnia, że była prawdziwym zjawiskiem oraz chodzącą charyzmą, posiadającą niezaprzeczalną, iście wybuchową chemię praktycznie ze wszystkimi, którzy ośmielili się dzielić z nią kadr. I nawet bez patrzenia na kolejne kostiumy trudno od niej wzrok oderwać, bo Crawford zbudowała tu postać kompletną, acz wciąż będącą w jakiś sposób fikcyjnym odzwierciedleniem jej charakteru.

Za kulisami doprowadzała nim ekipę do furii. Co oczywiste, sam reżyser nie miał z nią łatwo, choć on jeszcze był jakoś uodporniony na gwiazdorzenie, bo dopiero co zakończył swój związek z inną heroiną starego kina – Glorią Grahame. Co innego Hayden, który też słynął z trudnej współpracy. Po zakończeniu zdjęć nie pozostał dłużny swej ekranowej partnerce, stwierdzając, że choć lubi pieniądze, to nie ma ich w Hollywood wystarczająco, aby kiedykolwiek dał się przekonać na jeszcze jeden film z Crawford.

Advertisement

Słowa dotrzymał. Słynne stały się jednak zwłaszcza jej potyczki z McCambridge, która w owej chwili zmagała się z alkoholizmem. Uzależnienie połączone z ciągłą walką z (również często pijaną) Crawford o najmniejsze drobnostki doprowadziło ją na skraj szaleństwa. Doskonale przełożyło się to na filmową taśmę, na której ten obłęd znajduje ujście w być może jednym z najlepszych, a już na pewno najbardziej sugestywnych występów McCambridge.

Te dwie damy łatwo owijają sobie wszystkich panów wokół palca. Crawford sprawia, że mężczyźni jeden po drugim ulegają jej magnetyzmowi i zakochani najczęściej ślepo o nią walczą. A McCambridge, niemogąca równać się z nią urokiem i podskórną seksualnością, inteligentnie pociąga za sznurki i korzystając ze swoich kobiecych przywilejów oraz żerując na krzywdzie, z łatwością przekonuje do moralnie wątpliwych czynów nawet szeryfa. Tę drzemiącą w Johnny Guitar kobiecą siłę podsumowuje piosenka przewodnia – typową dla gatunku balladę tym razem wykonuje delikatny, melancholijny głos Peggy Lee.

Advertisement

Dodajmy do tego polityczne nawiązania – filmowe polowanie na czarownice i dopatrywanie się winnych tam, gdzie ich nie ma, jako żywo przypomina piętnowanie komunistów w Hollywood ery McCarthy’ego (a idąc dalej tym tropem, także współczesne dbanie o polityczną poprawność) – i mamy dziwaczny miks, który, co nie powinno dziwić, w Stanach przyjęto raczej negatywnie, pomimo względnego sukcesu finansowego. Natomiast w Europie, jak to często bywa, stało się odwrotnie i nietypowy western bardzo się spodobał. Na swój ogólnoświatowy status musiał sobie jednak przez lata zapracować.

Dziś nie ulega już wątpliwości, że Johnny Guitar jest jednym z najbardziej wpływowych tytułów swojej ery. Nie jest być może jakoś wydatnie obecny w szeroko pojętej popkulturze (aczkolwiek doczekał się nawet broadwayowskiej adaptacji w 2004 roku), lecz bezustannie inspiruje kolejne pokolenia filmowców – od Martina Scorsesego, przez Pedro Almodóvara, a na Quentinie Tarantino oraz Robercie Rodriguezie i jego Desperado kończąc. Niekonwencjonalny, wizualnie intensywny, bardzo nowoczesny w stylu oraz formie i zarazem żerujący na sprawdzonych schematach, których nawet nie próbuje zmieniać, wciąż fascynuje. Drugiego takiego westernu po prostu nie ma.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *