search
REKLAMA
Recenzje

JAK ZDOBYTO DZIKI ZACHÓD

Jacek Lubiński

4 listopada 2017

REKLAMA

Oprócz ceny głównym tego powodem była niezwykła trudność w zainscenizowaniu akcji na planie. Kamery Cineramy, choć ogarniały bardzo dużo przestrzeni, co wiązało się z konkretnym rozbudowaniem wszelkich dekoracji, nie potrafiły… robić zbliżeń. W dodatku przez trzy obiektywy, które nagrywały materiał pod różnym kątem, trzeba było ustawiać aktorów w taki sposób, żeby potem na ekranie faktycznie patrzyli na siebie, a nie gdzieś w przestrzeń (co ewidentnie da się zauważyć w niektórych scenach wspomnianego Wspaniałego świata braci Grimm). Często więc kamera była dosłownie tuż przed ich nosem, a oni udawali, że partner stoi tuż obok. W końcu twórcy musieli także zgrabnie kamuflować niemożliwe wówczas do zupełnego ukrycia w trakcie montażu linie powstałe na granicy każdego kąta – widoczne bardzo dobrze w postaci pionowego rozmycia/mgiełki na standardowych wersjach filmu, przeznaczonych do zwykłych kin. Dlatego też wszystkie sekwencje trzeba było szczegółowo rozplanować, umieszczając w konkretnych punktach drzewa, słupy lub fragmenty budynków tak, aby ujęcia wyglądały naturalnie.

To pisząc, trzeba przyznać, że mimo iż na współczesnych ekranach, nawet tych największych, HTWWW prezentuje się dość osobliwie (a warto wspomnieć, że na domowych nośnikach dostępne są obie jego wersje – zwykła, w formacie 2.89:1, oraz ta zakrzywiona, tak zwany Smilebox), to jednak także i bardzo pięknie, dostojnie. Głębia i szczegółowość obrazu jest tu naprawdę niespotykana, niekiedy wręcz czysto namacalna bez konieczności zakładania na głowę popularnych obecnie okularów 3-D. Krajobrazy Dzikiego Zachodu – w które wpleciono parę ujęć zapożyczonych z Alamo (1960), W poszukiwaniu deszczowego drzewa (1957) i This Is Cinerama (1952) – prezentują się w tym filmie zatem po prostu obłędnie, wespół z przywołaną na wstępie rozbuchaną muzyką tworząc naprawdę porywającą przygodę. A kilka wybornie zrealizowanych scen – jak widok wnętrza przewracającego się powozu lub szarża ogromnego stada bizonów – to prawdziwe perełki kinematografii, zapierające dosłownie dech w piersiach. Czy jednak w tej wizualnej maestrii i oryginalnej formie nie ginie cała opowieść oraz jej sedno?

Bynajmniej. Przez 164 minuty (wliczając w to charakterystyczne dla filmów Złotej Ery plansze z uwerturą, antraktem i zakończeniem) obserwujemy losy rodziny Prescottów – począwszy od roku 1839, kiedy to, jak wielu im podobnych, przybywają pełni nadziei na niezdobytą prerię w poszukiwaniu nowego życia i możliwości. A na 1889 skończywszy, gdy historia zatacza swego rodzaju krąg, świecąc podobnie świetlaną przyszłością dla najmłodszych pokoleń rodu oraz niejakim ukojeniem dla tych ze starszych, których dzikość Zachodu i jego mieszkańców nie zdołała pokonać. Nie jest to co prawda mocno zwarta, totalnie absorbująca fabuła od A do Z, jak w przypadku chociażby Przeminęło z wiatrem. Raczej zgrabnie skondensowana i zapodana w niezwykle przystępny sposób lekcja historii, w kolejne rozdziały której – Rzeki, Równiny, Wojna secesyjna, Kolej, Bandyci i Epilog – wprowadza nas ciepły głos Spencera Tracy’ego.

Widzimy zatem fragmenty wojny secesyjnej, mierzących się z siłami natury osadników, samotnych traperów handlujących z Indianami oraz tychże Indian stających do nierównej walki z żelazną rewolucją w postaci kolei. Wszystko to opowiedziane z niezwykłą lekkością, ale i odpowiednią nutką refleksji, a nawet i zadumy nad tym, co już przeminęło, lecz na zawsze zostanie w narodzie. Brzmi może górnolotnie, jednak rzecz prawi wszak o budowaniu nowej cywilizacji. Zresztą Amerykanie wiedzą, jak sprzedać ludziom kino przez duże K, tak więc w HTWWW atrakcji jest wbrew pozorom mnóstwo, na czele ze standardowymi wątkami romansowymi, paroma chwytliwymi numerami taneczno-wokalnymi (w których, co nie powinno dziwić, przoduje Reynolds), obowiązkowymi dla gatunku strzelaninami i z widowiskowym, godnym prawdziwego filmu akcji finałem.

Nudzić się zatem na takiej lekcji zwyczajnie nie sposób, nawet jeśli nie każdy z tych elementów jest równie zajmujący co pozostałe i nie wszystkim każda część tej historii przypadnie do gustu. Obiektywnie rzecz biorąc takie na przykład wspomniane numery wodewilowe, choć mają jednak swoje fabularne uzasadnienie, sporo uroku, są perfekcyjnie wykonane i potrafią ożywić spokojniejsze sceny filmu, to coś, bez czego widz przypuszczalnie spokojnie mógłby się obejść. Również przycięcie go o kwadrans zapewne niewiele zmieniłoby w ogólnym odbiorze. A z uwagi na tematykę znajdzie się tu również kilka niezbyt wymyślnych schematów, które tak dobrze znamy z innych westernów.

Przy czym, co ciekawe, pomimo generalnie przyjaznych rodzinom ram opowieści (czyli bez epatowania seksem, przemocą, krwią oraz wulgaryzmami), jest to produkcja bardzo dorosła, niesiląca się na tanie sentymenty i bezpieczne upiększanie rzeczywistości. Dziki Zachód nie przebacza, wojna to piekło i bezsens, a życie ludzkie nie jest nic warte w starciu z sukcesem, pieniędzmi i galopującym przed siebie w szaleńczym tempie postępem cywilizacyjnym. To wszystko znajdziemy w HTWWW w proporcjach doskonale wyważonych, bez nachalnego pouczania, co dobre, a co złe; bez łopatologicznych tłumaczeń czy ckliwych dialogów, czasem w sposób zaskakująco wręcz zimny. W końcu, jak by nie patrzeć, było to twarde miejsce dla twardych ludzi, których nie stać było na oglądanie się wstecz. Co oczywiście nie przekreśla unoszącej się nad całym projektem nostalgicznej atmosfery. A nawet i pewnej tęsknoty za czasami, które nie były wielkie jedynie z definicji, lecz, przede wszystkim, z ducha oraz serca – czasami romantycznej wolności okupionej niekiedy brutalną stratą innych wartości; niewinności przypieczętowanej krwią.

Ten pięknie kultywowany mit pionierów, w Jak zdobyto Dziki Zachód mieszający się z iście dokumentalnym sznytem, tłumaczy olbrzymi sukces filmu, na którym, rzecz jasna, próbowano jeszcze potem zarobić, kręcąc w 1976 roku serial o tym samym tytule i wypuszczając komiksową wersję całej historii (gdzie da się dostrzec parę scen nieobecnych na dużym ekranie, jakby wyciętych z gotowego dzieła – nie wiadomo zresztą, jak długie było ono w swej nieociosanej formie). Podnosi również jego ogólną jakość oraz niezaprzeczalną już samą w sobie wartość, nie tylko natury poznawczej. To pozycja obowiązkowa dla każdego wielbiciela dziesiątej muzy.

korekta: Kornelia Farynowska

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA