Recenzje
JAK STEVEN SEAGAL PODBIJAŁ POLSKĘ, czyli parę słów o „Cudzoziemcu” i „Poza zasięgiem”
JAK STEVEN SEAGAL PODBIJAŁ POLSKĘ to opowieść o jego filmach „Cudzoziemiec” i „Poza zasięgiem”, które łączą akcję z polskim klimatem.
Steven Seagal w niejednym miejscu był i złoczyńcom niejednej narodowości skopał tyłki. Pewnie wielu miłośników mistrza wszystkich sztuk walki i niezrównanego asa wywiadu / weterana służb specjalnych / aktywisty organizacji charytatywnych (nic nie skreślać, wszystko jest potrzebne), a także trochę mniejsza liczba zapalonych tropicieli polskich śladów w światowym kinie z radością przyjęli nagłą sympatię, jaką gwiazdor Liberatora zapałał kilkanaście lat temu do naszego kraju.
Owocem tej namiętności są dwa filmy Seagala zrealizowane w koprodukcji z Polakami i na polskiej ziemi. Można zapytać „czemu tak mało się o nich mówi?”. Cóż, aby się przekonać, wystarczy zapoznać się z jednym z nich. Ale ponieważ nie mogę z czystym sumieniem namawiać nikogo do takich poświęceń, spieszę z krótką relacją z seansów dwóch polskich filmów Stevena – Cudzoziemiec (2003) i Poza zasięgiem (2004).
Kiedy Steven Seagal wybierał się nad Wisłę kręcić pierwszy film tego osobliwego dyptyku, jeszcze grzały go resztki sławy tłustych lat 90., ale znajdował się już na wyraźnej pochyłej, jeśli chodzi nie tylko o jakość swoich kolejnych filmów, ale i związaną z nimi popularność. W czasie postprodukcji Cudzoziemca zarobił swoją ostatnią jak dotąd nominację do Złotej Maliny za Wpół do śmierci, co jest o tyle warte odnotowania, że kiedy w styczniu nakręcony na Mazowszu film wchodził na rynek (nie do kin, bo skierowany był bezpośrednio do dystrybucji wideo), ktoś wciąż jeszcze zauważał kolejne produkcje z gwiazdorem w roli głównej.
Dysponujący solidnym budżetem (porównywalnym do większości filmów z Seagalem drugiej połowy lat 90., takich jak dość udane W morzu ognia) film z założenia nie miał wyważać otwartych drzwi, tylko stanowić kolejną inkarnację Seagalowskiego twardziela w akcji, tyle że w bardziej egzotycznym dla widzów zza Atlantyku, a swojskim dla nas, otoczeniu. Nie musiało być źle. Ale wyszło wręcz tragicznie.
Cudzoziemiec to tandetna imitacja kina akcji, której twórcy przyjęli chyba założenie, że wystarczy postawić przed kamerą Stevena Seagala, zaplanować kilka scen akcji wokół pretekstowej fabuły i gotowe. Niestety kręcenie filmów akcji nie jest takie proste i w efekcie powstał naprawdę fatalny film. Seagal gra byłego agenta, obecnie najemnika, który otrzymuje zadanie przewiezienia – a jakże – tajemniczej walizki z Paryża do Niemiec. Po drodze (a czemu nie) wstępuje do Warszawy, gdzie właśnie zmarł jego ojciec – amerykański dyplomata. Ten lokalizacyjny mętlik dobrze oddaje chaos, jaki panuje w scenariuszu Cudzoziemca.
Bohaterowie skaczą z jednego miejsca w drugie, w zależności, jak akurat im pasuje, główna intryga wokół przewożonej walizki niby popycha film naprzód, ale trzeba sporo dobrej woli, by zorientować się, kto gra przeciw komu i co planuje aktualnie Steven, który oczywiście dostrzega posunięcia przeciwników z wyprzedzeniem, co – jeśli w to uwierzyć – czyni wszystkie zwroty akcji zupełnie absurdalnymi. Jako gwóźdź do trumny poronionego scenariusza (i to chyba dosłownie, bo odpowiedzialny za tekst debiutant Darren O. Campbell po tym filmie zamroził swoją karierę scenopisarską na niemal dekadę) dodajmy jeszcze, że w fabułę nieudolnie wplecione są zalążki wątków przeszłości i konfliktów rodzinnych granego przez Seagala Jonathana Colda, które ani nie wnoszą nic do całości, ani nie zostają w żaden sposób rozwinięte.
Nie lepiej wygląda realizacja, za której fiasko należy obarczyć reżysera, Michaela Oblowitza, który, co ciekawe, zaraz po Cudzoziemcu nakręcił w Bułgarii bodaj równie słaby Czas zemsty, także z Seagalem w roli głównej. Słaby scenariusz jest jeszcze uwypuklony kiepską dynamiką filmu, przez którą półtorej godziny dłuży się momentami niemiłosiernie. Najgorszy jest jednak sposób, w jaki zrealizowane zostały sceny akcji, które powinny być esencją filmu i które mogłyby przynajmniej trochę osłodzić zgotowane przez twórców męki. Niestety to one są najsłabszym elementem Cudzoziemca, a to przez absurdalny dyskotekowy montaż, nie tylko sięgający najgłębszych pokładów żenady, ale przede wszystkim skutecznie uniemożliwiający śledzenie tego, co się aktualnie dzieje (no OK, wiadomo, że Steven wszystkich bez trudu pokonuje, ale fajnie byłoby chociaż to normalnie zobaczyć).
Trudno powiedzieć, co twórcy chcieli w ten sposób skopiować. Inspiracja Matrixem? Grami komputerowymi? Jakkolwiek by było, nie skończyło się to sukcesem. Jedynym w miarę pozytywnym elementem Cudzoziemca jest całkiem udana, przerysowana, ale przynajmniej przekonująca rola głównego (?) antagonisty, granego przez Maxa Ryana. Jako ciekawostkę można potraktować też fakt, że sam Seagal chyba miał o tym filmie dość wysokie mniemanie, skoro w 2005 roku powstał (już nie w Polsce, chociaż w reżyserii Alexandra Gruszynskiego) sequel przygód Jonathana Colda.
Drugi z omawianych filmów, czyli Poza zasięgiem, powstał ponad rok po nakręceniu Cudzoziemca, a za realizację tym razem zabrali się Po-Chih Leong, wnioskując po tym dokonaniu, przynajmniej o odrobinę lepszy reżyser od Oblowitza, i sprawniejsi od Campbella scenarzyści – James Townsend i Trevor Miller (jeśli nie kojarzycie nazwisk, nie przejmujcie się, dla wszystkich trzech obejmująca kilka filmów współpraca z Seagalem to raczej wyżyny kariery). Powstały film, tym razem rozgrywający się już praktycznie w całości w Warszawie i bardziej nasycony polskimi twarzami, jest nieco mniej złym dziełem niż Cudzoziemiec.
Tym razem twórcy (prawie) oszczędzili sobie nieudolnych udziwnień i trochę rzetelniej podeszli do scenariusza, zachowując przynajmniej względną klarowność czasu i przestrzeni. Nie jest to, rzecz jasna, film udany, nawet nie zbliża się poziomem do najlepszych dokonań Stevena Seagala, ale po prostu jego oglądanie boli trochę mniej.
Poza zasięgiem opowiada o byłym agencie CIA Williamie Lancingu (zgadnijcie, przez kogo granym), który przyjaźni się korespondencyjnie z czternastoletnią Ireną z warszawskiego sierocińca. Gdy dziewczynka zostaje potajemnie oddana zamieszkującym najbardziej spektakularną ambasadę w Warszawie tureckim dyplomatom-gangsterom, którzy handlują żywym towarem, Will przyjeżdża do Polski, by odnaleźć swoją listowną przyjaciółkę i przy okazji pokazać polskiej policji, reprezentowanej tu przez Agnieszkę Wagner, jak należy rozwiązywać tego typu sprawy. Oczywiście całość jest przewidywalna do bólu, włącznie z motywem skorumpowanych byłych kumpli Willa z Agencji, a główny przeciwnik Seagala, Faisal (Matt Schulze), jest tak tekturowy, że nawet znęcanie się nad dziećmi w jego wykonaniu nie wzbudza emocji. Na najbardziej zaangażowaną w projekt wygląda Ida Nowakowska, odtwórczyni roli Ireny, która przynajmniej stara się przekonująco odegrać swoją partię.
Fabuła Poza zasięgiem jest znów mocno pretekstowa, ale przynajmniej trzyma się jakichś standardów przyzwoitości, podobnie jak bardzo przeciętne, ale przynajmniej silące się na rzetelność sceny akcji. Jedynym przełamaniem odtwórczej wobec „seagalowskiego” formatu stylistyki jest finałowa konfrontacja Stevena i Faisala w ambasadzie, gdzie… walczą na szable. Kiepska imitacja azjatyckiego kina walki dobrze podsumowuje mizerność filmu, w którym twórcy nawet nie wysilili się, by wyjaśnić nieco źródła zażyłości Lancinga i Ireny, a błyskotliwy as wywiadu, brawurowo włamujący się do policyjnych komputerów, nie może zorientować się, patrząc na mapę, gdzie znajduje się zwiększona koncentracja placówek dyplomatycznych, bez pomocy małego chłopca.
Poszukiwaczy sympatycznych akcentów obydwa filmy zapewne rozczarują – ukłony gwiazdora w kierunku polskiej kultury ograniczają się do bodaj jednego nieporadnego „na zdrowie” i dziwacznej anegdotki historycznej w domu uciech. Można bawić się jeszcze w wypatrywanie polskich aktorów – z bardziej znaczących epizodów mamy Mirosława Zbrojewicza w Cudzoziemcu (choć on zapada w pamięć głównie przez okropną sekwencję pseudoretrospekcji), Agnieszkę Wagner, Krzysztofa Pieczyńskiego, Jana Jangę-Tomaszewskiego i Witolda Wielińskiego w Poza zasięgiem, przy czym mianem rzetelnego określić można chyba jedynie Pieczyńskiego w roli zbira na usługach Turków. Polskości w obydwu filmach jest jak na lekarstwo, a te obecne wątki raczej żenują przy świadomości, w jakiego rodzaju koszmarki są wplecione.
Normalnie pewnie doszukiwałbym się ukrytych w Cudzoziemcu i Poza zasięgiem podtekstów i kulturowych wzorców, w rodzaju konserwatywnej wizji genderowej czy amerykańskiego imperializmu. Ale w tym wypadku zwyczajnie nie warto, bo na dopisywanie – słuszne bądź nie – kulturowo-społecznych znaczeń do niesmacznej papki, jaką są zrealizowane w Polsce filmy Stevena Seagala, zwyczajnie szkoda czasu. Niestety romans gwiazdora z naszym krajem zbiegł się w czasie z drastycznym wytracaniem impetu przez jego karierę, czego efektem są miałkie, nieciekawe filmy, które trudno polecać nawet jako tzw.
guilty pleasure. Nietrudno zrozumieć, dlaczego żadna z tych produkcji nie otarła się o jakąkolwiek formę kultowego statusu, nawet w Polsce, gdzie, umówmy się, kino akcji/sensacyjne nie stoi na jakimś niebotycznym poziomie – ale i tak o kilka klas lepszym od tego, co zaprezentował na naszej ziemi Steven Seagal. Łatwo też zrozumieć, czemu w XXI wieku w zapomnienie popadł jego niegdysiejszy status gwiazdy.
